Lekcje po lekcjach

Lekcje po lekcjach

Dodano:   /  Zmieniono: 
System korepetycji zaczyna być postrzegany w kategoriach korupcji
Podział na mniej i bardziej zdolnych zaczyna być w szkołach zastępowany podziałem na uprzywilejowanych i resztę. Pierwsi korzystają z korepetycji. Dla ich rodziców wiedza jest towarem, a dziecko inwestycją. Reszta w wyścigu o indeksy i legitymacje najlepszych szkół liczy się coraz mniej. Wiadomo, że bez "korków" i kursów nawet prymusi zaczynają przegrywać w rówieśniczej rywalizacji. - Korepetycje to rynek dla nauczycieli i poczucie bezpieczeństwa dla uczniów i rodziców. Coraz częściej płatne lekcje zaczynają być postrzegane w kategoriach korupcji - mówi prof. Renata Siemieńska z Zakładu Socjologii Oświaty i Wychowania Uniwersytetu Warszawskiego. Prawdziwa szkoła zaczyna się po zajęciach szkolnych?
System korepetycji i kursów przygotowujących do egzaminów aspiruje do miana alternatywnego obiegu edukacyjnego. To transakcja wiązana. Dodatkowe lekcje zapewniają nauczycielowi drugą pensję, od której najczęściej nie odprowadzają podatku, a uczniowi - oprócz pogłębienia szkolnych wiadomości - większe szanse na zdanie egzaminu. - Sytuacja, gdy nauczyciel do południa uczy dziecko za darmo, a po południu "systematyzuje" mu wiedzę w ramach korepetycji, to patologia. Rynek korepetycji stał się istotnym elementem systemu edukacyjnego, ale trudno go poddać jakiejkolwiek regulacji - zauważa Jerzy Lackowski, małopolski kurator oświaty. Na korepetycje wysyła się dziś już pierwszoklasistów.
Kto "nakręca" rynek korepetycji? Według nauczycieli - rodzice, nie ufający umiejętnościom swoich dzieci. Ci z kolei uważają, że to wykładowcy, chcąc dorobić do pensji, na lekcjach i egzaminach wymagają tego, czego uczą podczas korepetycji. Usługi reklamują: "przygotowuję do egzaminu zgodnie z aktualnymi wymaganiami" czy "gwarancja jakości - zwrot pieniędzy w wypadku nie zdanej matury". Bardziej przedsiębiorczy zakładają kilkuosobowe firmy zapewniające pomoc "z wszystkiego" i gwarantujące "redukcję egzaminacyjnego stresu". - Najbardziej dwuznaczne moralnie są korepetycje wymuszone. Przez uczniów, którym korepetytorzy pomagają odrabiać lekcje, a nawet piszą wypracowania. Przez rodziców kupujących w ten sposób spokój sumienia. A w końcu też przez nauczycieli, którzy na wywiadówkach sugerują, że dziecku przydałaby się pomoc i w ten sposób podsyłają sobie wzajemnie klientów - uważa prof. Stefan Kwiatkowski, dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych.
W okresie przedegzaminacyjnym na płatne lekcje chodzą także olimpijczycy. Nawet oni zaczynają się czuć niepewnie, kiedy douczają się "wszyscy". Najdroższe są korepetycje dające największą szansę znalezienia się na upragnionej liście przyjętych. - Zakamuflowana forma łapówki - ocenia jeden ze studentów architektury, który za godzinę rysunku płacił swojemu obecnemu profesorowi 80 zł. Egzaminy coraz częściej wykraczają poza treści szkolne. Na dodatek wymagają myślenia i umiejętności wykorzystania wiedzy w praktyce, a tego szkoła zazwyczaj nie uczy. - Korepetycje spełniają dwie funkcje: zastępują naukę w szkole i poszerzają wiedzę czyniąc ją bardziej dostępną. Na egzaminach wyławia się uczniów samodzielnie myślących. Kolejki ustawiają się do takiego korepetytora, który skutecznie do nich przygotowuje - mówi Maria Rudzińska-Grażyńska, psycholog z Młodzieżowego Ośrodka Psychologicznego. - Już siódmoklasiści świetnie zdają sobie sprawę, że udział w kursach przygotowawczych prowadzonych w prestiżowych liceach zwiększa ich szanse w ostrej selekcji. Nawet jeśli przez nią przejdą, nie rezygnują z płatnych lekcji. W takich szkołach poziom nauczania jest wysoki, a nie jest łatwo być dobrym wśród wybrańców - mówi Małgorzata Białach, psycholog z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej Warszawa Śródmieście.
Kursy przygotowujące do egzaminów (na uczelnie, do liceów, ale także już do gimnazjum) uchodzą za gorszą, bo bardziej anonimową formę korepetycji. Oficjalnie nie organizują ich szkoły średnie, lecz prywatne firmy wynajmujące sale i nauczycieli z danej szkoły, którzy często zasiadają również w komisjach egzaminacyjnych. Dlatego organizatorzy kursów oprócz uzupełniania wiedzy obiecują między innymi "przybliżenie wszystkich kryteriów egzaminacyjnych". - Nie jest to już tylko problem natury etycznej, ale postępowanie wbrew prawu. Osoby przygotowujące egzaminy lub zasiadające w komisji podpisują wraz z umową o pracę swoiste cyrografy dotyczące tajemnicy zawodowej. Dotyczy to także przerabiania na korepetycjach czy kursach materiału pod kątem matur. Takie postępowanie bardzo trudno udowodnić. Zwłaszcza gdy mieliby to robić jedyni poszkodowani: uczniowie, którzy mimo świetnego samodzielnego przygotowania nie dostali się do szkoły - uważa Maria Mazurowa, kierownik Wydziału Matur z Centralnej Komisji Egzaminacyjnej.
- Deprecjacją szkoły są zwłaszcza kursy przygotowujące do egzaminów na uczelnie. Niezależnie od prestiżu liceum i tak powszechnie wiadomo, na które kierunki nie będzie się można dostać bez dokształcania. Ogłoszenia w stylu "przyjdź do nas, uzyskasz pytania zbliżone do testowych" to ewidentna niemoralność - mówi prof. Stefan Kwiatkowski. - Prowadzenie kursów przez uniwersytet byłoby nieetyczne - potwierdza Zuzanna Toeplitz, rzecznik Uniwersytetu Warszawskiego. Dlatego w szkołach wyższych kursami przygotowującymi do egzaminów zajmują się studenckie fundacje. Oficjalnie - zatrudniając pracowników uniwersyteckich nie biorących udziału ani w przygotowywaniu zestawów egzaminacyjnych, ani w samym egzaminie. - Zajęcia prowadzą nauczyciele akademiccy polecani przez dziekanów jako doskonali pedagodzy. Tych, którzy zasiadają później w komisjach egzaminacyjnych, nie zatrudniamy - deklaruje Andrzej Bojanek z Fundacji Samorządu Studentów UMCS w Lublinie, na której kursach dokształca się co roku 500-600 osób.
Skuteczność kursów nie podlega jednak dyskusji. - Jeśli liczba kandydatów na każde miejsce nie przekracza 10 osób, na studia dostaje się co drugi nasz kursant - przekonuje Jolanta Drzewiecka z Fundacji dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, przygotowującej do egzaminów około tysiąca osób rocznie. - W ubiegłym roku z 19 uczestników intensywnego kursu przygotowującego na dziennikarstwo dwie osoby zrezygnowały. Reszta się dostała - mówi Kamila Antosz z Fundacji na rzecz Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego Optimi Elaturi. Dlaczego kursy są tak skuteczne? - Największą ich zaletą jest to, że do minimum redukują efekt zaskoczenia na egzaminie - twierdzą kursanci. Nie tylko dzięki omawianiu testów i pytań egzaminacyjnych z poprzednich lat. - Kursy to asekuracja. W moim liceum od drugiej klasy każdy i tak miał zajęcia fakultatywne. W maturalnej dodatkowo jeździłam do Łodzi na kursy z biologii, chemii i fizyki. Pomogły - mówi studentka II roku Akademii Medycznej we Wrocławiu. - Często zapraszamy pracowników innych uczelni, ale zdarza się, że prowadzący kurs jest obecny podczas egzaminu. Fundacja nie ma na to wpływu - przyznaje jeden z szefów fundacji studenckiej.
W bezpłatnym systemie edukacji za odpowiednią cenę można się dowiedzieć, jak zrobić dobre wrażenie na poszczególnych członkach komisji konkretnego wydziału. Także w ramach kursu korespondencyjnego ("Wysyłamy opracowane pytania na egzamin ustny na podstawie podręczników i skryptów akademickich z uwzględnieniem preferencji kadry naukowej KUL-u"). Pomyślnie zdane egzaminy to nie wszystko. Warszawska Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego dla studentów I roku organizuje we wrześniu dwutygodniowy kurs wyrównawczy. "Polecany jest osobom, które zdały egzaminy wstępne, ale przed rozpoczęciem roku akademickiego pragną uzupełnić swą wiedzę z zakresu szkoły średniej z przedmiotu nie objętego egzaminem".
Więcej możesz przeczytać w 21/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0