Świat NATO czeka

Świat NATO czeka

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ameryka ma prawo żądać, by silna Europa stanęła z bronią u jej boku



Amerykański lekarz przepisał europejskiemu pacjentowi kosztowne i niechętnie przyjmowane przez niego lekarstwo, ale ta terapia wstrząsowa to jedyny sposób, by pacjent z doktorem byli w stanie nadal współdziałać w ramach NATO. Bez tej ostrej kuracji najpotężniejszemu sojuszowi polityczno-militarnemu świata grozi paraliż i odejście do lamusa historii - z nieobliczalnymi tego skutkami dla Europy i całego świata.

Być albo nie być
Donald Rumsfeld, amerykański sekretarz obrony, bez ceregieli nakłaniał w Warszawie swoich kolegów z europejskich krajów członkowskich NATO do powołania sił szybkiego reagowania. Przekonywał, że sojusz stanie się niepotrzebny, jeśli się nie zmodernizuje i nie będzie miał liczących co najmniej 20 tys. żołnierzy sił szybkiego reagowania, które można by błyskawicznie przerzucić w dowolny rejon świata - do zwalczania nowych zagrożeń w postaci terroryzmu i tzw. państw rozbójniczych (jak Irak), dysponujących bronią masowego rażenia. Prezydent George W. Bush dał wcześniej do zrozumienia, że potrzebne jest NATO zdolne dokonywać uderzeń o charakterze prewencyjnym.
Sprawa jest tym bardziej paląca, że już w listopadzie ma się odbyć w Pradze szczyt NATO. Jeżeli ograniczy się on do przyjęcia nowych członków, nie pokazując światu, że sojusz jest gotów stawić czoło dzisiejszym zagrożeniom, to spotkanie - zamiast być świętem aliantów - zakończy się fiaskiem i może mieć groźne konsekwencje. Kilku uznanych europejskich polityków i ekspertów, wśród nich Bronisław Geremek i Klaus Naumann, były szef Komitetu Wojskowego NATO, już w czerwcu napisało wspólnie w "International Herald Tribune", że praski szczyt przesądzi o "być albo nie być" sojuszu. Waszyngton dał jasny sygnał - nie chce tylko fety rozszerzenia, lecz także nowych instrumentów działania. Richard Lugar, w przeszłości orędownik rozszerzenia Paktu Północnoatlantyckiego, mówi dziś, że kolejni członkowie mogą być doń przyjęci tylko wówczas, gdy ich akcesja wzmocni, a nie osłabi sojusz.
- Popieramy amerykańską propozycję powołania NATO-wskich sił szybkiego reagowania - mówi Joanna Millington rzecznik brytyjskiego resortu obrony. Jednak sprawa nie jest wcale przesądzona. Wielu europejskich polityków obawia się, że plany USA godzą w fundament sojuszu - ideę kolektywnej obrony, próbując przekształcić NATO w instrument agresji.
Robert Kagan, amerykański ekspert mieszkający na stałe w Europie, wywołał burzę na europejskim brzegu Atlantyku, gdy oznajmił, że Zachodowi grozi rozłam. Również najbardziej liczący się francuski komentator spraw międzynarodowych Dominique Moisi w ostatnim numerze "Wprost" stwierdził bez ogródek, że Europa musi nadrobić zaległości w sferze militarnej, bo inaczej przestanie być prawdziwym partnerem Ameryki. Francis Fukuyama daje NATO - sojuszowi, który spaja Europę i Amerykę - 10 lat na zejście ze sceny. Jeszcze przed spotkaniem w Warszawie sekretarz generalny NATO George Robertson przestrzegał w alarmującym tonie, że jeśli sojusz się nie unowocześni, to przepadnie.

"Zbieracze śmieci"
Już operacja przeciwko Jugosławi w 1999 r. udowodniła, że sojusz nie jest w stanie sprostać nowym wyzwaniom, mimo że po upadku komunizmu gruntownie zmienił strategię i przyjął nowych członków. Atak terrorystów z 11 września ubiegłego roku na Nowy Jork i Waszyngton nie pozostawił cienia wątpliwości: garnitur NATO - przykrojony na miarę potrzeb zimnej wojny - jest nie tylko przyciasny, ale i zżerany przez mole. Przeróbki krawieckie niewiele pomogły. Amerykanie ruszyli na wojnę w Afganistanie praktycznie sami, mając jedynie poparcie polityczne głównych aliantów. Stało się jasne, że machina wojenna sojuszu kompletnie nie przystaje do nowych zagrożeń.
Poza jednostkami amerykańskimi właściwie nie ma oddziałów, które można by szybko skierować do walki. A jeśli są, nie mają jak dotrzeć we wskazane miejsce. Tylko USA dysponują środkami transportu strategicznego - samolotami i okrętami. Europejski program budowy Airbusa A400M ma się zakończyć dopiero pod koniec tej dekady. Na razie europejskie oddziały mogą korzystać jedynie z czterech samolotów C-17s - wyleasingowanych od USA.
Might is right - mówią Anglosasi. To brutalne stwierdzenie, że siła daje rację, ale też to, że ma się rację, nie wystarczy - trzeba jeszcze siły, żeby ją przeforsować. Europejscy sojusznicy Ameryki zbyt łatwo uwierzyli, że po zakończeniu zimnej wojny mogą spać spokojnie i korzystać z tzw. dywidendy pokoju, czyli przeznaczać na cele cywilne sporą część funduszy wydawanych wcześniej na zbrojenia. Teraz jest ostatni dzwonek, by się wyrwać z letargu. Inaczej, jak twierdzi w raporcie dla unijnego Instytutu Studiów Bezpieczeństwa Julian Lindley-French, Europejczycy są skazani na rolę "zbieraczy śmieci" po Amerykanach.
Już po ataku na WTC Amerykanie wyraźnie pokazali drogę, zwiększając wydatki na zbrojenia niemal do 400 mld USD rocznie! Wydatki na wojsko w USA są o 85 proc. większe niż pozostałych 18 członków NATO razem wziętych. W dodatku, podczas gdy Amerykanie co kilka lat dokonują skoków technologicznych, Europejczycy przede wszystkim wydają pieniądze na utrzymywanie 2 mln wojskowych. Problemem jest to, że Europa zmaga się z dekoniunkturą gospodarczą i rządy nie mają odwagi, by przeznaczyć więcej na wojsko.

Muszkieterowie Robertsona
Pieniądze to nie jedyny problem. Na razie na ekspedycję sił, których utworzenia domaga się USA, nie pozwala traktat waszyngtoński. Pakt Północnoatlantycki został powołany pół wieku temu po to, by umożliwiać wspólnym wysiłkiem Europy i Ameryki obronę przed atakiem ze strony ZSRR i Układu Warszawskiego. Obronę, a więc właściwie działanie na Starym Kontynencie (tu, a nie w Kanadzie i USA, zagrożenie było największe). W dodatku - obronę przed atakiem regularnych armii, a nie na przykład eskadry cywilnych samolotów porwanych przez terrorystów.
Po 11 września NATO poszło więc w odstawkę z rozmaitych powodów, choć jego sekretarz generalny, lord Robertson, ogłosił wtedy rzecz bez precedensu - że atak terrorystów uzasadnia uruchomienie mechanizmu kolektywnej obrony sojuszu, opisanego w artykule 5. traktatu waszyngtońskiego. Jego sens sprowadza się do zasady, jaka przyświecała muszkieterom Dumasa: "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Ameryka potraktowała to bardziej jako gest solidarności niż twardą deklarację przystąpienia do wojny z terrorem. Teraz, w wypadku Iraku, wydaje się jednak, że nawet z deklaracjami poparcia będzie nie lada problem. Największy z Niemcami. Jak twierdzi Witold Waszczykowski, zastępca stałego przedstawiciela RP przy NATO w latach 1997-1999 oraz do niedawna ambasador Polski w Iranie (jedno z państw zaliczonych przez USA do "osi zła"), Niemcy czują się o wiele bezpieczniej po pierwszej fazie rozszerzenia sojuszu oraz ze względu na spodziewane przyjęcie kolejnych członków, dlatego nie chcą się bardziej zaangażować w walkę z zagrożeniami z dala od ich granic. Francja - wbrew pozorom - jest bardziej skłonna do współpracy z Ameryką. Francja tradycyjnie pilnuje swych interesów w wielu rejonach świata (vide: obecna akcja jednostek francuskich na Wybrzeżu Kości Słoniowej). To Francuzi mieli drugi co do wielkości udział (po USA) w operacji przeciwko Jugosławi.
Nie ulega kwestii, że na NATO łatwo nie pozostawić teraz suchej nitki. Równocześnie można powiedzieć jak Churchill, który podsumował demokrację - dotychczas nie wymyślono nic lepszego. Dobijanie się nowych kandydatów do drzwi NATO nie jest przecież próbą dołączenia do konduktu żałobnego, który wlecze się za trumną sojuszu. Przeciwnie - jest dowodem wiary, że dzięki członkostwu lepiej zadbają o swoje bezpieczeństwo. Przecież nie pierwszy raz trąbi się głośno o tym, że sojusz to przeżytek. Mówiono tak nie tylko po upadku komunizmu, ale i wtedy, gdy sojusz miał jeszcze jasno określonego wroga, lecz pojawiała się konieczność modernizacji.
Tymczasem udział europejskich oddziałów w akcji na Irak nie gwałciłby doktrynalnych założeń paktu, a jedynie modyfikował jego militarną strategię w zmienionym świecie. - Misja paktu pozostaje nie zmieniona. Zmieniły się natomiast zagrożenia, jakim musi stawić czoło i dlatego trzeba zmieniać metody radzenia sobie z nimi - tłumaczył "Wprost" w Warszawie rzecznik Pentagonu Bryan Whitman. - Sojusz nie staje się bardziej agresywny. Jego celem jest cały czas samoobrona - wtórował rzecznik NATO, Yves Brodeur.
Waszyngton jeszcze raz zdecydował się nadać NATO nowego wigoru. Amerykanie - choć ich potęga militarna nie ma żadnej konkurencji w dzisiejszym świecie - nie chcą bowiem być samotnym światowym żandarmem. Chcą, by silna Europa stanęła z bronią u ich boku - gotowa do obrony nie tylko na swoim podwórku, lecz wszędzie tam, gdzie trzeba się bronić - choćby oznaczało to konieczność podjęcia operacji wojskowych, które mogą przynieść wiele ofiar.

Sojusz z przyszłością
1949 W odpowiedzi na sowieckie zagrożenie dwanaście krajów tworzy Pakt Północnoatlantycki, czyli NATO. Państwa członkowskie gwarantują sobie wzajemną pomoc w razie napaści.
1952-1955 Do NATO przystępują Grecja, Turcja i RFN.
1967 NATO zastępuje doktrynę masowego odwetu doktryną elastycznego reagowania - wyeliminowano "automatyzm" użycia broni atomowej w wypadku uderzenia ze strony Układu Warszawskiego.
1966 Francja występuje z wojskowych struktur NATO, pozostając w politycznych strukturach paktu.
Lata 80.
NATO rozmieszcza w Europie Zachodniej rakiety dalekiego zasięgu jako przeciwwagę dla sowieckich rakiet w Europie Wschodniej.
1991 Rozwiązanie Układu Warszawskiego, wroga NATO w czasach zimnej wojny. Powstaje koncepcja "wysuniętej obecności wojskowej" - potężne zgrupowania zostają zastąpione siłami bardziej mobilnymi.
1995 Interwencja w Bośni - pierwsza operacja wojskowa sojuszu.
1997 Podpisanie Karty NATO - Rosja - dawny wróg paktu staje się jego "strategicznym partnerem".
1999 Przyjęcie do NATO Polski, Czech i Węgier, interwencja w Kosowie.
2001 Po ataku na Amerykę członkowie NATO uznają, że był to także atak na państwa sojuszu.
2002 Powołanie Rady NATO - Rosja. Wysunięto propozycję utworzenia sił szybkiego reagowania do walki z terroryzmem i obroną przed atakiem z użyciem broni masowego rażenia.
Więcej możesz przeczytać w 40/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0