Partyzanci z Waszyngtonu

Partyzanci z Waszyngtonu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kto organizuje manifestacje przeciwników globalizacji
Podczas wiosennej sesji Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego przeciwnicy wolnego handlu i globalizacji gospodarki zafundowali najstarszym mieszkańcom Waszyngtonu swoistą powtórkę z przeszłości. Widok tysięcy fantazyjnie lub niedbale ubranych młodych ludzi koczujących w parkach i na ulicach oraz oddziałów policji w rynsztunku bojowym przypomniał im gorące lata kontrkultury, protestów przeciw wojnie wietnamskiej, buntu pokoleniowego lat 60. Ostatnie demonstracje przeciwników globalizacji nie były jednak tak wykrystalizowane jak bunt lat 60., ich uczestnicy nie mieli też tak wyraźnie sprecyzowanych celów, ideologii, a nawet przywódców - swych Marksów i Leninów czy Sartre'ów. Stanowią raczej kakofonię różnych, często wzajemnie się wykluczających żądań i postulatów.


Antyglobaliści nie mają swego Ginsberga, swoich kapel, a festiwal w Woodstock zastąpiła legendarna już zadyma na ulicach Seattle podczas grudniowej sesji Światowej Organizacji Handlu. Nie mają nawet swojego stroju. Wielobarwne, psychodeliczne wdzianka hipisów zastąpiły ubrania jakby odzyskane z kosza na śmieci. Najłatwiej rozpoznać ich po tym, czego nie noszą (obuwia Nike, markowych dżinsów i ubrań znanych projektantów) i po butach - obowiązkowo czarnych, sięgających pod kolana, na grubej podeszwie - w których dobrze się kopie w szyby... na przykład baru McDonald's.
Największym zaskoczeniem i osiągnięciem trwających prawie tydzień demonstracji w Waszyngtonie jest fakt, że przedstawiciele 400 organizacji - od trockistów i anarchistów, poprzez obrońców puchacza nakrapianego, lasów tropikalnych, praw konsumentów, związkowców, po izolacjonistów i religijną prawicę - byli w stanie stworzyć luźną koalicję, która w Waszyngtonie wystąpiła pod hasłem "mobilizacji na rzecz globalnej sprawiedliwości". Ten zbożny cel koalicja zamierzała osiągnąć, paraliżując obrady Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, które dla demonstrujących stały się symbolem wszelkich wad współczesnego kapitalizmu: powiększających się dysproporcji pomiędzy bogatymi a biednymi, wzrostu przestępczości, degradacji środowiska naturalnego, łamania praw związkowych, tyranii międzynarodowych korporacji goniących za zyskiem, wulgaryzacji i homogenizacji światowej kultury.
Stworzenie tej koalicji, złożonej - jak to określił szef waszyngtońskiej policji Charles Ramsey - z "dzieciaków oddanych sprawie", jest zasługą wielu aktywistów, osób genetycznie tak predysponowanych do buntu jak Lori Wallach. 36-letnia Wallach, absolwentka wydziału prawa Uniwersytetu Harvarda - ulubionego uniwersytetu i ulubionego wydziału amerykańskiej elity władzy - nie robi wrażenia rewolucjonistki. Jest jednym z mózgów ruchu, którego ewolucji nikt nie jest w stanie przewidzieć. Wallach urodziła się w żydowskiej rodzinie w zamieszkiwanym głównie przez protestantów stanie Wisconsin. Dziadek uciekł przed nazizmem, ojciec był właścicielem małego przedsiębiorstwa. Lori Wallach dzięki swoim zdolnościom trafiła do elitarnego college'u Wellesley (jego absolwentkami są Hillary Clinton i Madeleine Albright), a następnie na Uniwersytet Harvarda. Z dyplomem otwierającym w Ameryce wiele drzwi, zamiast szukać pracy w dużej kancelarii adwokackiej czy w dziale prawnym wielkiej korporacji, Wallach znalazła swoje powołanie w organizacji Public Citizen, stworzonej przez Ralpha Nadera, prekursora ruchu obrony konsumentów. Z czasem została dyrektorem wydziału światowej obserwacji handlu tej organizacji. Doświadczenie zdobywała podczas prowadzonej przez związki zawodowe, grupy ekologiczne i izolacjonistów kampanii przeciw zatwierdzeniu przez Kongres traktatu o wolnym handlu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, Kanadą i Meksykiem (NAFTA). Lori Wallach przegrała tę batalię, jednak nawiązała wiele kontaktów i poznała jedną z najbardziej skutecznych z technik amerykańskiej polityki - metodę organizowania nacisku oddolnego, polegającą na skupieniu różnych grup społeczeństwa na rzecz jednego celu, na szukaniu punktów zbieżnych z pominięciem ideologicznych różnic i politycznych naklejek. Metodę tę z powodzeniem przejęli organizatorzy protestów w Seattle, Davos i Waszyngtonie.
Wallach i setki innych organizatorów tego ruchu bez przywódców wyprowadzili wielu idealistycznych, poszukujących "wielkiej sprawy" przedstawicieli pokolenia X na ulice. - Kiedy ludzie czują, że instytucje nie są w stanie zaspokoić ich najbardziej podstawowych potrzeb, wychodzą na ulice - twierdzi prof. Alexander Bloom, wykładowca Wheaton College w Massachusetts. Kolejną batalią Wallach, niejako przygrywką do Seattle, była próba zablokowania w Kongresie tzw. urugwajskiej rundy negocjacji GATT (Generalny Układ o Cłach i Taryfach). Lori Wallach znów poniosła porażkę - nawiązała natomiast kontakty z przeciwnikami wolnego handlu na całym świecie. Lista kontaktów rozrastała się wraz z rozwojem Internetu, dzięki któremu antyglobaliści zyskali światowy zasięg. To właśnie w sieci współpracownicy Wallach opublikowali w 1992 r. wykradzione z siedziby GATT tajne dokumenty związane z rundą urugwajską.
W Internecie światło dzienne ujrzały także tajne dokumenty OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju), dzięki czemu różne organizacje wspierane przez Public Citizen zyskały kolejnych zwolenników. Kilka miesięcy przed spotkaniem w Seattle w różnych punktach USA organizowano obozy uczące działaczy "obywatelskiego nieposłuszeństwa" z wyrzeczeniem się przemocy. Takie metody, jak przykuwanie się łańcuchami do balustrad czy blokowanie żywymi łańcuchami głównych skrzyżowań, bardziej przykuwają uwagę spragnionych dramatycznych obrazów ekip telewizyjnych niż wiece na waszyngtońskiej promenadzie u stóp siedziby Kongresu z nie kończącym się korowodem mówców.
Wyszkoleni na obozach aktywiści zatrzymani podczas protestów w Seattle odmawiali policjantom podania nazwisk i nie mieli przy sobie dokumentów pozwalających na identyfikację - w rezultacie policja, nie mając dowodów winy i nie mogąc trzymać wszystkich w więzieniach, była zmuszona wypuścić ich po kilkugodzinnym areszcie. Szkolenia były prowadzone również przed wiosennym spotkaniem Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. Okazało się jednak, że policja waszyngtońska - po nauczce w Seattle - przygotowywała się do tej sesji wyjątkowo pieczołowicie.
Demonstrującym nie udało się zmusić prezesów banków centralnych, ministrów finansów i finansistów z 182 państw do odwołania obrad - co jest niewątpliwym sukcesem policji i służb specjalnych. Manifestanci ogłosili jednak zwycięstwo, mimo że przegrali bitwę, bowiem protesty w Seattle, Davos i Waszyngtonie dowiodły, iż niespójna koalicja, która doczekała się już w mediach zbiorowej naklejki "przeciwników globalizacji", jest silna i należy się z nią liczyć.
W Waszyngtonie ta koalicja spowodowała, że do tej pory traktowana przez media po macoszemu i niezrozumiała przez większość społeczeństwa problematyka handlu światowego z plątaniną taryf celnych, przywilejów pracowniczych, świadczeń socjalnych i regulacji ekologicznych trafiła na pierwsze strony gazet. Dyskusja międzynarodowej elity ekonomistów, profesorów akademickich i ekspertów nad rolą MFW i BŚ przerodziła się w debatę publiczną. Nawet odseparowani kordonem policyjnym od wrzawy ulicy uczestnicy spotkania MFW i BŚ poczuli się zobowiązani bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości mówić o biedzie, pogarszającej się sytuacji mieszkańców najbiedniejszych państw i o walce z AIDS. Po pierwszym dniu obrad uczestnicy tego z reguły bardziej ceremonialnego niż produktywnego spotkania w taktownie sformułowanym oświadczeniu przyznali nawet, że rola tych instytucji jest "przedmiotem narastającej publicznej dyskusji".
Demonstracje w Seattle, Davos i Waszyngtonie są przykładem łączenia klasycznych i nowoczesnych form protestu. Liczne witryny internetowe ułatwiały studentom znalezienie transportu do Waszyngtonu. Na miejscu organizatorzy wyposażeni w telefony komórkowe i w radiotelefony wysyłali poszczególne grupy na skrzyżowania, gdzie konieczne było wzmocnienie rzednących szeregów protestujących. Posłańcy na rowerach śledzili ruchy policji, demonstrujący mieli swoich doradców prawnych i zorganizowali własną pomoc medyczną. W dwóch prywatnych galeriach Waszyngtonu działały pokoje prasowe, gdzie demonstranci nieufni wobec "podporządkowanych władzom bądź ogłoszeniodawcom" mediom, wyposażeni w komputery i cyfrowe kamery przekazywali "prawdziwie niezależne informacje" o przebiegu demonstracji za pomocą Internetu.
Zaprawieni w bojach przeciwnicy globalizacji przygotowują się już do następnej batalii podczas zbliżającej się debaty nad przyznaniem Chinom stałej klauzuli najwyższego uprzywilejowania w miejsce obecnej, która jest Chinom przedłużana (zawsze jednak po ożywionej debacie w Kongresie) z roku na rok. Przyznanie Pekinowi stałej klauzuli byłoby zarazem milowym krokiem do uzyskania przez Chiny członkostwa w WTO, czemu sprzeciwia się m.in. potężna politycznie i zasobna finansowo amerykańska federacja związkowa AFL/CIO - jeden z trzonów "mobilizacji na rzecz globalnej sprawiedliwości". Czy to przypadek, że po protestach w Waszyngtonie niektórzy kongresmeni, kiedyś zapowiadający, iż będą głosować za przyznaniem Chinom stałego statusu handlowego, zaczęli ostatnio mieć wątpliwości? 


Więcej możesz przeczytać w 18/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0