Socjalizm albo życie

Socjalizm albo życie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Sprzedawczyni w sklepie z pamiątkami przy hotelu Habana Libre jest zaskoczona. - Nie, nie mamy t-shirtów z Elianem - mówi. Dlaczego? - No se comercialisa (nie podlega komercjalizacji) - odpowiada z naciskiem
Dolar i turyści odegrali rolę kroplówki dla stetryczałych rządów Fidela Castro 

To jedna z niewielu rzeczy, które nie są jeszcze na Kubie dostępne za pieniądze, czyli coraz częściej za twardą walutę. Koszulki ze sztandarowym bohaterem kubańskiej rewolucji Ernesto Che Guevarą należą do podstawowych pamiątek oferowanych turystom (za osiem, jedenaście dolarów - równowartość przeciętnej miesięcznej wypłaty na państwowej posadzie). Na ulicach nie widać jednak ludzi ubranych w t-shirty z brodatym herosem-internacjonałem, wielu nosi natomiast koszulki z podobizną sześcioletniego chłopca, którego matka próbowała przewieźć nielegalnie na Florydę, sama po drodze tonąc.
Sędziwy (z praktyką dziennikarską jeszcze sprzed rewolucji) szef opozycyjnej, nielegalnej agencji prasowej APIC, Nestor E. Baguer, którego ulubionym koktajlem jest Cuba Libre ("wolna Kuba"), twierdzi, że władze rozprowadziły poprzez zakłady pracy i komitety rewolucyjne dwa miliony bezpłatnych koszulek ze zdjęciami Eliana i hasłami wzywającymi do jego powrotu na Kubę. Podczas wielotysięcznych manifestacji organizowanych w tej sprawie ich uczestnicy wymachują również gratisowymi flagami narodowymi. "Budzimy się i zasypiamy z Elianem" - ironizują Kubańczycy.

Życie w Fidellandzie
To prawdopodobnie jedna z ostatnich (jeśli nie ostatnia) wielkich kampanii propagandowych Fidela Castro - łabędzi śpiew starzejącego się przywódcy kubańskiej rewolucji. Dzięki sprawie Eliana zyskał świetną okazję do zademonstrowania mieszkańcom odizolowanej karaibskiej wyspy, że jego głos nadal liczy się na świecie, a światu - że wciąż jest w stanie mobilizować masy i zachowuje kontrolę nad krajem, którym rządzi od 1959 r. Castro zbudował na nadmorskim bulwarze Malecon, tuż pod nosem Sekcji Interesów Amerykańskich, żelazobetonowy protestodrom, gdzie odbywają się demonstracje organizowane przez władze. Rewolucyjny zapał coraz trudniej jednak wykrzesać. Podupadają nawet osławione Komitety Obrony Rewolucji (CDR), budzące postrach ze względu na zakres kontroli nad prywatnym życiem Kubańczyków. - Nocą powinny być dyżury, ale ludzie mają tego dość. Jak mam iść do pracy o szóstej, to nie będę czuwał do czwartej i sprawdzał, czy nikt nie okrada sklepu. To sprawa policji, a nie moja - mówi Augusto, monter w firmie budowlanej.
Zmurszałych komitetów nie ma jednak co zastąpić. Trudno zaryzykować stwierdzenie, że społeczeństwo obywatelskie istnieje na Kubie choćby w zalążkowej formie. Opozycji brak wiary w zwycięstwo, a nawet koncepcji na to, jak powinien wyglądać kraj po odejściu Castro, nie mówiąc już o wyrazistych osobowościach, zdolnych takie koncepcje uosabiać. Znani opozycjoniści - Gustavo Arcos czy Elizardo Sanchez - są już wiekowi, poza tym to raczej intelektualiści niż rasowi politycy, a na pewno nie tak charyzmatyczne osobowości jak Wałęsa, zdolne porwać za sobą masy. W dodatku wielu najaktywniejszych dysydentów to marksiści. Na gruzach systemu zbudowanego przez Castro chcieliby zbudować "prawdziwy" socjalizm.

Pod kontrolą
Opozycję w kraju tworzy kilkadziesiąt kanapowych partyjek, organizacji obrony praw człowieka, związków zawodowych i agencji prasowych. - W USA są trzy agencje, a u nas trzysta - śmieje się gorzko dystyngowany Baguer. Zresztą jego pierwsza na Kubie niezależna agencja prasowa to dwóch młodych współpracowników, stara maszyna do pisania i faks, za pomocą którego raz w tygodniu przesyłane są informacje do Miami. Zachodni dyplomata mówi, że trudno się połapać, kto jest kim w środowiskach opozycyjnych, przestrzega, że są one mocno infiltrowane przez służby bezpieczeństwa, a część organizacji jest nawet zakładana i sterowana przez agentów rządu, by spotęgować zamieszanie.
61-letnia energiczna Aida Valdes Santana kieruje Biurem Informacji o Prawach Człowieka, mieszczącym się w jej mieszkaniu, które dzieli z 91-letnią matką i jej o trzy lata młodszą siostrą. Koordynuje także działalność 30 (sic!) niezależnych związków zawodowych oraz pomoc dla obecnych i byłych więźniów politycznych. Ani Nestor, choć od lat nosi w dowodzie pismo z Sekcji Interesów Amerykańskich gwarantujące mu natychmiastowy wyjazd w towarzystwie trzech innych osób, ani Aida nie zamierzają opuszczać Kuby. - Jeśli Fidel chce, niech sam jedzie, a my zbudujemy demokrację w naszym kraju - mówi Aida. Ojciec Aidy zmarł na atak serca po tym, gdy policjanci uderzyli na jego oczach córkę. Według Aidy, choć prawa człowieka są na Kubie systematycznie łamane, a za przekonania i pokojową działalność polityczną więzione są 424 osoby, nie można mówić, że są one fizycznie torturowane. Podobnego zdania jest organizacja Amnesty International, która zalicza Kubę do grupy krajów Ameryki Łacińskiej, gdzie nie ma tortur i morderstw popełnianych przez policjantów, siły bezpieczeństwa lub oddziały paramilitarne. Jednocześnie wskazuje na silną presję psychologiczną (więzienie w izolatkach, mieszanie pór dnia, intensywne przesłuchiwania, groźby, szantaż itd.). Human Rights Watch twierdzi, że te praktyki są bliskie torturom. Łamanie praw człowieka na Kubie polega jednak przede wszystkim na dławieniu swobód demokratycznych.

Moralne poparcie
Aida przyznaje, że była pod wrażeniem polskiej "Solidarności". Ten sentyment przyblakł. Na listopadowym kongresie kubańskich wolnych związków zawodowych, który odbywał się w jej mieszkaniu, byli goście z Europy, ale nie było nikogo z "Solidarności". - Widocznie - mówi - jak już sami wygrali, inni przestali ich obchodzić, a nam przecież nie chodzi wcale o pieniądze od nich, tylko o moralne poparcie i oficjalne, międzynarodowe uznanie naszej działalności.
Mimo wszystko w gospodarce następują zmiany. Przyjeżdżając na Kubę, nie trzeba wymieniać pieniędzy. Króluje dolar, a będąca źródłem amerykańskiej waluty turystyka (dwa miliony przybyszów w ostatnim roku) stała się najważniejszą gałęzią gospodarki, spychając na drugie miejsce produkcję cukru z trzciny cukrowej. Dolar i turyści odegrali rolę kroplówki dla stetryczałych rządów komunistycznych 73-letniego Fidela Castro, który odgrodził swój kraj od reszty świata barykadą hasła "Socialismo o muerte" (socjalizm albo śmierć). Po rozpadzie ZSRR i upadku bloku wschodniego, gdy urwała się coroczna kilkumiliardowa "bratnia" pomoc gospodarcza, wydawało się, że Castro ma nóż na gardle. Jego dni nie były jednak policzone. Przyparty do muru przez gospodarcze realia, sprawujący władzę bez kłopotania się o wolne wybory prezydent desperacko zaczął potrzebować dewiz. Dlatego dokonał wyłomu w murze socjalistycznych pryncypiów gospodarczych i zezwolił obywatelom na posiadanie twardej waluty. Na razie podpiera ona zmurszały reżim, ale w dłuższym okresie będzie go podminowywać. Już zaraża Kubańczyków nieuleczalnym bakcylem konsumpcjonizmu i wolności. Przykładem sankcjonowanej przez władze schizofrenii systemu jest hawańska kawiarnia "La Coppelia". Po lody trzeba tam stać przeciętnie dwie godziny. Gdy jednak zapłacić nie 10 pesos, ale dwa dolary (cztery razy drożej) - lodami można się zajadać od razu.

Za garść dolarów
Dziś za dolary wchodzi się nawet do muzeum rewolucji. Jaskółkami gospodarki rynkowej, opartej na prywatnej inicjatywie, stały się małe rodzinne restauracje, tzw. paladares. W paladar, gdzie kelnerką jest Miriam, z wykształcenia inżynier mechanik, na ścianie widnieje napis: "Klient ma zawsze rację" - iście kopernikański przełom w kraju, w którym od lat podstawowe produkty spożywcze są na kartki, a ochroniarze w sklepach zaglądają do siatek każdego wychodzącego klienta. Władze zezwoliły również Kubańczykom, którzy uzyskają odpowiednią licencję, na wynajmowanie pokojów turystom.
Po rozpadzie bloku wschodniego El Comandante en Jefe nie miał innego sposobu na finansowanie swoich rządów niż ściągnięcie dolarowych zaskórniaków od własnych obywateli. Główny strumień to pomoc z Florydy, gdzie żyje ok. 2 mln emigrantów z Kuby (na każdego przypada nieco ponad pięciu pozostających na wyspie). W rządowej telewizji i radiu nazywa się ich wprawdzie "mafią z Miami", ale w praktyce stosowana jest łacińska maksyma pecunia non olet. Ci, którzy nie mogli dolarów otrzymywać z zagranicy, musieli uzyskać możliwość ich zarabiania. Rząd otworzył wąską furtkę dla prywatnej przedsiębiorczości. Przede wszystkim rodzi się jednak "kapitalizm państwowy", z zakulisowym uwłaszczaniem nomenklatury, choć ostentacja bywa karana.

Raj dla turystów
Dla zagranicznych przedsiębiorstw, które zdecydowały się inwestować na Kubie, partnerem do zakładania tzw. joint ventures jest rząd. Z powodu embarga nie ma firm ze Stanów Zjednoczonych. Są za to przedsiębiorstwa z Kanady, Europy Zachodniej i Ameryki Łacińskiej. To dzięki nim gospodarka kubańska jeszcze jako tako funkcjonuje, mimo bankructwa ekonomicznych zasad komunizmu. Wystarczy wyjechać za rogatki stolicy, by ujrzeć wiele opustoszałych fabryk, które miały się opierać na radzieckich technologiach. Teraz zagraniczny kapitał inwestuje głównie w turystykę, wznosząc hotele w turystycznych rajach - Varadero od strony Atlantyku czy Cayo Largo nad Morzem Karaibskim. Varadero nie jest jeszcze wielkim kombinatem nadmorskim, choć wznosi się tu już nowe, duże hotele. Na plaży słychać niemiecki, hiszpański oraz francuski i angielski, którymi posługują się tu głównie Kanadyjczycy. Wczasy na Kubie (700- 800 USD) są dla nich tańsze niż na Bahamach czy w Cancun. W hawańskiej Marina Hemingway cumują luksusowe jachty z całego świata. Wśród nich także skromniejsza "Antica" z Polski. Lisa i Kirk Johnson przypłynęli z Seattle. Śmieją się, że będąc tu, nie łamią embarga - nie wolno im jedynie wydawać pieniędzy. Są zafascynowani otwartością, przyjaznym nastawieniem Kubańczyków do cudzoziemców, w tym do Amerykanów. Dyrektor szkoły sportowej w Artemisa Enrique Rafael Acosta Cruz narzeka, że to ze względu na sankcje brakuje strojów do uprawiania sportów walki i innego sprzętu. Wejście zagranicznego kapitału sprawiło, że po ulicach jeżdżą już nie tylko cudem utrzymywane na chodzie amerykańskie graty z lat pięćdziesiątych oraz moskwicze, łady i maluchy, ale też auta koreańskie i europejskie. Nie wolno posiadać prywatnych aut, chyba że zakupiło się je od państwa albo są tak stare, że państwo już się nimi nie interesuje. Firmy kupują więc samochody służbowe, które później często służą do prywatnego użytku pracowników.

Prawo i bezprawie
Inwestorzy zagraniczni pomagają też wielu kubańskim rodzinom w wiązaniu końca z końcem. Według przepisów, to państwo zgarnia od firm zagranicznych wypłaty w dolarach za każdego zatrudnionego (nawet do 800 USD), ci zaś otrzymują pensje w peso Cubano. Tradycją stało się jednak, że pod stołem pracodawcy wypłacają im także twardą walutę. Augusto, monter z firmy budowlanej z kapitałem latynoamerykańskim, dzięki tym praktykom i fuchom może bez większych problemów utrzymać trzyosobową rodzinę. Tylko na lewo zarabia 100 USD tygodniowo. Pracy mu nie zabraknie. - Inni, by przeżyć, muszą kraść. Ja wolę spokojne życie - mówi. Przyznaje jednak, że używa materiałów skradzionych przez znajomych w państwowych firmach.
Eduardo opowiada, jak w 1991 r. próbował uciec z Kuby małym statkiem, lecz miał pecha - trafił na prowokatorów. Bezpieka zgarnęła pieniądze, ale zamiast na Florydę zawiozła go na 13 miesięcy do więzienia. Jest z wykształcenia architektem, lecz żyje z wynajmowania pokojów turystom. Mówi, że rząd po uzyskaniu oddechu znów zaczyna przykręcać śrubę małym prywatnym przedsięwzięciom, dławiąc podatkami i ograniczając liczbę pozwoleń. W tej sytuacji - jak przekonuje wielu hawańczyków - kombinowanie na prawo i lewo stało się nieomal życiową koniecznością, a nawet swego rodzaju alternatywnym stylem życia. Nauczyciele udzielają prywatnych lekcji, lekarze leczą w domach tych, którzy mogą sobie na to pozwolić, ludzie po studiach wolą być kelnerami czy barmanami albo nawet sprzątać w hotelach, niż pracować za grosze w zawodzie. Kelnerka Miriam zarabia 250 pesos (miesięczna pensja inżyniera) przez dwa dni. Pracownicy fabryk wynoszą z nich wszystko, co tylko da się sprzedać na czarno, na przykład mięso. Idąc ulicą 23. w Vedado, przy której mieszczą się biura turystyczne, restauracje i kino, niemal na każdym kroku słyszy się propozycje sprzedaży nie tylko usług oferowanych przez prostytutki, ale i rumu czy cygar.
Roberto, władający kilkoma językami czarnoskóry student, mieszka w czymś w rodzaju gołębnika - budy przylepionej do starej kamienicy od strony podwórza. Radzi sobie nieźle - np. dając lekcje hiszpańskiego co bardziej "zakręconym" zachodnim przybyszom, zafascynowanym filmem "Buena Vista Social Club", muzyką i kulturą karaibsko-latynoską oraz santerią, mieszanką religii katolickiej i wierzeń afrykańskich. Roberto jest przekonany, że jeśli cokolwiek będzie w stanie wysadzić z siodła obecny, przeżarty zwątpieniem i korupcją, ale ciągle mocno się trzymający reżim, to jedynie owa pokraczna i pokrętna prywatna przedsiębiorczość, dzięki której w bólach rodzi się coś w rodzaju kubańskiej klasy średniej. Wciągając mnie do rozklekotanej łady z zalepionymi taśmą dziurami po szybach zamiast do państwowej taksówki albo prowadząc do pochowanych w ciemnych zaułkach paladares czy też naciskając na wyprowadzenie się z państwowego hotelu, Roberto nieustannie apeluje do mojego sumienia: - Zostawiaj pieniądze ludziom, a nie tym bandziorom u żłobu, którzy nie dają nam żyć.

Wolimy paladares
Studiujemy przez chwilę menu w restauracji w jednym z państwowych hoteli w La Habana Vieja, nawiedzanej tłumnie przez turystów starówce, wciągniętej na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Gdy wychodzimy, stojący na zewnątrz policjant pyta, dlaczego nic nie jemy. - Wolimy jadać w paladares - wypala rozdrażniony Roberto. Hawańska policja naprzykrza się Kubańczykom, zwłaszcza o ciemnym kolorze skóry, nieustannie ich legitymując i o wszystko wypytując. Także tym razem policjant żąda dokumentów studenta i przeszukuje jego plecak. Rezygnuje z dalszych szykan dopiero na widok dziennikarskiej akredytacji na zjazd przywódców krajów biednych, nazwany Szczytem Południa. - Gdyby nie to, że jestem z tobą, na pewno zabrałby mnie na posterunek - mówi roztrzęsiony. - Traktują nas jak zwierzęta.

Brak perspektyw
Nastroje wśród Kubańczyków są minorowe. Wielu narzeka na drożyznę. Zazdrośnie spoglądają na turystów szastających dolarami. Młodzi ludzie nie wierzą w zmiany - przynajmniej nie za życia Fidela, a na pewno nie z własnym udziałem. Nie znają albo nie uznają za własny kodeksu honorowego rybaka Santiago ("Człowiekowi nie wolno rezygnować") z książki "Stary człowiek i morze" mieszkającego długo na Kubie Hemingwaya. O opozycjonistach albo nie słyszeli, albo uważają ich za szalonych. Nie zadają sobie pytań, co będzie po odejściu Castro. Czy rzeczywiście wyśniona wolność i dobrobyt na modłę zachodnią? Czy też jeszcze jeden niestabilny kraj, jakich pełno w tym regionie, z kosmicznymi kontrastami między tymi na szczycie drabiny społecznej a nędzarzami. Z gangami młodocianych i szwadronami śmierci - jak Brazylia, a może z wszechpotężną mafią narkotykową i obszarami kraju wyłączonymi spod kontroli rządu - jak Kolumbia czy Meksyk. Kubańczycy liczą jednak na to, że pewnego dnia jakiś mocny człowiek zastąpi Fidela. Tyle że przyniesie im na tacy nie socjalizm, ale kapitalizm w wydaniu amerykańskim. Najwidoczniej nie czytali Hemingwaya, który stwierdził: "Ludzie stale szukają skróconych dróg do szczęścia. Nie ma skróconych dróg".


Więcej możesz przeczytać w 19/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0