Więcej hipokryzji

Więcej hipokryzji

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czekając na moment, aż pewnych rzeczy nie będzie się u nas mówiło z rozsądku, niech się ich nie mówi po prostu ze strachu. Przed potępieniem, ostracyzmem i wstydem
Wielki Tydzień zaczął się dla mojej rodziny od niemiłego i zupełnie nieoczekiwanego starcia z Kościołem. No dobrze, nie z Kościołem, ale z jednym księdzem. Choć za jakiś czas może się okazać, że dla mojego dziecka jednak z Kościołem. Starcie to sprawiło, że niezbędne wydaje mi się promowanie u nas politycznej poprawności.
Niedziela była palmowa, a na Krupówkach wszyscy mieli zielone gałązki. W kościele na Krupówkach rzecz jasna też. Dziecko nasze nie przepada za ściskiem, ale jakoś dało się przekonać, że wielkanocna palma, Pan Jezus zmartwychwstanie, za chwilę święconka, krótko mówiąc, że do kościoła pójść trzeba. Pojawienie się dziecka w zakopiańskim kościele nie przypominało jednak triumfalnego wjazdu Chrystusa do Jerozolimy. Co i rusz zadawało jakieś pytania, czyli otwierało buzię, co strasznie irytowało księdza, który do Zakopanego przyjechał na rekolekcje. Nie irytowało aż tak jak dwójka małych dzieci, które bez przerwy kwiliły, ale jednak. Żeby nie przedłużać opowieści, kapłan się zdenerwował i rzucił, żeby te dzieci w końcu wyprowadzić, bo przeszkadzają. Słusznie powiedział. Niedziela Palmowa była w końcu w Kościele obchodzona jako Dzień Młodych. Młodych, czyli nie najmłodszych. Zakłócających porządek trzeba było ze świątyni wyrzucić, co - jak wiemy z Pisma - ma pewną tradycję. A że akurat kościół jest pod wezwaniem Świętej Rodziny? No i co? Jak przeszkadzała, znaczy nie taka święta. Przez jakiś czas wielkanocna palma nie będzie mi się kojarzyć z zieloną gałązką, ale to nie problem. Jeden niemądry ksiądz to też nie problem. Problemem jest to, że ksiądz nie bał się wyrzucić z kościoła dzieci. Nawet gdyby był głupi, nie zrobiłby tego, gdyby się bał reakcji ludzi. A bałby się, gdyby wiedzieli, że nie może tego zrobić. A wiedzieliby, gdyby było u nas trochę więcej politycznej poprawności.
Gdzie bachory, a gdzie polityczna poprawność - powie ktoś. A właśnie. Wystarczy zrozumieć, że polityczna poprawność to - a niech i z liberalnego nastawienia wynikająca - norma, że pewnych rzeczy robić i mówić nie można. Niech więc sobie ksiądz nie lubi dzieci, ale niech się boi je wyrzucać, bo nie wypada, a i strach, co powiedzą ludzie. A kto będzie ustanawiał normy tej poprawności? - zapytają państwo. Ale one już są ustanowione, trzeba je tylko egzekwować. Nic wielkiego, proste sprawy. Nie mówimy, że Żydzi są be, nie pomstujemy na wstrętnych pederastów, nawet jeśli nie chcemy, jesteśmy mili dla dzieci, nie wyzywamy Murzynów od asfaltów. Zachęcam nawet do hipokryzji. Niech se ludziska dalej opowiadają antysemickie dowcipy z kolegami, niech dalej pomstują na pedałów. Ale nie publicznie. W polskim systemie edukacyjnym, gdzie nadal dominuje protekcjonalny stosunek do ucznia i wymuszanie zachowań za pomocą strachu, taka narzucona z góry norma może się przyjąć. A potem wejdzie w krew i nikt nie będzie pamiętał, że na początku był strach.
Czy przez taką polityczną poprawność nie zostalibyśmy jednak sterroryzowani jak Amerykanie? Nie, spokojnie. W upoprawnianiu mamy takie zaległości, że najwyżej dojdziemy do pewnego przyzwoitego standardu. Grający w piłkę chłopiec nie będzie się wtedy darł: "ty Żydzie" na kolegę, który zmarnował okazję. Na meczu z Maccabi Tel Awiw hołota nie będzie podśpiewywać "Auschwitz-Birkenau, sialalalala". Skądinąd sympatyczny poseł Kamiński nie będzie miał odwagi mówić o "Polsce dla Polaków". Komentator sportowy nie będzie o czarnoskórym piłkarzu mówił "Murzynek". Lekarzowi z Tanzanii nie odmówi się przedłużenia w Polsce prawa wykonywania zawodu, co zrobiono najwyraźniej ze względu na jego nadmiar pigmentu, itd., itp. Nie, nie damy się zwariować jak Amerykanie. Nie zabierzemy dziecku książek Tuwima tylko dlatego, że napisał "Murzynka Bambo". Przecież wiemy, że jeśli nawet nasze dziecko nazywa czarnoskórego chłopca Murzynkiem Bambo, nie znaczy to, że kiedyś nazwie go asfaltem.
Powie ktoś, że zamiast politycznej poprawności lepiej szerzyć tolerancję, oczekując, iż ona wymusi pożądane zachowania. Tylko czy warto czekać tych kilkadziesiąt lat? Warto. Ale czekając na moment, aż pewnych rzeczy nie będzie się u nas mówiło z rozsądku, niech się ich nie mówi po prostu ze strachu. Przed potępieniem, ostracyzmem i wstydem.
Polityczna poprawność jest formułą knebla, ale co poradzę, że niektórzy potrzebują właśnie knebla. Kilka miesięcy temu, gdy koszykarz NBA Charles Barkley odniósł kontuzję, która praktycznie zakończyła jego karierę, "Przegląd Sportowy" napisał o tym na pierwszej stronie pod tytułem "Jeszcze jeden bezrobotny Murzyn". Serio. Pal diabli, że Barkley to milioner, który pracę daje innym. Żeby było weselej, jest republikaninem, który uważa, że wszyscy za wszelką cenę muszą szukać pracy. To drobiazgi, bo gdyby był innego zdania, to co? Istotne jest to, że rasizm znalazł się na czołówce gazety i nikomu to nie przeszkadzało. Gdyby było u nas więcej politycznej poprawności, nic takiego by się nie zdarzyło.
Nie ma najmniejszego znaczenia, że w Ameryce polityczna poprawność wychodzi właśnie z mody. Nie trzeba patrzeć na pierwszą stronę "Przeglądu Sportowego", by wiedzieć, że z modą zawsze jesteśmy trochę z tyłu. Czasem nawet, by tak rzec politycznie niepoprawnie, jesteśmy za Murzynami.

Więcej możesz przeczytać w 18/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0