Usługa artystyczna

Usługa artystyczna

Dodano:   /  Zmieniono: 
Gdyby do teatru przykładać miarę wyłącznie artystyczną, należałoby zamknąć prawie wszystkie instytucje noszące tę nazwę. Teatr - inaczej niż malarstwo czy muzyka - sztuką raczej bywa
Zazwyczaj jest rozrywką, rozmową z widzem. Teatr spełniający taką funkcję świadczy usługi dla ludności, w przeciwieństwie do teatru artystycznego, którego odbiór wymaga tyleż wyśrubowanego wysiłku umysłowego, co fachowej wiedzy. Często ambicje twórców dają płody poronione. Wówczas człowiek tym bardziej wzdycha do bezpretensjonalnego "teatru dla ludzi" i pędzi na coś zwykłego.

Na przykład do Teatru Powszechnego na "Wesołe kumoszki z Windsoru" Szekspira. Reżyser Piotr Cieplak wykorzystał swą umiejętność zabawiania publiczności, nic mniej i nic więcej. Bohaterem sztuki jest tłusty fanfaron Falstaff. Dufny w swe męskie walory uwodzi dwie przejrzałe paniusie, spodziewając się w ten sposób zdobyć pieniądze ich mężów. One zaś, przejrzawszy jego grę, wystawiają go na pośmiewisko. Falstaffa gra znany z telewizji Cezary Żak. Ktoś może się krzywić, że nie dorasta on do pięt Orsonowi Wellesowi, że nie godzi się, by wielką postać szekspirowską grał telewizyjny wycirus. Nie będzie jednak miał racji, gdyż nie wielka kreacja była intencją tego spektaklu, ale dostarczenie zwykłej rubasznej przyjemności. Zresztą na scenie roi się od karykaturalnych postaci: plotkara w jaskrawym stroju (Maria Robaszkiewicz), dwaj zarysowani grubą krechą starzy mężowie (Franciszek Pieczka i Kazimierz Kaczor), ksiądz i Francuz kaleczący mowę polską (Piotr Kozłowski i Rafał Królikowski). Dwie kumoszki (Joanna Żółkowska i Joanna Szczepkowska), odziane z pańciowatą elegancją, niemłode już, ale nie pozbawione tęsknot erotycznych, są mniej schematyczne niż reszta towarzystwa. Kiedy Joanna Żółkowska czyta list z oświadczynami od Falstaffa, robi z tego epizodu klejnocik. Świetnie jest w tym przedstawieniu ukazana ambiwalencja uczuć do Falstaffa drugiej kumoszki, która mści się na nim tym zacieklej, im bardziej się ku niemu skłania. To nieporównanie tęskne spojrzenie Szczepkowskiej w stronę Falstaffa!
Bywa też w teatrze coś, co potrafi urzec poprzez swoją bezinteresowność, przez to, że z niczym się nie kojarzy i niczemu nie służy. Zaczynając oglądać takie przedstawienie - ot, na przykład "Intrygę..." Aleksandra Fredry w Teatrze Polskim w reżyserii Andrzeja Łapickiego - ma się z początku poczucie obcowania z absurdem. O czym ci ludzie na scenie mówią? Co mnie obchodzi, że jakiś szlachcic chce zmusić swego syna hulakę do ożenku z przyzwoitą panną, że inny hulaka żeni się z kobietą, którą wcześniej porzucił albo że jakiś mąż przebiera się za kogoś innego, a w tego męża z kolei wciela się jeszcze kto inny? W dodatku wszystko dobrze się kończy, co - jak wiemy z doświadczenia - jest nieprawdą. A jednak w te bzdury można się nadzwyczaj szybko wciągnąć. Trzy jednoaktówki Fredry, które pokazał Andrzej Łapicki, to propozycja miłej zabawy, a aktorzy Teatru Polskiego odnajdują się dobrze w tego rodzaju repertuarze. Staroświecka, rzecz jasna, tylko podrabiana na antyk, gracja panów i niedzisiejsza uroda pań raduje widza, mimo - a może właśnie dlatego - że go nie dręczy, że spektakl jest błahy, lekki i z niczym się nie kojarzy. Czysta zabawa i chwila wytchnienia od tego, co przyziemne, ciężkie i brudne. Do tego też może służyć teatr.
Przedstawienie teatralne może jednak służyć i pokrzepieniu serc, jak "Kwartet" Ronalda Harwooda podany przez Teatr Współczesny. Akcja rozgrywa się przy Bulwarze Zachodzącego Słońca, czyli w domu starców. Czworo pensjonariuszy, dwie stare panie i dwóch panów, emerytów sztuki operowej, dożywa swych dni: trwają, żyją, wspominają dni sławy, cierpienia i dawne ambicje. Są złośliwi, ale również żartują. Jeszcze żyją, jednak życiem pomniejszonym przez dolegliwości, skromne warunki, brak szans. i perspektywę śmierci. Ani w sztuce, ani w reżyserii Zbigniewa Zapasiewicza nie ma wzlotów czy wielkich głębi. Sztuczka spojona jest jedynie klamrą konstrukcyjną, czyli odśpiewaniem kwestii z "Rigoletta" na początku i na zakończenie. Aktorzy - Zofia Kucówna, Janusz Michałowski i Zbigniew Zapasiewicz - nie przydają skrzydeł przeciętnej bulwarówce Harwooda. Ich gra wystarcza, by uznać spektakl jedynie za przyzwoity. Ale za sprawą Mai Komorowskiej staje się on czymś dużo więcej. Na kanwie skromnego tekstu zbudowała wielką rolę, przemyślaną w każdym szczególe - kiedy niedosłyszy, zapomina i szuka torebki, kiedy nagle bystro spogląda sponad własnej sklerozy, potrząsa starczo głową, mruga bezwolnie oczami, niezgrabnie się porusza, wciągając w ekspresję starości całe ciało. Jest uosobieniem późnego wieku, wzruszającym i budzącym współczucie.

Więcej możesz przeczytać w 19/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0