Polisa na śmierć

Polisa na śmierć

Dodano:   /  Zmieniono: 
Połowa polskich towarzystw ubezpieczeniowych zniknie z rynku


Nie wiem, kiedy wpłyną jakieś większe pieniądze - tłumaczył się w sztokholmskiej centrali Garda Life jeden z szefów polskiego oddziału tego towarzystwa ubezpieczeniowego. - Za rok, za dziesięć lat? - drążył prezes korporacji. - Może wcale - usłyszał. Po kilkunastominutowej naradzie w gronie przedstawicieli zarządu firmy zapadła decyzja - opuszczamy Polskę! Podobne decyzje podjęto bądź podejmie lada miesiąc kilkunastu innych ubezpieczycieli, a w ciągu najbliższych dwóch, trzech lat z polskiego rynku zniknie połowa firm ubezpieczeniowych. W ostatnim kwartale wydawania polis zaprzestały TUiR Partner i wspomniana Garda Life. Wycofało się także Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie Wuestenrot. W drugiej połowie lat 90. minister finansów wydawał rocznie kilkanaście nowych licencji na prowadzenie działalności ubezpieczeniowej. W zeszłym roku otrzymały ją tylko trzy spółki, w tym roku - jeszcze żadna. - Zagraniczne firmy po prostu przeceniły możliwości finansowe Polaków - ocenia Marek Niechciał z Komisji Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych.

Dwieście procent rynku
Tysiące bernardynów Winterthuru i katedr Norwich Union na billboardach. Dosłownie wszędzie - we wszystkich znaczących punktach stolicy, dużych i mniejszych miast, przy ważniejszych drogach. Kilkaset milionów złotych wydanych na promocję. W drugiej połowie lat 90. przeciętny Polak wydawał na ubezpieczenia na życie około 50 dolarów, podczas gdy Niemiec trzynaście razy tyle, zaś Anglik - pięćdziesiąt razy więcej. Polski rynek wydawał się zagranicznym firmom, które przeliczyły te różnice na spodziewane zyski, łatwy i bezpieczny. - Wystarczyło się znaleźć w odpowiednim momencie na rynku, by osiągnąć sukces - opowiada Łukasz Kalinowski, wiceprezes zarządu Amplico Life. Większość towarzystw zapowiadała, że w ciągu kilku lat zdobędzie co najmniej 5 proc. polskiego tortu. - Tak naprawdę ich celem nie było opanowanie polskiego rynku ubezpieczeń - tłumaczy Marcin Masny, ekspert ubezpieczeniowy Centrum im. Adama Smitha. - Wiele z nich nastawiało się na działalność w sektorze otwartych funduszy emerytalnych lub chciało zakładać prywatne kasy chorych. To się nie udało, więc zwijają żagle - wyjaśnia. Sygnał do tegorocznej rejterady dała w marcu szwajcarska grupa Zurich Financial, która swoje firmy ubezpieczeniowe w Polsce (zdobyły 1,5 proc. rynku) sprzedała Generali Vienna, austriackiej filii włoskiego giganta ubezpieczeniowego.

Oszczędny nie ubezpieczony
- W latach 90. przyzwyczailiśmy się do dużej dynamiki wzrostu w branży ubezpieczeniowej. Teraz trudniej jest pozyskać nowych klientów - przyznaje Jarosław Myjak, prezes Grupy Commercial Union Polska. Asekuratorzy majątkowi zebrali w pierwszym półroczu 2002 r. łącznie ledwie o 0,5 proc. składek więcej niż w tym samym okresie roku poprzedniego, co oznacza - jeśli weźmiemy pod uwagę inflację - że rynek faktycznie się zmniejsza.
Szefów firm o ból głowy przyprawiają rezygnacje klientów z polis na życie - w ciągu ostatnich 12 miesięcy anulowano ich ponad 400 tys., czyli czterokrotnie więcej niż jeszcze dwa lata temu! Pieniądze gromadzone na polisach z funduszem inwestycyjnym pełnią funkcję zaskórniaków na "czarną godzinę". A że dla wielu ona nadeszła, klienci masowo likwidują polisy. - Polacy zaczynają odkładać kwestię ubezpieczenia na później - przyznaje Piotr Głowski z PZU.

Bomba z opóźnionym zapłonem
Mizeria polskiego rynku zmusza ubezpieczycieli do bezpardonowej walki. - Część firm, zwłaszcza oferujących ubezpieczenia majątkowe, sprzedaje polisy za wszelką cenę, nawet poniżej własnych kosztów. W ten sposób "kupuje" sobie jeszcze trochę czasu na rynku - mówi Tomasz Telejko, prezes TUnŻ Royal PBK. Wysokość składek proponowanych przez firmy przystępujące do przetargów na ubezpieczenie Międzynarodowych Targów Poznańskich w ciągu kilku ostatnich lat zmniejszyła się trzykrotnie, a Telewizję Polską asekuratorzy gotowi są dziś ubezpieczyć za dwukrotnie niższe składki niż kilka lat temu. - Trudno oceniać to wyłącznie jako przejaw zdrowej konkurencji - komentuje jeden z analityków rynku ubezpieczeniowego. Niższe składki cieszą oczywiście tych klientów, których stać na ubezpieczenia. Gorzej, gdy kiedyś przyjdzie do wypłaty milionowych odszkodowań. Dlatego zaniepokojone Ministerstwo Finansów chce - przy okazji nowelizacji ustawy o działalności ubezpieczeniowej, która od czerwca czeka w Sejmie na rozpatrzenie - wprowadzić w sektorze przepisy antydumpingowe. Obecna sytuacja przypomina bowiem bombę z opóźnionym zapłonem.

Towarzystwo Darwina
Na płytkim i kurczącym się rodzimym rynku działają aż 73 towarzystwa ubezpieczeniowe. Walczą o kawałki ubezpieczeniowego tortu, którego wartość nie przekracza rocznie 24 mld zł, czyli jest sześć razy mniejsza niż w porównywalnej pod względem demograficznym Hiszpanii, dwadzieścia razy mniejsza niż w Niemczech lub we Francji. Już dziś część towarzystw, zadowalając się śladowym udziałem w rynku ubezpieczeń, próbuje prowadzić inne interesy, dające, jak choćby obrót obligacjami, wyższe i pewniejsze zyski.
Słabość wielu ubezpieczycieli najlepiej obnażyło wprowadzenie na początku 2002 r. wymogu, by ich aktywa, czyli suma zebranych składek i zyski z inwestycji, były przynajmniej równe wartości potencjalnych zobowiązań wobec klientów (wcześniej wystarczyło pokrycie 50 proc.). Szesnaście działających w Polsce towarzystw ubezpieczeń na życie i 13 majątkowych, by w ogóle się utrzymać na rynku, musiało więc zwiększyć kapitał zakładowy - z pieniędzy własnych akcjonariuszy. Jak długo jednak akcjonariusze będą chcieli podtrzymywać egzystencję towarzystw, których udział w rynku nie przekracza z reguły procentu? One same wystawiły już sobie polisę na rynkową śmierć.
- Następuje weryfikacja rynku - trwa konsolidacja branży, a te firmy, które w niej nie uczestniczą, szukają dla siebie niszy - podsumowuje Tomasz Mintoft-Czyż, szef Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuratorów. Najbliższych kilka lat przetrwa zapewne kilku liderów i "plankton" - kilkanaście małych, lecz wyspecjalizowanych towarzystw.


Jan Krzysztof Bielecki
dyrektor zarządzający w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju

Czasy łatwego biznesu dla ubezpieczycieli i kilkudziesięcioprocentowych przyrostów składek już się skończyły. To powinno wymusić zmiany w funkcjonowaniu firm ubezpieczeniowych - redukcję kosztów, lepsze zarządzanie. Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja wielkich towarzystw ubezpieczeniowych, na przykład na rynku niemieckim, także się ostatnio pogorszyła. Za akcję giganta, firmy Allianz, płaci się dziś 89 euro, podczas gdy półtora roku temu - 340 euro. Kłopoty zagranicznych firm-matek nie mogą pozostać bez wpływu na ich skłonność do inwestowania w Polsce.
Więcej możesz przeczytać w 41/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0