Wojna marionetek

Wojna marionetek

Dodano:   /  Zmieniono: 
Podzielimy sprawiedliwie naszą ziemię. Już nigdy nie damy się rzucić na kolana!" - takimi hasłami prezydent Zimbabwe Robert Gabriel Mugabe zachęcał weteranów wojny z rasistowskim reżimem białej mniejszości sprzed dwudziestu lat do zajmowania farm białych plantatorów.
Prezydenckie hasła mają jednak niewiele wspólnego z niwelowaniem nierówności pozostałych po epoce kolonialnej w niegdysiejszej Rodezji. Populizm jest przede wszystkim instrumentem umacniania słabnącej pozycji głowy państwa. Wywłaszczanie białych farmerów w niczym nie pomoże też krajowi, któremu zyski z ich plantacji przynosiły połowę dochodu. Przepędzenie ostatnich potomków brytyjskich kolonizatorów może tylko pogłębić kryzys gospodarczy wywołany nieudolnymi rządami. W istocie to właśnie kłopoty ekonomiczne leżą u podstaw rosnącego niezadowolenia społecznego.

Weterani partyzanckich walk o równouprawnienie czarnych mieszkańców Zimbabwe od dwóch miesięcy okupują ponad 900 farm białych plantatorów, żądając przepisania ich na siebie. W tym czasie zamordowanych zostało już dwóch farmerów i dwóch działaczy partii opozycyjnej, a kilkanaście osób pobito lub uprowadzono. Sąd Najwyższy Zimbabwe nakazał, by czarni "osadnicy" wycofali się, a zajęcie przez nich ziem białych uznał za nielegalne. Okupanci nie zrezygnują jednak dopóty, dopóki będzie ich popierał guru - sam prezydent Mugabe.
Niepodległe Zimbabwe - w przekonaniu Mugabego - powinno być krajem rządzonym silną ręką. Najlepiej jego własną. Dlatego już w ubiegłych dziesięcioleciach skutecznie oczyszczał scenę polityczną z potencjalnych konkurentów. Od współwładzy odsunął m.in. Joshuę Nkomo, przywódcę partii ZAPU, z którą ZANU Mugabego połączyła się we Front Patriotyczny ZANU. W wyborach powszechnych przeprowadzonych w 1990 r. front zdobył 117 ze 120 miejsc w parlamencie, a polityczny mariaż partii na długo zapewnił Mugabemu monopol władzy.
Jesienią ubiegłego roku pojawił się jednak konkurent - Ruch na rzecz Demokratycznych Przemian. Aby zdystansować opozycjonistów, Mugabe zaproponował poszerzenie swoich uprawnień i przedłużenie kadencji prezydenta na kolejne dziesięć lat. W lutym jego projekt poprawki do konstytucji został jednak odrzucony. Gra na uczuciach czarnoskórych mieszkańców Zimbabwe, którzy stanowią 98 proc. ludności, okazała się najprostszym sposobem na zastraszenie opozycji i jej sympatyków oraz odzyskanie popularności żądnego władzy polityka.
Lata władzy Roberta Gabriela Mugabego, premiera i prezydenta, dowodzą jego politycznej skuteczności - niestety wyłącznie w walce o własne przywileje i zjednywaniu sobie elektoratu. Kiedy w 1980 r. Zimbabwe uzyskało niepodległość, a rząd utworzyli jego czarnoskórzy mieszkańcy, biali (było ich wówczas 225 tys.) zaczęli masowo opuszczać kraj. Premier Mugabe, zdając sobie sprawę, że nie ma wystarczającej liczby wykształconych czarnych specjalistów, starał się pozyskać ich zaufanie i powstrzymać ucieczkę. Ostatecznie pozostało ok. 100 tys. białych, w tym 4 tys. farmerów.
Nowym zagrożeniem dla białych farmerów okazał się jednak wydany w 1992 r. dekret o nabywaniu ziemi, który zmuszał ich do odsprzedaży części gruntów. Przedstawiciele czarnej ludności coraz częściej i coraz głośniej wyrażali opinię, że w okresie niepodległości zrobiono niewiele, by zrekompensować kolonialną nierówność. Mugabe chciał sobie zjednać obywateli i uspokoić radykałów, ale spotkał się z ostrą krytyką wewnętrzną i międzynarodową, ponieważ zasady dekretu jawnie wypaczono. W założeniu państwo miało nabywać grunty w celu ich parcelacji między drobnych rolników. Tymczasem pierwszy majątek, jaki wywłaszczono (folwark liczący 3000 akrów), oddano w dzierżawę jednemu z członków rządu. W końcu wyszło na jaw, że wszystkie z przymusowo wykupionych 98 posiadłości wydzierżawiono wyższym urzędnikom państwowym. Biali farmerzy twierdzili, że dekret jest niezgodny z konstytucją, ale ich zarzuty zostały odrzucone przez sądy.
Zastrzeżenia budziły praktycznie wszystkie kolejne pociągnięcia Mugabego. Przedstawiciele utworzonej w 1992 r. najważniejszej wówczas partii opozycyjnej (Forum) zarzucali mu m.in., że poprzez podział ziemi chce zwiększyć swoje szanse w wyborach parlamentarnych i prezydenckich w 1995 r. Wówczas Mugabe wywłaszczył przede wszystkim ziemie należące do członków Forum, podczas gdy uprawiane w znikomym stopniu posiadłości ziemskie członków rządzącej partii ZANU zostały wyłączone z tego procesu.
Zimbabwe, wcześniej jedno z najbogatszych i najbardziej uprzemysłowionych państw Afryki, szansę na przełamanie kryzysu traciło z każdym nieracjonalnym posunięciem prezydenta. Wywłaszczenie w latach 90. przeprowadzono bez przyznania prawa własności drobnym rolnikom. Nie mieli więc oni możliwości otrzymania kredytów na konieczne inwestycje, ponieważ uprawianej ziemi nie mogli wnieść jako zabezpieczenia. Turystyka mogła się stać jedną z bardziej dochodowych gałęzi przemysłu, ale już w 1993 r. obcięto budżet przeznaczony na utrzymanie enklaw dzikiej przyrody, a spółki górnicze bez trudu otrzymywały pozwolenia na wejście na tereny rezerwatów. Przez dwadzieścia lat rządów Mugabe nie dotrzymał też obietnicy przeprowadzenia reformy rolnej. Dopiero pod naciskiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego rozpoczął wreszcie proces liberalizacji gospodarki. W połączeniu z urodzajem w rolnictwie przyniosło to znaczną poprawę stanu ekonomicznego, ośmioprocentowy wzrost gospodarczy i spadek inflacji. Niestety krótkotrwały boom okazał się iluzją.
Pod koniec lat 90. najważniejszą i praktycznie jedyną podporą upadającej gospodarki okazało się rolnictwo. Tytoń, kukurydza i bawełna były głównymi towarami eksportowymi, których sprzedaż wstrzymywała pogłębianie się deficytu narodowego. Największe udziały w tym sektorze (w eksporcie rolnym - ok. 85 proc.) miały właśnie wydajne, duże farmy głównie białych plantatorów, którzy poza budowaniem dochodu narodowego gwarantowali miejsca pracy dla ponad 20 proc. ludności Zimbabwe. Teraz farmy białych plantatorów - uznawanych przez czarną ludność za "marionetki rządu brytyjskiego" - okupowane są przez marionetki w nowym politycznym planie Mugabego. Podburzanie czarnej ludności przeciwko białym farmerom najprawdopodobniej zapewni partii ZANU sukces w wyborach parlamentarnych w maju. Ceną za taką krótkowzroczność - zwłaszcza jeśli zastraszeni biali farmerzy zaczną opuszczać Zimbabwe - będzie jednak zapewne pogłębienie się kryzysu gospodarczego, a wówczas czarni osadnicy swoje niezadowolenie z sytuacji w kraju mogą zademonstrować w wyborach prezydenckich w 2002 r. Kogo wtedy wskaże Mugabe jako winowajcę ich biedy?

Więcej możesz przeczytać w 18/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0