Grypa, która leczy

Grypa, która leczy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rekordowo niska inflacja grozi bezrobociem jedynie demagogom


Inflację mamy na europejskim poziomie! Najniższą nie tylko w dwunastoletniej historii gospodarki rynkowej, lecz - najprawdopodobniej - także w całym okresie powojennym. Mamy zatem jedyny sukces, ale już pojawiają się głosy, że gdyby inflacja była wyższa, mniejsze byłoby bezrobocie. Racjonalność takich opinii można porównać do logiki przeświadczenia, że dobrze jest mieć grypę, bo zagrypiony siedzi w domu i zapewne uniknie zarażenia syfilisem.
Inflacja, a zwłaszcza inflacja galopująca (dwu- i trzycyfrowa), jest dla gospodarki zabójcza. Zniechęca do oszczędzania, osłabia akumulację kapitału i hamuje rozwój. Już taką mieliśmy. Dlaczego? Bo mieliśmy socjalizm. A w socjalizmie polityki monetarnej po prostu nie było, wychodzono bowiem z założenia, że czego jak czego, ale pieniędzy nie może zabraknąć nikomu. W dniu pogrzebu planowej gospodarki realnego socjalizmu nawis inflacyjny był tak wielki, że "urynkowienie", czyli zgoda na to, aby większość cen została ustalona przez efektywny popyt, sprawiło, że ceny w 1989 r. wzrosły o 251 proc., a w 1990 r. - o 586 proc.

Obrońcy strategicznego znaczenia właściwego dla minionej epoki produkcji złomu żelaznego i śmiechu pokoleń (oraz zbóż ozimych, buraków itd.) znaleźli także sojuszników wśród tzw. ekonomistów społecznie wrażliwych, którzy postanowili stawić odpór polityce zwalczania inflacji. Wymyślili teoryjkę mającą dowodzić szkodliwości takiej polityki. Najpierw była teoria gąbki prof. Stefana Kurowskiego (gospodarka jest wysuszona jak gąbka i bezinflacyjnie wchłonie każdą ilość pieniądza), potem teoria nadmiernego schłodzenia (Waldemar Pawlak, Jarosław Kalinowski itp.), a dzisiaj jest to teoria zamienności i mniejszego zła (na przykład prof. Stanisław Gomułka). Recepta za każdym razem jest taka sama - drukujmy pieniądze, a będzie lepiej.
Niestety, ciągle trafiają się ludzie, którzy w dobrej wierze, wbrew faktom, część z tych pomysłów kupują. Nadmierne schłodzenie w polskiej gospodarce nie wystąpiło z tego prostego powodu, że redukowania popytu w ogóle nie było. Jeżeli bowiem słowa mają coś znaczyć, to pod pojęciem pobudzania należy rozumieć powiększanie podaży pieniądza zwiększającej popyt, czego ubocznym efektem (a zdaniem większości ekonomistów, w dłuższym okresie jedynym) jest wzrost cen. Pod pojęciem schładzania zaś należy rozumieć redukcję obiegu pieniężnego zmniejszającą popyt i powodującą spadek cen, czyli deflację. Otóż ani zjawisko spadku podaży pieniądza, ani deflacji w Polsce nie wystąpiło.
To, z czym mamy do czynienia, jest dezinflacją, czyli spadkiem inflacji. Ceny nie maleją, lecz rosną, tyle że coraz wolniej. Polityka pieniężna zatem nie schładza, ale coraz mniej pobudza popyt. Mówiąc inaczej, dokonująca się zmiana polega na przejściu od ekspansywnej do neutralnej polityki monetarnej. Nie hamuje wzrostu produkcji, a najwyżej jest dla niego obojętna.
Przeciwnicy przedstawionego wyżej rozumowania używają kilku demagogicznych argumentów. Przejście do neutralnej polityki monetarnej w Polsce zbiegło się z wyhamowaniem wzrostu gospodarczego - to raz. Na mapie gospodarczej świata można znaleźć przykłady krajów (vide Japonia), w których niskiej inflacji towarzyszy zerowy wzrost - to dwa. Tymczasem gołym okiem widać, że zjawisko przypadkowej koincydencji interpretuje się jako związek przyczynowo-skutkowy. Wystarczy wypisać listę krajów, w których wysokiej dynamice rozwoju towarzyszyła niska inflacja, aby podane argumenty wyrzucić na śmietnik.
I wreszcie argument, że niska inflacja jest efektem zbyt niskich płac, a ponadto powiększa bezrobocie. Z badań nad płacami rzeczywiście można wyciągnąć pewne wnioski. Otóż płace realne są w Polsce o 10 proc. wyższe niż w Czechach i na Węgrzech. Jeśli uwzględnimy koszty pochodne (ZUS, składki chorobowe itd.), ta różnica jeszcze się powiększy. Wydajność pracy jest zaś w Polsce o 10 proc. niższa niż na Węgrzech i 20 proc. niższa niż w Czechach. Do wytłumaczenia wyższego u nas bezrobocia te dane całkowicie wystarczają.
Na koniec zostaje pytanie: skąd ma się wziąć wzrost gospodarczy? Zawsze bierze się z inwestycji. A ludzie inwestują, gdy z rachunku wychodzi im, że przyszłe dochody pokryją poniesione koszty. Tymczasem wysoka inflacja i wysokie stopy procentowe oznaczają wyższe koszty i właściwie zawsze powodują, że inwestycji będzie mało. Niskie stopy wprawdzie zmniejszają koszty, ale o inwestycjach nie przesądzają. Muszą do nich dołączyć dobre prognozy przyszłych dochodów.
W rachunku przyszłych dochodów mamy czynniki realne, dające się prognozować, i całą otoczkę psychologiczną związaną z tzw. optymizmem inwestycyjnym. U nas koszty pracy są bardzo wysokie i sztucznie zawyżone przez wysokie narzuty, podatki zabójcze (w dodatku raczej rosną, niż maleją), przeszkody biurokratyczne zwiększają się co miesiąc. Nie zmniejsza się natomiast liczba "świętych krów" w gospodarce, które dzięki dotacjom, umorzeniom, preferencyjnym kredytom i zamówieniom państwowym są uprzywilejowane.
Tyle realia. A optymizm inwestycyjny? Dużo optymizmu ma Grzegorz W. Kołodko. Obawiam się jednak, że bez zmian w sferze realnej nie zarazi nim przedsiębiorców.

Pół kroku od deflacji

Stanisław Gomułka
profesor London School of Economics
Niska inflacja z reguły uświadamia ludziom, że ich dochody rosną szybciej, niż się spodziewali. Niebezpieczeństwo związane z malejącą inflacją, a nawet deflacją, polega na tym, że jeśli przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe będą oczekiwać dalszego obniżania cen, to będą się wstrzymywać z zakupami, co sprzyja recesji. W Polsce w kilku najbliższych miesiącach możemy się obawiać deflacji, ponieważ ceny niektórych produktów, na przykład żywności, już spadają.
Niska inflacja to niski wzrost

Wiesława Ziółkowska
członek Rady Polityki Pieniężnej
Niski wskaźnik inflacji może świadczyć o tym, że gospodarka rozwija się zbyt wolno. W USA na przykład ceny usług niefinansowych spadają, co wielu ekonomistów wiąże z bardzo powolnym tempem wzrostu gospodarczego w tym kraju. Inflację w Polsce udało się "zbić" przede wszystkim dzięki obniżce cen żywności i utrzymywaniu się stabilnych cen paliw. Także u nas ten wskaźnik zdaje się świadczyć przede wszystkim o zbyt wolnym tempie rozwoju gospodarczego.
Inflacja na gruzach

Zbigniew Kuźmiuk
poseł Polskiego Stronnictwa Ludowego
Niska inflacja została zbudowana na gruzach polskiej gospodarki. Udało się ją osiągnąć kosztem dochodów rolniczych, otwierając polski rynek na import produktów rolnych, do których cały świat dopłaca. Towarzyszące temu spadek produkcji i wysokie bezrobocie wynikają z przyjętej przez poprzedni rząd polityki gospodarczej. Wtóruje zaś temu wszystkiemu Rada Polityki Pieniężnej, utrzymując zbyt wysokie stopy procentowe.
Więcej możesz przeczytać w 40/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0