Szepty i krzyki

Szepty i krzyki

Dodano:   /  Zmieniono: 
Polskiemu kinu najbardziej brakuje gwizdów publiczności, wyraźnego znaku, co jest dobre, a co złe


Prawie nikt z obecnych podczas konkursowego pokazu filmu Olafa Lubaszenki "E=mc2" na ostatnim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni nie zorientował się, że pomylono kolejność tzw. aktów, czyli puszczono film "nie po kolei". Brak sensu w rozwoju akcji, urywanie wątków i ogólny chaos przyjęto za rzecz typową dla polskiego filmu. Nikt się nie dziwił, choć reżyser pewnie dostał piany ze złości, a podczas konferencji prasowej przepraszano zebranych dziennikarzy za pomyłkę. Niby drobiazg, ale jakże charakterystyczny. Dowiódł, jak niskie mamy mniemanie o naszych twórcach i jak niewiele od nich oczekujemy, gdy robią film komercyjny. Taki do głośnego rechotu, który i tak przecież powinien zagłuszyć słowa dialogów, a wtedy wszystko jedno, w jakiej kolejności wyświetlane są akty. Nie wiem jednak, czy gdyby na sali siedziała inna publiczność - choćby ta, która chodziła na towarzyszący głównemu konkursowi przegląd polskiego kina niezależnego, młoda, wrażliwa, złakniona przeżyć artystycznych - pomyłka kinooperatora pozostałaby nie zauważona. Tam pewnie natychmiast rozległyby się gwizdy...
Polskiemu kinu najbardziej brakuje właśnie gwizdów publiczności, wyraźnego znaku, co jest dobre, a co złe, jak daleko można się posunąć w cynicznej manipulacji marketingowymi przywabiaczami, mającymi odwrócić uwagę widzów od jałowej, spalonej ziemi (a właściwie taśmy celuloidowej), której nie potrafią już orać wygarniturowani reżyserzy - urzędnicy od buchalterii i zdobywania pieniędzy. W Gdyni zasugerowano w tym roku, że istnieją dwa polskie kina: oficjalne i niezależne. Pierwszemu urządzono świątynię w Teatrze Muzycznym (tu zaproszono telewizyjne kamery), drugiemu - w mniejszym i mniej atrakcyjnie położonym (bo nie nad samym morzem) Teatrze Miejskim. Do oficjalnego konkursu stanęły więc filmy zrobione za pieniądze płynące oficjalnymi kanałami finansowania kina, a do drugiego obrazy wyprodukowane niemal chałupniczo, za pieniądze własne i rodziny albo w ogóle za darmo. Podział nie był jednak tak jasny, gdy chcieliśmy do prezentowanych dzieł przyłożyć kryteria profesjonalizmu. Zdarzało się, że filmy pokazywane jako cudem wyprodukowane offy (choćby "Złom" Radosława Markiewicza albo wstrząsający "D.I.L" Konrada Niewolskiego) na głowę biły obrazy nakręcone za solidne fundusze bogatych sponsorów. Bywało również, że filmy zaliczone do "oficjalnych" (choćby "Edi" debiutanta Piotra Trzaskalskiego, rewelacja festiwalu i na pewno drugi - obok nagrodzonego Złotymi Lwami "Dnia świra" Koterskiego - najlepszy film w Gdyni) okazywały się przedsięwzięciami jak najbardziej prywatnymi i niezależnymi.
Z godziny na godzinę stawało się jasne, że podział przeprowadzony przez organizatorów jest nieprawdziwy, wręcz anachroniczny. Proponowano więc inne podziały: na kino młodych i starych (twórców), zawodowe i amatorskie, komercyjne i artystyczne. Wszystkie okazały się jednak do bani, bo pomijały prawdziwych sprawców pęknięcia w polskim kinie: widzów.
Festiwal w Gdyni udowodnił, że z polskimi twórcami filmowymi nie jest tak źle (szczególnie, gdy są młodzi). Dopóki mogą działać swobodnie, można mieć nadzieję, że osiągną artystyczny sukces. Problemy zaczynają się, gdy reżyserzy walczą o fundusze pozwalające im sięgnąć po bardziej profesjonalne, nowoczesne środki. Wtedy pojawiają się sponsorzy, którzy (jak to biznesmeni) z reguły żądają gwarancji zwrotu zainwestowanych pieniędzy i? tu stajemy na szczycie równi pochyłej. Od tego momentu droga prowadzi w dół. Im bardziej schematyczny, wzorowany na Hollywood, rechotliwie-zgrywny lub lekturowo-bezpieczny scenariusz, tym lepiej. Recepty zza oceanu Polakom się jednak nie sprawdzają. Choćby nie wiem jak starali się udawać Amerykę i tak zamiast hollywoodzkich hamburgerów wychodzą im filmowe krasnale, dobrze znane z polskich przygranicznych ogrodów. Niby światowe, a przecież przaśne po sam czubek czerwonej czapeczki.
Na dole owej równi pochyłej stoimy my wszyscy - widzowie.
I to od nas zależy, gdzie ustawimy poprzeczkę polskiej "komercyjności". Innymi słowy: im lepszych filmów będziemy żądali (a możemy dać o tym znać, nie chodząc na głupie i żałosne komercyjne gnioty!), tym mniej będą się musieli zsuwać po równi pochyłej terroryzowani przez sponsorów zdolni w gruncie rzeczy twórcy. To my ustalamy, na jakiej wysokości zostanie ustawione polskie dno filmowe, poniżej którego zejść się nie da. I to my mamy teraz do wyboru, czy z tegorocznej oferty festiwalu w Gdyni wybierzemy to, co mówione szeptem, ale wartościowe (a na razie "niezależne"), czy to, co krzykliwe, lecz tak nieważne i jałowe, że wszystko jedno, czy puszczane od początku, czy od końca.

tor@wprost.pl
Więcej możesz przeczytać w 40/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0