Kołyska globaloty

Kołyska globaloty

Dodano:   /  Zmieniono: 
Postęp techniczny upowszechnił posiadanie wielu narzędzi poznawania świata. Dzięki temu coraz więcej ludzi może oglądać świat takim, jaki jest, a nie takim, jaki znają z lokalnych stereotypów
W felietonie "Wespół w zespół" (nr 16) pisałem o zorganizowaniu przez uczniów z Fayette-ville w Georgii wysyłki stu siedmiu drzew i pięciu tysięcy sadzonek do zniszczonego przez wichurę parku w Wersalu. Gwoli dziennikarskiej rzetelności należy dodać, że 3002 sadzonki zostały nazajutrz po uroczystościach w Wersalu odesłane do Fayetteville, ponieważ ich import nie odbył się zgodnie z przepisami Unii Europejskiej. Płynie stąd nauka, że choć świat robi się coraz mniejszy, a ludzie są sobie coraz bliżsi, przepisy trzeba znać. Kierujący operacją dorośli przyznają, iż działali może w zbyt wielkim pośpiechu, a dyrektor szkoły w Fayetteville dodaje trzeźwo, że dla młodzieży była to doskonała praktyczna lekcja stosunków międzynarodowych, w których odruchy serca globalizują się najwolniej.
Zostawmy już jednak Fayetteville i Wersal w spokoju, bo wiele ciekawych lekcji czeka w najbliższych czasach nie tylko młodzież - i nie tylko w dziedzinie stosunków międzynarodowych. Claude Imbert wydał niedawno książkę "Grób Aureliana", która wzbudziła we Francji żywe zainteresowanie. Autor stara się udowodnić tezę, że przeżywamy obecnie prawdziwie głębokie zerwanie z regułami epoki judeochrystianizmu i psychologicznie znajdujemy się w sytuacji podobnej do tej, w jakiej znaleźli się Rzymianie, gdy kończyła się ich epoka, a górę zaczynał brać - jak się okazało, na długie wieki - judeochrystianizm. Proszę pomyśleć, o jakiej skali przełomu mówimy, jeżeli Imbert ma rację. Proszę pomyśleć o sile oporu, z jaką może się spotkać konieczność zmiany praktycznie całego aparatu pojęciowego, jakim posługiwaliśmy się przez całą epokę, aby opisać podstawowe cechy otaczającego nas świata i wyznawane przez nas wartości. Rzecz jasna, na każdym etapie historii dochodziło do rewizji rozmaitych pojęć i postaw, ale teraz mielibyśmy stać w obliczu kumulacji konieczności równoczesnych zmian spojrzenia na sprawy tak elementarne, jak życie, śmierć, wszechświat, miłość, rodzina, praca, zdrowie, czas, przestrzeń, relacje człowieka z materią ożywioną i nieożywioną, solidarność, patriotyzm, demokracja... Nie sposób przewidzieć, w jakich kierunkach pójdą te zmiany i czym się zakończą (czy Rzymianin mógł przewidzieć klonowanie, Internet albo obrazy z teleskopu Hubble'a?), ale już się zaczęły i sami je współtworzymy.
Nie chodzi tylko o nowe możliwości stwarzane przez postęp techniczny i naukowy. To zawsze było. Chodzi raczej o rzadką w historii perspektywę lawinowych zmian, jakie ów postęp może (a kto wie, czy nawet nie musi) spowodować w samych ludziach. Być może najłatwiej to prześledzić na przykładzie patriotyzmu, jednej z najtrwalszych wartości naszej cywilizacji, w imię której powstało wiele wspaniałości i w imię której zginęły tłumy ludzi. Postęp techniczny upowszechnił tylko posiadanie narzędzi poznawania świata w sposób bezpośredni i "osobiście uczestniczący". Ale to niewinne "tylko" oznacza, że coraz większe gromady ludzi mogą coraz szybciej i łatwiej pokonywać coraz większe odległości i oglądać świat takim, jaki jest, a nie takim, jaki znają z lokalnych stereotypów. Mogą też rozmawiać i dyskutować z ludźmi z najdalszych zakątków kuli ziemskiej, nie ruszając się z domu. Ludzie posiadający takie narzędzia poznawania świata prędzej czy później staną się po prostu organicznie niezdolni do postrzegania świata w kategoriach przeciwstawień między "nami-narodem", a "nimi-cudzoziemcami". W pewnym momencie będzie musiało im się to wydać śmieszne i nierozumne albo zgoła szkodliwe.
Na razie są to punktowe doznania i przeżycia, które być może nie u wszystkich układają się już w spójną ogólniejszą refleksję. Turysta europejski czytający miejscową prasę w Bangkoku uśmiechnie się pod wąsem, widząc, z jaką powagą podchodzi się tam na przykład do problemu budowy kasyn przez Birmę i Kambodżę po ich stronie rzek granicznych z Tajlandią - i może nasunie mu się myśl, że z perspektywy azjatyckiej równie zabawnie wygląda powaga, z jaką Europejczycy traktują niektóre swoje lokalne problemy. Potem taki turysta zajdzie na pokaz wspaniałych tajlandzkich tańców i będzie się zastanawiał, czy bardziej utożsamia się z wycieczką rodaków, którzy pojawiają się tam z godzinnym opóźnieniem i rozsiadają się, rzucając "kurwami" oraz uwagami w rodzaju "Dobrze, że moja stara nie widzi tych Tajlandek, bo by mi dopiero dała", czy może raczej ze znacznie od nich uboższymi, o wiele cichszymi, milszymi i bardziej uśmiechniętymi Tajlandczykami. A potem pojedzie jeszcze na wyspy Pee Pee i będzie sobie zadawać pytanie, czy to nie absurd, że tak zachwycająca natura stanowi formalnie własność jednego narodu. I tak niepostrzeżenie z patrioty zacznie się przekształcać w "globalotę". To nie znaczy, że patriotyzm jest lub był czymś złym. To oznacza jedynie, że może się okazać niewystarczający. W Seattle czy Waszyngtonie ludzie rzucają się z pięściami na globalizację ekonomiczną, ale to tylko drobna cząstka problemu. Człowiek powoli globalizuje się sam jako istota - i tego problemu nie da się rozwiązać pięściami.
Więcej możesz przeczytać w 18/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0