Wahadło małżeńskie

Wahadło małżeńskie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z MICHELLE PFEIFFER
Roman Rogowiecki: - Pani najnowszy film "Tylko miłość", w którym występuje pani w duecie z Bruce'em Willisem, został w Stanach Zjednoczonych odebrany jako krytyka instytucji małżeństwa w wersji amerykańskiej.
Michelle Pfeiffer: - Miał to być rodzaj lustra dla tych, którzy trwają w sformalizowanych i nieudanych związkach. Natomiast dla pozostających w stanie wolnym miał być przestrogą. Film pokazuje życie małżeńskie jako długi i skomplikowany proces. Na jednym etapie para walczy z sobą, a na innym dzień po dniu zasiada do cichego obiadu. Temat małżeństwa potraktowaliśmy jako historyjkę o umiejętności prowadzenia dialogu. Filmowy związek trafia na klasyczne rafy: stresy związane z karierą zawodową i problemy z wychowaniem dzieci. Okazuje się, że podejmowanie tych zadań oddala ludzi od siebie zamiast łączyć.
- Kolejna krytyczna analiza amerykańskiej rodziny.
- Amerykański styl życia przejmują inne nacje, nasze diagnozy nie są więc sporządzone na użytek wyłącznie amerykański. Młodzi ludzie tworzący klasę średnią pod każdą szerokością geograficzną pobierają się pod wpływem wzajemnej fascynacji, ale już po kilku latach obciążeni pracą zawodową żyją z sobą tylko ze względu na dobro dzieci. Kiedy wskutek rewolucji lat 70. w USA nastała moda na rozwody, okazało się, że los dzieci nie jest taki ważny. Gdy wahadełko obyczajów wychyliło się jednak w drugą stronę, społeczeństwo zdało sobie sprawę z niszczycielskiego działania rozwodów. W tej chwili wahadełko nieco się uspokoiło i Amerykanie oraz wszyscy, którzy przejęli ich styl życia, nie umieją wybrać między decyzją o rozwodzie a chęcią utrzymania małżeństwa, którego walory bynajmniej się nie zdewaluowały. I jeszcze jedno - nie przenosimy na ekran wyników badań opinii publicznej na ten temat. Chcieliśmy pokazać, że związek dwojga ludzi jest również tajemnicą, wobec której wszystkie klucze socjologiczne okazują się nieskuteczne. I dlatego powieść lub film jako dzieło sztuki mogą w tej sprawie powiedzieć więcej niż sterty specjalistycznych opracowań.
- Film został jednak odczytany jako manifest męskiego szowinizmu - to żona musi się zmienić i dostosować do wymogów męża.
- Na filmy podejmujące temat sporu między małżonkami widzowie patrzą jak na mecz. Jedni kibicują mężowi, drudzy żonie. Wyważenie racji staje się bardzo trudne. W filmie mąż jest wprawdzie oddany rodzinie i kochający, ale mało udziela się w domu, a w dodatku nie rozumie, że żona właśnie w tych sprawach oczekuje od niego pomocy. Zarówno małżonkom, jak i ich kibicom z widowni umyka istota sprawy: należałoby zacząć od zdefiniowania problemu. Publiczność oddycha z ulgą dopiero wtedy, gdy słyszy kwestię jednego z małżonków: "Teraz rozumiem, o co ci chodzi". Wiadomo, że od tego momentu rozpoczyna się powtórna integracja.
- Film stanowi rodzaj instruktażu, jak rozwiązywać sytuacje konfliktowe. Jego główne przesłanie brzmi: spojrzyj na siebie oczami swego partnera.
- I tu wracamy do problemu tajemnicy małżeńskiej. W filmie staramy się pokazać, że każdy związek dawno temu został zbudowany na uczuciach pierwotnych, które nadal są. Osoby, których małżeństwo stało się pasmem złości, rozczarowań i niechęci, mają skłonność do zapominania, że pokłady tych uczuć nadal istnieją, tymczasem zawsze można próbować się do nich odwołać. "Tylko miłość" przekonuje, że są wyjątkowo trwałe.
- Mówi pani jak ekspert. Czy w tej roli wykorzystała pani również własne doświadczenia żony i matki?
- Przygotowywałam się do tej roli, analizując swoje nieudane małżeństwo, macierzyństwo i karierę aktorską. Mój obecny związek jest na tyle udany, że obawiałam się, czy będę umiała przekonująco zagrać w scenach kłótni małżeńskich.
- A może mogłaby się pani zająć terapią grupową skłóconych małżonków. Na przykład za pośrednictwem telewizji.
- Moje porady miałyby charakter sąsiedzki. Zresztą w profesjonalnych poradniach również o to chodzi - o nakłonienie małżonków, aby spędzali z sobą więcej czasu niż dotychczas i znów zwrócili na siebie uwagę. Znam parę, która co wieczór wspólnie rozwiązuje w łóżku krzyżówki. Gdy ona jest poza domem, dzwoni do niego i rozwiązują krzyżówkę przez telefon. To jest ich sposób na przetrwanie. Zresztą metoda jest nieważna, istotny jest kontakt.
- Socjologowie twierdzą, że to kobiety coraz częściej przyczyniają się do rozkładu małżeństwa.
- Jestem skłonna się z tym zgodzić. Uważam, że coraz trudniej być mężem. W ostatnich latach kobiety bardzo mocno przywiązały się do idei wyzwolenia się z krępujących je więzów rodzinnych. W tym zamiarze bywają niekiedy niemądrze radykalne. W dodatku odchodzą, zabierając z sobą dzieci. Tymczasem chłopcy, którzy nie mogli obserwować własnego ojca w sytuacjach rodzinnych, nieświadomie kopiują wzorzec, nazywany przez socjologów syndromem Piotrusia Pana. Wyrastają na mężczyzn, którzy wciąż mają piętnaście lat.
- W filmie jest pani żoną takiego mężczyzny. Jego chłopięcość w narzeczeństwie była zabawna, ale potem stała się koszmarem.
- Wytwarza się sytuacja patowa. Piotruś Pan z wrodzoną niefrasobliwością niszczy wszystko, czego dotknie. Tylko że ta beztroska przestaje być śmieszna. Kiedy okazuje się, że nie można męża naprawić, trzeba mu z rąk wyjąć wszystko, co nieopatrznie mógłby zepsuć. W efekcie żona, chcąc nie chcąc, przejmuje całkowitą kontrolę nad rodziną. Chroni w ten sposób związek przed zniszczeniem, ale skutkiem ubocznym jej zaborczości jest zepchnięcie małżonka na margines. Wspólnota zaczyna być fikcją.
- A jaki jest pani sposób na udany związek? Miłość?
- Nie tylko miłość. Przede wszystkim trzeba wybrać odpowiedniego partnera. Wydaje mi się, że większość osób na tym etapie popełnia błąd. Nie widać tego od razu, bo na początku znajomość jest ekscytująca i powoduje, że koncentrujemy się na drugiej osobie.
- Ale nieuchronnie zbliża się etap kłótni.
- Zaraz, zaraz. Kłótnie też mają rozmaite fazy, co pokazaliśmy w filmie. Zaczyna się od zaczepek i sprzeczek, potem pojawia się agresja. Małżonkowie wręcz rzucają się na siebie - jako filmowa żona chętnie poorałabym pazurami twarz mężowi. Wreszcie, nie wskórawszy czegokolwiek agresją, stają się obojętni i pasywni.
- Gra w filmie "Tylko miłość" wydaje się pani przychodzić bardzo łatwo. Jakie rodzaje ról pozwalają się pani rozwinąć jako aktorce?
- Największą okazją do artystycznego rozwoju jest dla mnie sytuacja, w której na podstawie złego materiału scenariuszowego muszę zrobić dobrą rolę. W grę trzeba włożyć maksimum wysiłku. Wówczas ma się świadomość, że zapracowało się na gażę. Oczywiście, nie wyszukuję złych scenariuszy, by rozwijać się aktorsko. Kiedy dostaję dobrze napisany scenariusz, praca okazuje się wspaniałą zabawą.
- Ostatnio zagrała pani również z Harrisonem Fordem w psychothrillerze.
- Z tym że nie ma w nim strzelaniny ani dramatycznych pościgów, co bardzo mi odpowiada. Na szczęście we wszystkich mrożących krew w żyłach scenach przemocy wyręczyli mnie technicy posługujący się komputerami. W dodatku za kamerą stał Robert Zemeckis, reżyser "Powrotu do przyszłości", a on tak umie pokierować pracą na planie, że gra się niemal bez wysiłku.
- "Tylko miłość" kręciliście w Wenecji.
- To tylko tak sympatycznie brzmi. Po pierwsze, nie mogłam widywać moich dzieci. Po drugie, było strasznie zimno. Po trzecie, nie było ucieczki przed wszechobecnymi paparazzi. I wreszcie, powtarzając w nieskończoność scenę gotowania w kuchni tajlandzkiej, poparzyłam się olejem, a i tak niczego się nie nauczyłam.

Więcej możesz przeczytać w 18/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0