Firma pod kroplówką

Firma pod kroplówką

Dodano:   /  Zmieniono: 
Skąd pozyskiwać pieniądze na rozwój przedsiębiorstwa?
Małe i średnie firmy, zatrudniające do 250 osób, wytwarzają dwie trzecie PKB Unii Europejskiej; w Polsce o połowę mniej. Nie może być jednak inaczej, skoro dla 98 proc. krajowych spółek głównym źródłem finansowania inwestycji są zyski (czyli pieniądze po opodatkowaniu). Dlaczego przedsiębiorcy wybierają najkosztowniejszą drogę rozwoju? Tylko co czwarta mała firma (co druga średnia) korzysta z kredytów bankowych, co dziesiąta z leasingu. Zaledwie kilka procent przedsięwzięć wspierają fundusze venture capital, giełda czy emisje obligacji.
- Korzystanie z zysków nie jest naganne. Problemem jest to, że w Polsce zbyt rzadko inwestuje się cudze pieniądze - mówi prof. Witold Orłowski z Niezależnego Ośrodka Badań Ekonomicznych. Większość drobnych właścicieli boi się kredytów. Z drugiej strony - banki niechętnie udzielają pożyczek niewielkim firmom. Wolą obsługiwać dużych klientów. Chętniej też pożyczają pieniądze na cele konsumpcyjne niż na inwestycje. W efekcie dla wielu przedsięwzięć barierą w rozwoju staje się brak kapitału.
Właściciele małych firm nie dysponują wymaganymi przez banki zabezpieczeniami, a zyski z udzielenia niewielkich kredytów są - zdaniem finansistów - zbyt małe w porównaniu z ryzykiem inwestycyjnym. Tymczasem okazuje się, że to nie wysokość oprocentowania kredytów jest głównym hamulcem zadłużania się przedsiębiorców w celach inwestycyjnych. Popyt na pieniądz skuteczniej studzą biurokratyczne formalności i procedury bankowe, których właściciele małych firm nie są w stanie pokonać. Bez problemów spłacają natomiast kredyty znacznie mniej korzystnie oprocentowane niż w większości banków.
Dowodzi tego działalność Funduszu Mikro. Odsetki od zaciąganych w nim pożyczek wynoszą 21-35 proc. Do tego trzeba doliczyć dwuprocentową prowizję. Mimo to fundusz ma trudności z odzyskaniem zaledwie 2-3 proc. kredytów ("ostrożne" banki mają problemy z ponad 10 proc. pożyczek). Do tej pory pożyczył 221,5 mln zł. Z usług Mikro skorzystało kilkadziesiąt tysięcy właścicieli firm zatrudniających nie więcej niż dziesięć osób.
W sytuacji, gdy zaciągnięcie kredytu najczęściej oznacza postawienie wszystkiego na jedną kartę, warto rozważyć atrakcyjną, choć wciąż mało popularną w Polsce, ofertę funduszy venture capital, które udzielają wsparcia finansowego firmom o dużym potencjale wzrostu. Oczywiście, nie są one filantropami - za kilka lat będą chciały odsprzedać z zyskiem pakiet akcji otrzymanych w zamian za wniesiony do spółki kapitał.
- Firmy inwestycyjne nie tylko dają pieniądze, ale także świadczą usługi konsultingowe, pomagają w zarządzaniu, marketingu - mówi Jerzy Krzanowski, współwłaściciel Podkarpackiego Towarzystwa Inwestycyjnego (PTI). Przez dwa lata zamierza ono zainwestować 30 mln zł. - Możemy współfinansować pomysł, nawet gdy firma jeszcze nie istnieje. Wówczas my ją zakładamy, pomysłodawca dostaje część jej akcji, w zamian za to otrzymujemy na przykład prawa do patentu - dodaje Krzanowski.
Pod koniec minionego roku kilkadziesiąt obecnych w Polsce funduszyventure capital dysponowało środkami w wysokości zaledwie 1,2 mld USD. Niemal połową z tego zarządza największy z nich - grupa funduszy Enterprise Investors, która zainwestowała w kilkadziesiąt polskich firm, między innymi ComputerLand, Lukas czy Sondę. Kryterium wyboru firm, w które fundusze skłonne są zainwestować, jest niezmienne: "spółki branż rozwijających się w tempie szybszym niż cała gospodarka". - Nie zapominamy także o "starej ekonomii" - zapewnia Jacek Siwicki, dyrektor zarządzający Enterprise Investors.
Współpraca z funduszem venture capital ma kilka niepodważalnych zalet: nie tylko wnosi on do firmy najtańszy (bo nie oprocentowany) kapitał, ale także dzięki własnemu doświadczeniu może wspomóc spółkę w działaniach, które są jej słabszą stroną. Inwestorom zależy przede wszystkim na przyroście wartości rynkowej firmy, bo od tego będzie zależeć przyszła wycena posiadanego przez fundusz pakietu akcji. Średnią stopę zwrotu z tego typu inwestycji szacuje się na 17 proc. rocznie, a to oznacza, że po pięciu latach fundusze będą chciały otrzymać przynajmniej dwukrotność sumy, którą zainwestowały. W odróżnieniu od większości venture capitals PTI w umowie z partnerem ustala maksymalną stopę zwrotu, którą odzyska w chwili wycofania się z biznesu. Ewentualna nadwyżka zostaje u właściciela firmy.
- Wystarczy przyjść ze świetnym pomysłem. To za mało, by otrzymać kredyt bankowy - mówi dyrektor Siwicki. Inwestycje w "start-upy", czyli firmy w fazie powstawania, należą do najbardziej spektakularnych. W 1997 r. do EI zgłosiło się czterech młodych ludzi z pomysłem założenia spółki, mającej być jednym z pierwszych niezależnych producentów energii. Dziś firma Polish Energy Partners dysponuje potencjałem, który w przyszłości pozwoli się jej zaangażować w prywatyzację polskiej energetyki.
Inną drogę rozwoju własnej firmy obrało małżeństwo Filipiaków. Krakowska spółka Comarch, w której posiadają większościowy pakiet, należy do najdynamiczniejszych na warszawskiej giełdzie. - Przez chwilę wydawało nam się, że możemy się rozwijać z własnych dochodów; było to jednak nierealne. Zaczęliśmy rozważać dwie drogi ekspansji: emisję akcji na giełdzie albo mariaż z funduszem venture capital. To drugie rozwiązanie niosło pewne ograniczenia, których chcieliśmy uniknąć. Wybraliśmy zatem pierwsze. Status spółki giełdowej daje nam większą kontrolę nad firmą - ocenia Janusz Filipiak, prezes Comarchu. Kolejne emisje akcji spółki znajdują bardzo szybko nabywców. Pieniądze są inwestowane w krakowskim parku wysokich technologii. Comarch co roku podwaja przychody i zyski.
Wysokie koszty emisji akcji i wymogi formalne sprawiają, że z giełdy korzystać mogą średnie i duże podmioty. Sukces Comarchu i innych spółek nie zmienia faktu, że pieniądze uzyskane przez polskie firmy na rynku publicznym są niewielkie. Zmniejsza się liczba nowych emisji akcji. Przedsiębiorcy, którzy zamierzali wejść na giełdę, zaczynają się wahać lub rezygnują z tego. Kolejne firmy wycofują się z parkietu.
- Obecność na nim oprócz korzyści niesie też obowiązki. Giełdowe spółki muszą być bardziej przejrzyste niż dawne przedsiębiorstwa państwowe - zapewnia prezes Filipiak. Niektórzy specjaliści twierdzą wręcz, że giełda stałaby się atrakcyjniejsza dla inwestorów, gdyby złagodzić twarde procedury. Na ten argument Jacek Socha, przewodniczący Komisji Papierów Wartościowych i Giełd, ma jedną odpowiedź: - Jeżeli rozluźnimy przepisy regulujące rynek kapitałowy, to wcześniej czy później znajdą się oszuści, którzy wyłudzą pieniądze od inwestorów. W efekcie ci przestaną się interesować akcjami, bo nie zechcą kupować kota w worku.
Więcej możesz przeczytać w 21/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0