Prawo do przestępstwa

Prawo do przestępstwa

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Policjanci nie będą już ścigać wszystkich łamiących prawo - takie jest jedno z założeń rządowego projektu walki z przestępczością
Program zakłada, że w praktyce stróże prawa skoncentrują się na najcięższych przestępstwach - zabójstwach, gwałtach, handlu narkotykami. Mają natomiast "odpuścić sobie drobnicę". Ta filozofia jest całkowicie sprzeczna z amerykańskim programem walki z przestępczością ("Zero tolerancji dla zła"), który przyniósł zaskakujące rezultaty - sprawił, że Nowy Jork stał się bezpiecznym miastem. Ignorowanie z pozoru niegroźnych przejawów łamania prawa przynosi katastrofalne skutki społeczne - daje poczucie bezkarności i zachęca do popełniania coraz poważniejszych przestępstw.

Przeciętnego Polaka na co dzień nękają drobni złodzieje, włamujący się do samochodów i piwnic oraz agresywni chuligani. Większości z nas nie dotyczą spektakularne przestępstwa najczęściej pokazywane w telewizji, lecz właśnie łamanie prawa na mniejszą skalę. Lekceważenie tego zjawiska grozi jego eskalacją - mówi prof. Wojciech Gasparski z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. - Może to prowadzić do swoistej kalkulacji: lepiej "rozłożyć" jeden poważny napad na kilka mniejszych kradzieży, gdyż te nikogo poza ofiarą nie będą interesować.
Proponowane rozwiązania są sprzeczne z wnioskami raportu na temat korupcji przygotowanego przez polski oddział Banku Światowego. Autorzy raportu stwierdzają m.in.: "Drobne łapówki przyjmowane przez policjantów z drogówki wyglądają na korupcję o niskim stopniu szkodliwości, jednak dla ludzi żyjących w wolnym społeczeństwie zjawisko to jest poważnym obciążeniem, szczególnie dla tych o niskich dochodach. Praktyki takie zagrażają bezpieczeństwu publicznemu i podważają autorytet państwa".
Tymczasem złożona już w Sejmie poprawka do kodeksu postępowania karnego przewiduje odstąpienie od konieczności wszczynania dochodzeń w każdym wypadku. Policjanci będą jedynie dokonywali rejestracji spraw o najmniejszym ciężarze gatunkowym. Granicą ma być równowartość trzech najniższych pensji, czyli ok. 2 tys. zł. Do szarej strefy trafią więc kradzieże rowerów, telewizorów i odtwarzaczy samochodowych. Takich spraw jest ok. 200 tys. rocznie. "Prawdziwe" śledztwo wszczynane byłoby dopiero po ujawnieniu "okoliczności pozwalających na ustalenie sprawcy". W praktyce zatem - prawie nigdy. Takie rozwiązanie pozornie odciąży policjantów od papierkowej roboty, w rzeczywistości zachęci ich do "odpuszczenia sobie" włamań do piwnic czy samochodów. W konsekwencji - po pewnych manipulacjach statystycznych - wykrywalność przestępstw zapewne wzrośnie (obecnie wynosi ledwie 45 proc.).
Duży wpływ na proponowane zmiany mają zapewne media, przekazujące zafałszowany obraz przestępczości, czyli skupiające się na najdrastyczniejszych zbrodniach, których w Polsce jest dwa, trzy razy mniej niż w USA bądź krajach Unii Europejskiej. Przemilczane są natomiast drobne przestępstwa. Czy teraz podobna opcja zwycięży w policji? Wykrycie groźnego zabójcy trafi na czołówki gazet i do telewizyjnych programów informacyjnych. Codzienna praca, na przykład złapanie kieszonkowca, nie zainteresuje nikogo poza pokrzywdzonym. Tymczasem drobne przestępstwa stanowią aż 60 proc. wszystkich wypadków łamania prawa.
Problemem jest fakt, że społeczeństwo przyzwyczaja się do takiego traktowania drobnych wykroczeń przez policję i coraz więcej osób ich po prostu nie zgłasza. Jeśli zgłaszamy kradzież, na przykład odbiornika samochodowego, robimy to wyłącznie po to, by spełnić wymogi ubezpieczyciela. - Po kradzieży radia protokół spisywano przez 2,5 godziny. Gdy pytałem, czy ktoś zabezpieczy ślady w pojeździe, funkcjonariusz poprosił, bym go nie rozśmieszał. Po miesiącu sprawę umorzono - opowiada dziennikarz Jerzy Iwaszkiewicz.
- Pomysł usunięcia poza nawias spraw o mniejszej wadze w dłuższej perspektywie może się okazać szkodliwy. Choćby z punktu widzenia moralności - uważa prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny. - Będziemy udawać, że nie ma ropiejącej rany, która w pewnym momencie da znać o sobie z większą siłą. Pobłażliwość w sprawie drobnych wykroczeń będzie zachętą nie tylko dla recydywistów, ale także dla tych, którzy jeszcze się wahają, czy opłaca im się łamać prawo. Nowe regulacje mogą oni odczytać jako zielone światło: "Jeśli na gorącym uczynku nie złapie mnie właściciel, państwo na pewno nie będzie mnie ścigać". Nie będziemy nawet wiedzieli o skali drobnych przestępstw, gdyż poszkodowani zdecydowanie rzadziej niż dziś będą o tym informować policję.
Tymczasem cały program walki z przestępczością w Nowym Jorku polegał na nietolerowaniu nawet pozornie niegroźnych wykroczeń. Program ten czerpał uzasadnienie z tzw. teorii rozbitej szyby, opartej na eksperymencie Philipa Zimbardo, psychologa z Uniwersytetu Stanforda. Zaparkował on dwa identyczne samochody - oba w niebezpiecznych miejscach. Auto porzucone na Bronksie bez tablicy rejestracyjnej miało otwartą maskę pokrywy silnika. W ciągu jednego dnia samochód został okradziony ze wszystkich podzespołów. Drugie auto stało się łupem złodziei dopiero po tym, gdy prowadzący eksperyment wybił w nim szybę. Kryminolodzy wywnioskowali, że wybite okno jest sygnałem, iż nikt nie strzeże porządku, co potęguje poczucie bezkarności. Powstaje przyzwolenie na coraz brutalniejsze i groźniejsze działania. "Koncentracja nawet pozornie nieszkodliwych zachowań może wkrótce doprowadzić do zalania okolicy falą poważnych zbrodni" - napisali amerykańscy kryminolodzy James Q. Wilson i George L. Kelling.
Nowojorscy policjanci zaczęli więc energicznie reagować na wszelkie przejawy łamania prawa. Powrócono także do metody pieszego patrolowania ulic, bo taka forma działania daje ludziom poczucie bezpieczeństwa. Rezultaty były zaskakujące: liczba najpoważniejszych przestępstw zmalała o połowę. Także dlatego, że policjanci otrzymali przyzwolenie na działania stanowcze.
Policja musi mieć nie tylko instrumenty prawne do skutecznego działania, ale także nie może się bać stanowczego postępowania. Tymczasem przed sądem w Sosnowcu toczy się proces czterech policjantów, którzy zatrzymali pijanych młodych ludzi stawiających czynny opór. Michał F. atakował funkcjonariuszy. Policjanci wezwani na pomoc użyli wobec niego siły - interwencja zakończyła się tragicznie. Michał F. zmarł wskutek odniesionych obrażeń. To postępowanie - przy wszystkich zarzutach dotyczących braku profesjonalizmu, jakie można postawić funkcjonariuszom - będzie kolejnym "ostrzeżeniem" dla stróżów porządku. Lepiej nic nie robić, bo zamiast przestępców można samemu zasiąść na ławie oskarżonych. Podobne kłopoty ma Jan G., który podczas interwencji na przystanku autobusowym na warszawskim Bródnie zastrzelił dwie osoby.
Co gorsza, gdy obywatele sami bronią własnego mienia, prokuratorzy często oskarżają ich o przekroczenie granic obrony koniecznej (niedawno Sąd Okręgowy w Łodzi skazał Józefa Banasiaka na karę roku i czterech miesięcy pozbawienia wolności). A przecież jest absurdem wymaganie od ofiar , by zastanawiały się, czy mogą w ogóle uderzyć napastnika, czym i w którą część ciała.
Więcej możesz przeczytać w 21/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 1
  • grzegorz   IP
    sprawca przestępstwa musi się liczyć ,że osoba napadnięta ma ,lub powinna mieć prawo do użycia wszelkich narzędzi aby odeprzeć atak napastnika i może nawet zginąć. A napadnięty powinien wiedzieć że nie poniesie żadnej odpowiedzialności w razie śmierci napastnika