Poranny spacer

Poranny spacer

Dodano:   /  Zmieniono: 
Bezwstyd, z jakim polscy pracoholicy deklarują, że na nic nie mają czasu, nie budzi mojego współczucia
Z okazji święta 1 Maja "Polityka" opublikowała ciekawe zestawienie statystyczne. Czytelnik mógł się zorientować, jak wyglądają autoportrety dnia dzisiejszego polityka, maklera, chirurga, kontrolera lotów etc. Były to portrety pracoholików - żywy dowód, że jesteśmy wschodzącym rynkiem. Budowanie nowych struktur i organizowanie nowych warsztatów pracy powoduje, że tysiące najaktywniejszych rzeczywiście zapracowują się na śmierć.
Różnię się jednym od wszystkich autoportrecistów, do których zwróciła się "Polityka". Ja wstydzę się, gdy zaczynam nie mieć czasu dla rodziny, dla przyjaciół, dla siebie. To tylko dowód, że niedobrze organizuję swoją pracę, źle prowadzę dobór kadr albo za słabo komunikuję się z najbliższym otoczeniem. Wreszcie, bez pewnego minimum egocentryzmu nasze oddanie pracy zaczyna trącić sadomasochizmem.
Ministrowie czy posłowie zasypani stosem makulatury, rząd, który godzinami obraduje, wzbudzają to samo podejrzenie. Ktoś na górze nie umiał delegować kompetencji w dół. Wiadomo, że na przykład prezydent Ronald Reagan umiał ścisłej pracy poświęcać nie więcej niż sześć godzin dziennie, a był bardzo dobrym prezydentem.
Bezwstyd, z jakim polscy pracoholicy deklarują, że naprawdę na nic nie mają czasu, nie budzi mojego współczucia. Nigdy nie ma tak mało czasu, żeby nie było czasu pomyśleć. Przede wszystkim o tym, czy ma sens to, co właśnie robimy i co powoduje, że nie mamy wolnej chwili.
Gdy te myśli przeleciały mi przez głowę, wyszedłem do ogrodu. Była 6.30. Piękny, słoneczny poranek. Naciągnąłem sznurkami gałęzie czeremchy, żeby zwiesiły się w przyszłości nad wodą sadzawki. Wyrwałem samosiejkę lipy i jawora i wsadziłem je do doniczek. Niech podrosną trochę, potem zasadzę je na łące, gdzie urządzam krajobrazowe założenie par-kowe. Zobaczyłem, że trzeba zakwasić ziemię pod czarną sosną, bo coś za wolno rośnie. W powrotnej drodze do domu wyrwałem jeszcze parę bezczelnych mleczy i zapamiętałem, które wyschnięte po zimie pędy bluszczu trzeba przyciąć sekatorem. Zajęło mi to raptem pół godziny.
Jadąc na zachwaszczone pole polityki, miałem poczucie, że przynajmniej początek dnia nie był syzyfową pracą. Ogród jaśniał w słońcu.
Więcej możesz przeczytać w 19/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0