Bramy Seulu

Bramy Seulu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ostatni etap uzdrawiania południowokoreańskiej gospodarki to otwarcie na świat
Spotkanie w Seulu choćby kilku samochodów z importu, a zwłaszcza z Europy, graniczy z cudem. Od początków boomu ekonomicznego w latach 60. Koreańczycy byli przekonani, że kupowanie rodzimych wyrobów to obowiązek, a obrona zamkniętego rynku wewnętrznego jest powinnością rządów. Nic więc dziwnego, że plany sprzedaży plajtujących zakładów Daewoo Motor obcym inwestorom wywołały falę strajków i protestów pracowników sektora motoryzacyjnego. Do strajkującej załogi Daewoo dołączyli przedstawiciele Hyundaia oraz przejętego przez niego koncernu Kia - pierwszego czebolu, który dwa lata temu stanął na skraju bankructwa. Zapowiedziano dalsze akcje przeciwko próbom wchodzenia obcego kapitału do Korei Południowej. Z pracownikami sektora samochodowego zamierzają się solidaryzować przedstawiciele innych dziedzin gospodarki.

Tymczasem rząd w Seulu nie ma wyjścia. Administrując zadłużonymi po uszy, zagrożonymi upadkiem zakładami, musi się ich pozbywać. Utrzymywanie stanu "półnacjonalizacji" na dłuższą metę nie wchodzi w rachubę, a rodzimi przemysłowcy nie mają dość pieniędzy, by przejmować plajtujące spółki. Wydaje się, że era koreańskiego protekcjonizmu i samowystarczalności stopniowo przechodzi do historii. Tym bardziej że podczas rozmów z Międzynarodowym Funduszem Walutowym w 1997 r. władze zobowiązały się do zrestrukturyzowania gospodarki i jej otwarcia na zagraniczną konkurencję.
Gdyby Seul nie poszedł wtedy na ustępstwa, Korea nie dostałaby kredytów z kasy MFW i Banku Światowego. W grę wchodziła niebagatelna kwota - ponad 60 mld dolarów. Organizacje międzynarodowe nigdy wcześniej tak dużo nikomu nie pożyczały, ale bez tych astronomicznych sum i "dotlenienia" dławiącego się systemu bankowego Korea mogłaby nie przezwyciężyć krachu finansowego, jaki dotknął "tygrysy" azjatyckiej gospodarki jesienią 1997 r. Dziś Korea wskazywana jest jako wzorzec udanej sanacji gospodarczej. Żadne inne doświadczone kryzysem państwo nie osiągnęło tak wiele w tak krótkim czasie. Ale to wciąż nie wystarcza.
Mimo podjętych przez prezydenta Kim Dae Junga zobowiązań, transformacja ekonomiczna przebiega opornie. Przemiany hamują urzędnicy państwowi i związkowcy. Nie chcą oddawać "swego" mienia cudzoziemcom. Boją się również utraty miejsc pracy. Podobnie jak Japonia, Korea do niedawna słynęła z dożywotniego zatrudnienia. Koreańczycy stali się konserwatywni. Dziś trudno się im pogodzić z myślą, że trzeba będzie pracować dla obcokrajowców w fabrykach, z którymi związani są od 20-30 lat. Paniczny lęk przed obcym właścicielem ma również uzasadnienie historyczne. Korea była przez 35 lat brutalnie okupowana przez Japończyków. Okupant robił tam, co chciał, okrutnie represjonując ludność i eksploatując bogactwa kraju. Podczas II wojny światowej zmuszał setki tysięcy Koreanek do nierządu. Traumatyczne doświadczenie z zaborcą japońskim nauczyło Koreańczyków ostrożności i dystansu wobec cudzoziemców.
Po krwawej wojnie domowej Koreańczycy z południa postanowili pokazać światu, że stać ich na więcej, a rywalizacja z Japonią stała się hasłem przewodnim. Zakasano rękawy i na początku lat 60. nad rzeką Han dokonał się cud gospodarczy. Owoce przyniosła ścisła współpraca biznesu i twardego wojskowego reżimu generała Parka. Banki państwowe szczodrze wsparły finansowo wyselekcjonowanych lokalnych przedsiębiorców. Kapitalizm państwowy zapuścił korzenie, rozwijał się, korzystając ze wzorów japońskich. Tempo rozwoju gospodarczego Korei Południowej zapierało dech w piersiach. Powstawały wytwórnie tekstyliów, stalownie, porty i stocznie, wreszcie przedsiębiorstwa branży elektronicznej. Dzięsięcioprocentowy wzrost produktu krajowego brutto przez ponad 30 lat stał się normą. Koreańczycy zaczęli deptać Japończykom po piętach, eliminując ich nawet z niektórych rynków. Udowodnili odwiecznym rywalom i sobie samym, że są zdolni do osiągania równorzędnych wyników. Zdołali znacząco zmniejszyć różnicę w poziomie dochodów na mieszkańca. Na dodatek tych wyczynów dokonywali samodzielnie. Właśnie to podtrzymuje przekonanie, że krajowi nie są potrzebni żadni zagraniczni inwestorzy. I nikt nie zwraca uwagi na fakt, że zbudowane na wzór japońskich keiretsu wielkie rodzime konglomeraty przemysłowe (czebole) w istocie przeszkadzają w naprawie gospodarki.
Sukces wewnętrzny wzmocniony został ekspansją eksportową. Poszukiwaniu i penetrowaniu rynków towarzyszyła wręcz obsesyjna motywacja narodowa - utrzeć nosa Japończykom. Hyundai, największy konglomerat koreański, z impetem wkroczył w latach 60. do południowego Wietnamu. Jak grzyby po deszczu wyrastały tam pola startowe i obozowiska dla żołnierzy amerykańskich, wznoszone przez Koreańczyków. Z biegiem czasu firma ta coraz śmielej poruszała się po świecie. W latach 70. zarabiała krocie na realizacji gigantycznych projektów inżynieryjnych na Bliskim Wschodzie. Tamtejsze państwa, korzystające z wysokich cen ropy naftowej, wydawały wówczas miliardy petrodolarów na przedsięwzięcia infrastrukturalne. Przybysze z Korei Południowej oferowali im tanie, solidne wykonawstwo i dlatego z łatwością wygrywali przetargi. Śladem Hyundaia poszły inne czebole, m.in. Daewoo, LG i Samsung. Po runięciu żelaznej kurtyny w 1989 r. i upadku ZSRR przed Koreańczykami otworzyły się drzwi do Chin kontynentalnych. Wcześniej nieoficjalny handel z Chińczykami odbywał się na niewielką skalę, a jego wartość wynosiła zaledwie kilkaset milionów dolarów rocznie. W ciągu zaledwie trzech lat sięgnęła aż 15 mld dolarów. W 1993 r. Korea była już trzecim partnerem handlowym Pekinu. Globalny zasięg operacji sprawił, że koncerny rozwijały się jak na drożdżach. Sielanka trwała aż do trzeciego kwartału 1997 r.
Gwałtowne załamanie ekonomiczne i spadek kursu wona uzmysłowiły Koreańczykom, że znowu czekają ich wyrzeczenia. Było to jednak tak wstrząsającą niespodzianką, że pojawiły się plotki o zewnętrznej inspiracji problemów. O zamach na koreański dobrobyt obwiniono finansistę George'a Sorosa oraz MFW i Bank Światowy. Pogłoski przeszły w pewność, gdy MFW podjął bezkompromisowe rokowania z Seulem. Warunki funduszu, zaakceptowane przez negocjatorów, utwierdziły społeczeństwo w przekonaniu, że uknuto intrygę. Celem rozgrywki "określonych" kół miało być rzucenie Koreańczyków na kolana i zmuszenie ich, by zaaprobowali w swej ojczyźnie obcy kapitał. Studenci protestowali pod hasłem "Precz z kryzysem MFW!". Mimo upływu prawie trzech lat, fundusz nadal jest przedmiotem ataków demonstrantów i niektórych publicystów.
Najtrudniejsze chwile Korea ma już za sobą. Wysoka wydajność pracy i osłabiona waluta powodują, że świat znowu zalewają dostawy koreańskich półprzewodników i innych produktów wysokich technologii. Zwiększa się nadwyżka handlowa. Zaciągnięte długi regulowane są przed czasem. MFW poczytuje sobie za sukces terapię zaaplikowaną Koreańczykom. Tymczasem wśród nich samych dojrzewa przekonanie, że obcy inwestorzy nie są już potrzebni. Antyglobalne wystąpienia podczas niedawnych obrad MFW i BŚ w Waszyngtonie były owacyjnie przyjmowane w Seulu, Pusanie i Ulsanie - największych ośrodkach koreańskiego przemysłu.
Mimo to wydaje się, że Koreańczycy będą się musieli w końcu poddać. Decyzja o sprzedaży Daewoo Motor jest - jak twierdzi rząd - nieodwołalna. Potem ma przyjść kolej na inne zadłużone po uszy firmy. Rośnie nacisk na rząd, by przyspieszał stosowne decyzje. Kolejną zwłokę mogą jednak spowodować rezultaty ostatnich wyborów parlamentarnych. 13 kwietnia rządzące ugrupowanie utraciło większość w zgromadzeniu narodowym. Prezydent, który w Korei Południowej odgrywa rolę niekwestionowanej wyroczni, obiecał wszak, że procesy decyzyjne zostaną usprawnione. Nie widzi on innej drogi dla swego kraju niż sprzedaż zadłużonego majątku. Społeczeństwo nie chce się jednak z tym pogodzić, co nie wróży szybkiego uspokojenia nastrojów nad rzeką Han.

Więcej możesz przeczytać w 18/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0