Olśniewający świat robotów

Olśniewający świat robotów

Dodano:   /  Zmieniono: 
W przeciwieństwie do filmów Disneya technika w rękach Japończyków doprowadziła do erupcji kreatywności
 
Tomasz Raczek: Panie Zygmuncie, czy pan wie, iż zdarzają się wybitne filmy, które - mimo że mamy tak dużo kin - nie trafiają na polskie ekrany? Jedynym sposobem, by je obejrzeć, jest poszukanie płyt DVD w wypożyczalniach. W ten właśnie sposób natknąłem się na niezwykle interesujący japoński film animowany pt. "Metropolis", według komiksu Tezuki Osamu.
Zygmunt Kałużyński: Możliwe, że naszym dystrybutorom, którzy liczą na dziecięcą publiczność, projekt wydał się zbyt ryzykowny. Bo "Metropolis" kompletnie różni się od tradycyjnych produkcji dla młodych widzów. Za granicą film wszedł na kinowe ekrany ze względu na jego wyjątkową urodę plastyczną, która na dużym ekranie prezentuje się bez porównania bardziej sugestywnie.
TR: To jest film z 2001 roku, ale odwołujący się do historii kina - do "Metropolis" Fritza Langa (1926).
ZK: Już tamten obraz w swoim czasie był szokiem estetycznym. Jego założeniem było stworzenie sztucznego świata, który zupełnie nie przystawał do przyzwyczajeń, mód i tradycji, jaka nie tylko w filmie, ale i w sztuce ciągle jeszcze obowiązywała w latach dwudziestych.
TR: Mówi pan "stworzenie sztucznego świata", lecz chodzi tu przecież o futurystyczną wizję przyszłości.
ZK: Świat przyszłości, jak go widziano w roku 1926, bardzo różni się od współczesnej, hollywoodzkiej science fiction. Stanowi rodzaj fantastycznej metafory.
TR: Zastanawiam się, dlaczego dziełem Fritza Langa zainteresowali się akurat Japończycy? Wydawałoby się, że mają własną wyobraźnię i tradycję, z której mogą czerpać…
ZK: Japończycy nie powrócili mechanicznie do tego tematu, tylko potraktowali go na swój sposób: wprowadzili obsesję "robotyzacji", która wcześniej nie narzucała się tak silnie. W filmie Langa występuje uczony, który konstruuje sztuczną kobietę (rolę tę odtwarzała czołowa aktorka niemieckiego ekspresjonizmu - Brigitte Helm), a tutaj mamy już cały świat robotów! Ten problem jest charakterystyczny dla współczesnej kultury japońskiej. Amerykanie w swoich filmach nawet się z tego wyśmiewają. W jednym z nich kilku Japończyków, chcąc się zbliżyć do amerykańskiego przemysłowca, namawia go do wizyty w japońskiej restauracji, na co ten odpowiada: jak będę chciał zjeść rtęć, to stłukę termometr!
TR: Za to inny Amerykanin - James Cameron, reżyser "Titanica" - uznał japońskie "Metropolis" za dzieło przełomowe w historii animacji. "Film piękny, porywający, tajemniczy, a przede wszystkim wzruszający. Przywołuje obrazy, które na zawsze pozostaną w pamięci widzów" - uznał. Zgadzam się z Cameronem!
ZK: Przypuszczam, że oczarowała pana przede wszystkim stylistyka graficzna tego filmu, która istotnie jest oryginalna, szczególnie w porównaniu z tradycyjnym kinem animowanym.
TR: To jest estetyka, która wzięła się z japońskiego komiksu. Najpierw były klasyczne zeszyty drukowanej mangi Tezuki Osamu ("Astro Boy"). Pod ich wpływem Katsuhiro Otomo napisał scenariusz filmu, który wyreżyserował Rintaro ("Galaxy Express 999").
ZK: Właśnie, już owe komiksy miały oryginalny styl. Różnica polega na tym, że filmy animowane typu disneyowskiego są w gruncie rzeczy dziedzicami książek dla młodzieży z XIX wieku: starają się o realizm, mimo że traktują postaci cokolwiek fantastycznie i karykaturalnie. To prowadzi do jałowości w tym sensie, że widz styka się w filmie animowanym ze światem bardzo podobnym do fotograficznego. Natomiast tutaj mamy wizję, która od strony praktycznej jest połączeniem dwóch wymiarów z trzema wymiarami! Postacie są rysowane dwuwymiarowo, jak na papierze, a całe otoczenie jest trójwymiarowe.
TR: Robi to wrażenie ruchomego komiksu, czyli nie tyle filmu animowanego, ile komiksu, który ożył.
ZK: Przy czym nie jest to ożywiona ilustracja z książki. Rysunek odwołuje się do tradycyjnej grafiki japońskiej, postacie odtwarzane są tak, by jak najsugestywniej przekazać ich dynamikę.
TR: I jeszcze coś: o ile możliwości nowoczesnej elektroniki w wypadku filmów Disneya zawsze powodowały obniżenie ich estetycznej wartości, wrażenie mechaniczności i banału, o tyle te same możliwości techniczne w rękach Japończyków doprowadziły do erupcji niesłychanej kreatywności.
ZK: Ważne, że treścią "Metropolis" jest to samo, co było w filmie Langa: robot, który marzy o tym, by być człowiekiem, ale musi się poświęcić, by zniszczyć symbol przemocy. Na dodatek jest to dziewczyneczka, blondynka, taka jakaś pół japońska, pół europejska Barbie…
TR: Mnie bardziej przypomina Pinokia niż Barbie, panie Zygmuncie.
ZK: Bo ona się kojarzy ze wszystkimi pozytywnymi postaciami z bajek dla dzieci! Kto wie, panie Tomaszu, czy nie na tym polega wartość tego filmu, iż jest on wyjątkowo syntetyczny, tzn. ogarnia tak wiele z różnych tradycji i z dorobku sztuki współczesnej, że można o nim powiedzieć: kompletny.
Więcej możesz przeczytać w 39/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0