Europa kontra Ameryka

Europa kontra Ameryka

Dodano: 
Polsce zarzuca się, że jest koniem trojańskim USA w Europie
Właściwie nie wiadomo dokładnie, kiedy polski koń stał się koniem trojańskim Ameryki w Europie. Pojęcie to, używane w odniesieniu do zabiegającej o integrację ze strukturami europejskimi i rzekomo nadmiernie proamerykańskiej Polski, coraz częściej powraca w zakulisowych rozmowach polityków i artykułach prasowych. Już w 1998 r. minister spraw zagranicznych Bronisław Geremek przekonywał sceptycznych wobec przyjęcia Polski do NATO parlamentarzystów belgijskich, mówiąc, że nasz kraj nie będzie niczyim koniem trojańskim. Fortelu Odyseusza mieli zresztą próbować nad Wisłą nie tylko Amerykanie - na Zachodzie co rusz pojawiały się wizje wkraczania do Twierdzy Europa setek tysięcy rezydujących w Polsce imigrantów ze Wschodu, rosyjskich przestępców i szpiegów czy wreszcie ostrzących sobie zęby na lukratywny europejski rynek koncernów koreańskich. Nikt w Polsce nie mógł przypuszczać, że w końcu postawiony nam zostanie zarzut zbytniego bratania się z... USA - najważniejszym sojusznikiem zachodniej Europy, który po zakończeniu zimnej wojny stał się także jej konkurentem. Z konkurentem tym nasz kontynent kiepsko sobie radzi, ustępując mu niemal we wszystkich dziedzinach, począwszy od efektywności gospodarczej, a skończywszy na sprawności armii.
Autorzy głośnego niedawno artykułu z "Wall Street Journal Europe" napisali, że "prezydent Francji Jacques Chirac i niemiecki szef MSZ Joschka Fischer zganili szefa polskiej dyplomacji Bronisława Geremka za to, że odniósł się z rezerwą wobec planów ESDI (Europejskiej Inicjatywy Tożsamości Obronnej). Mówi się, że Chirac zapytał Geremka, czy Polska chce być 51. stanem USA, natomiast Fischer pouczał go, co znaczy być 'dobrym Europejczykiem'". W polskim MSZ nikt nie potwierdza takiej wersji wydarzeń, czemu trudno się dziwić. Właściwie takie uwagi nigdy nie są artykułowane przez urzędujących polityków publicznie; padają podczas rozmów w wąskich politycznych gremiach, a tylko od czasu do czasu wychodzą na jaw, wypowiedziane nieostrożnie w obecności dziennikarzy.
Na większą swobodę mogą sobie pozwolić politycy w stanie spoczynku, dlatego na przykład były prezydent Francji Valery Giscard d'Estaing i były kanclerz Niemiec Helmut Schmidt nie kryją swoich wątpliwości co do zasadności rozszerzania Unii Europejskiej. Urzędujący prezydenci i premierzy rozmywają podobne stwierdzenia w ekwilibrystyce słownej, ale jej wymowa i tak jest czytelna: na zachodzie Europy - inaczej niż w USA przed rozszerzeniem NATO - brak dziś woli politycznej do potraktowania rozszerzenia UE w kategoriach procesu, którego znaczenie historyczne jest ważniejsze niż chwilowe saldo zysków i strat. "Ideologiczne" podejście do jednoczenia Europy, reprezentowane przez Helmuta Kohla, odeszło w niepamięć, zastąpione przez Realpolitik większości lewicowych rządów Europy Zachodniej. Poparcie dla rozszerzenia unii w ważniejszych krajach członkowskich nie przekracza 40 proc. (we Francji - 34 proc.), a opinia publiczna straszona jest konsekwencjami przyjęcia Polski do unii. Niemcy ma zalać fala gastarbeiterów, zagrożeniem dla rynków unii jest polskie rolnictwo i tanie wyroby przemysłowe. Niemiecki tygodnik "Focus" poinformował niedawno, że granica na Odrze jest ponoć najgłębszą na świecie przepaścią ekonomiczną. Nawet ekspansję populistycznego nacjonalizmu w Austrii próbuje się usprawiedliwiać obawami przez wpuszczeniem do unii "barbarzyńców" ze Wschodu. Poważniejszy zarzut pojawił się w tygodniku "Der Spiegel", który pod koniec marca napisał, że "przedstawiciele UE obawiają się, że po przystąpieniu Polski do unii, najwcześniej w 2003 r. Waszyngton uzyska w Warszawie wgląd w tajne dokumenty z Brukseli i innych stolic europejskich". "Nie sądzę, aby tradycyjne sympatie Polaków i Amerykanów miały się w negatywny sposób odbić na stosunkach Polski i Unii Europejskiej. Informację tygodnika 'Der Spiegel' uważam za nonsensowną i odwracającą uwagę od istniejących zadań Brukseli i Warszawy, jakie wymusza rozszerzenie" - skomentował rewelacje niemieckiego magazynu Friedbert Pflüger, przewodniczący parlamentarnej Komisji CDU/CSU ds. Unii Europejskiej.
Po wizycie prezydenta Kwaśniewskiego w Paryżu stało się jasne, że ostatni etap przyjmowania nowych państw do europejskiej pierwszej ligi staje się okazją do ujawnienia partykularyzmów i zakulisowych rozgrywek "starych" członków UE. Prezydent Polski pojechał do Francji, aby wyartykułować nasze stanowisko i przypomnieć, że nie chcemy być wiecznym petentem pukającym do brukselskich drzwi. To prawda, że usłyszał od prezydenta Chiraca, iż "perspektywa przyjęcia Polski do unii w 2003 r. jest realna", a premier Jospin obiecywał, że wreszcie zostaniemy włączeni do dyskusji o reformach wewnętrznych struktur UE. Z drugiej strony, właśnie w czasie tej wizyty stało się jasne, że Hiszpania i Francja najprawdopodobniej zablokują podjęcie decyzji o rozszerzeniu unii podczas zbliżającej się prezydencji francuskiej. Co więcej, dziennik "Le Monde" podał wiadomość o powrocie do idei stworzenia "twardego jądra" UE po jej rozszerzeniu. De facto oznaczałoby to próbę stworzenia kategorii "równiejszych wśród równych".
Zarzut o rzekomym odgrywaniu przez Polskę roli konia trojańskiego USA wydaje się jednak tylko pretekstem, który szczególnie chętnie wykorzystuje się po to, aby przemilczeć inne problemy. "Prywatnie rzeczywiście myśli się we Francji, że Polska jest zbyt proamerykańska. Politycy mówią to jednak głośno wtedy, kiedy w istocie chcą osiągnąć inny cel, na przykład dać do zrozumienia, że rozszerzanie UE nie ma sensu" - twierdzi prof. Georges Mink, politolog z paryskiego instytutu CNRS. "Jeżeli podchodzi się ostrożnie do powiększenia składu unii, to z innych powodów niż czyjaś proamerykańskość" - uważa publicysta "Le Monde", Bernard Guetta. Problem jednak istnieje, nawet jeśli jest tylko zasłoną dymną do ukrycia problemów z reformą wewnętrzną UE. Minister Bronisław Geremek uznał za stosowne podkreślić w swoim niedawnym exposé sejmowym, że "więź euroatlantycka łącząca Europę i Amerykę dobrze służy bezpieczeństwu i stabilności Starego Kontynentu. (...) Należy unikać kreowania atmosfery konkurencyjności oraz wytracania energii na zbędne, naszym zdaniem, spory kompetencyjne". Wiceminister spraw zagranicznych Andrzej Ananicz mówi, że "nie musimy dziś dokonywać wyboru między Ameryką a Europą". Przyznaje jednak, że istnieje "mit Polski jako konia trojańskiego Stanów Zjednoczonych", a przyczyną jego powstania była kwestia polityki bezpieczeństwa.
Dziesięć lat temu dla Polski żegnającej komunizm Zachód był monolitem. Nikt nie mógł przewidzieć, że upadek ZSRR i koniec zimnej wojny przyniesie rozdźwięk między sojusznikami, pogłębiony dodatkowo konsekwencjami wojny na Bałkanach. Ten lokalny konflikt okazał się niemożliwy do rozwiązania bez militarnego zaangażowania USA. To był policzek, który obudził ambicje Francji, od lat 60. podkreślającej swoją niezależność. Za Francuzami poszli Niemcy - już zjednoczeni i chcący potwierdzenia swojej suwerenności, a nawet tradycyjnie proamerykańscy Brytyjczycy. Dopiero w takiej konfiguracji projekt ESDI mógł się doczekać realizacji.
W Waszyngtonie krytykę wywołuje nie tyle inicjatywa większej niezależności militarnej Europy, co raczej perspektywa dublowania struktur i niejasny status europejskich sił zbrojnych, które nie byłyby podporządkowane NATO. Do brania większej odpowiedzialności za losy swojego kontynentu Amerykanie zachęcają Europejczyków od dawna. Pierwszy do zjednoczenia Europy zachęcał już w 1962 r. prezydent USA John Kennedy. W okresie konfliktu bałkańskiego bierność i oczekiwanie Europejczyków na pomoc Wuja Sama budziła wręcz irytację w Waszyngtonie. Dziś taką samą irytację budzi demonstrowana na wszelkie sposoby emancypacja Europy, a zwłaszcza inicjatywa ESDI. "Tworzenie europejskiego systemu obrony grozi tym, że nowe państwa członkowskie znów znajdą się w próżni bezpieczeństwa - ostrzega prof. Ilya Prizel, wykładowca z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Waszyngtonie. - Kraje takie jak Polska traktują bowiem swoje członkostwo w NATO jako gwarancję bezpieczeństwa przede wszystkim ze strony Ameryki. Problem jednak polega na tym, że w dziedzinie bezpieczeństwa interesy USA i zachodniej Europy zaczynają się rozchodzić".
O ile w czasach zimnej wojny demonstrowanie sojuszniczej spójności było dyktowane względami taktycznymi, o tyle dziś nie ukrywa się już rozbieżności, które pojawiają się głównie jako pochodna konkurencji ekonomicznej. Początkowo spory o taryfy celne, kontyngenty, zakupy rodzimych towarów, a nawet o szpiegostwo gospodarcze prowadzili z Amerykanami głównie Francuzi, teraz dołączają do nich inni - Niemcy, Włosi, Hiszpanie. Zażarta walka między Airbusem a Boeingiem to już przykład konkurencji między Europą a Ameryką. Problem Europy polega na tym, że do przywódców państw Starego Kontynentu zaczyna docierać świadomość przegranej na froncie ekonomicznym. Wykres zmian wartości euro w stosunku do dolara jest tego oczywistą ilustracją.
Dylemat, który stoi przed Polską na progu drugiego dziesięciolecia transformacji, nie polega na wyborze "lepszych" sojuszników po tej lub tamtej stronie Atlantyku. W perspektywie historycznej znacznie ważniejszy jest wybór jednego z konkurencyjnych modeli cywilizacyjnych, oferowanych przez Europę i Amerykę. Dla państw, które dopiero szukają swojej recepty na sukces, "nowa gospodarka" święcąca triumfy w USA jest bez wątpienia znacznie atrakcyjniejszym wzorcem. Najwyższy na świecie poziom dochodów, bezrobocie na poziomie 4,5 proc., trwający od dziesięciu lat burzliwy rozwój gospodarczy - o tym wszystkim borykająca się z 18-milionowym bezrobociem i osiągająca 2-3-procentowy wskaźnik wzrostu, a jednocześnie z uporem broniąca horrendalnie kosztownych "zdobyczy socjalnych" Europa może tylko marzyć. Nasz kontynent ma w Ameryce złą prasę - "Newsweek" pisze o socjalistycznych ciągotach Europy, a znany publicysta Michael Novak ironicznie nazywa kapitał zachodnioeuropejski "kapitałem nacjonalistycznym". Wystarczy przypomnieć obronę niemieckiej firmy Mannesman przed "agresją" brytyjskiego Vodafone albo niewyobrażalne w USA ratowanie koncernu budowlanego Holzmann przez niemiecki budżet.
Legenda wielkiego amerykańskiego sukcesu zyskuje nowe potwierdzenie na każdym kroku i to właśnie ów nieznośny sukces Ameryki tak irytuje europejskich tradycjonalistów. Nikt nie organizuje festiwali amerykańskiej piosenki i filmu - te festiwale trwają codziennie na wszystkich zakresach fal radiowych i we wszystkich kinach. A tymczasem usiłujący przełamać popkulturową dominację USA organizatorzy festiwalu filmowego w Cannes jako przyciągającą tłumy gwiazdę zapraszają... Madonnę, sztandarową postać amerykańskiego show-businessu.
Nie chodzi tylko o przejmowanie wzorców lansowanych przez często tandetną, skomercjalizowaną pop-kulturę. "Byłoby bardzo źle, gdybyśmy w każdym miasteczku od Hiszpanii po Polskę kupowali takie same hamburgery; w tym znaczeniu walka z macdonaldyzacją nie jest problemem wyłącznie europejskim, a zabieganie o zachowanie rodzimej tradycji i kultury to rzecz zrozumiała" - mówi poseł Unii Wolności Piotr Nowina-Konopka. Z drugiej strony, powinniśmy jednak - nie oglądając się na resztę Europy - starać się zaadaptować wszystko, co naprawdę leży u podstaw amerykańskiego sukcesu. Nie wydaje się zresztą możliwe, by w perspektywie kilku lat Europa zachodnia zdołała uniknąć rewolucji "trzeciej fali". Jak na dłoni widać to już dzisiaj - sukcesy gospodarcze Francji czy Irlandii przyniosło właśnie zaadaptowanie elementów "nowej ekonomii". I to na tyle skutecznie, że na marcowym szczycie w Lizbonie Unia Europejska uznała budowę społeczeństwa informacyjnego oraz ekonomii internetowej za priorytet. Charakterystyczne przy tym, że w liczącym ponad 20 stron dokumencie ani raz nie użyto słowa "Ameryka". Nie ma też obietnicy zdecydowanej liberalizacji rynków Europy - a przecież właśnie to, a nie dekrety Kongresu USA o potrzebie rozwoju Internetu stało się podstawą sukcesu lat 90. w Ameryce.
Jan Krzysztof Bielecki zwraca uwagę na fakt, że w Polsce już teraz dochodzi do modyfikacji modelu gospodarczego, budowanego początkowo na podstawie "kontynentalnego" kodeksu handlowego z 1934 r. "Po fundamentalnych reformach systemu emerytalnego nie tylko umocniliśmy inwestorów instytucjonalnych, ale zbliżyliśmy się nieco do modelu amerykańskiego. Kolejnym logicznym krokiem w tym kierunku powinno być stworzenie funduszy wysokiego ryzyka (venture founds)" - przekonuje.
Problem nowych członków Unii Europejskiej polega na tym, że wieszając wkrótce swoje flagi w Brukseli, będą musieli przyjąć cały "dorobek prawny" unii, co w wielu dziedzinach może się okazać czynnikiem ograniczającym działanie mechanizmów rynkowych. Nie wszystkie one zresztą dają się przenieść na grunt europejski z równie dobrym jak w Ameryce skutkiem. Przykład Wielkiej Brytanii, a jeszcze wyraźniej Irlandii w ostatnich latach pokazuje, że nawet mimo istniejących ograniczeń, jest to jednak możliwe. Formuła Unii Europejskiej jest na szczęście na tyle elastyczna, że w sensie gospodarczym to właśnie Wyspy Brytyjskie mogły się stać pierwszym koniem trojańskim Ameryki.
Postulując "zbudowanie w Polsce gospodarczego modelu środkowoatlantyckiego, który byłby czymś pośrednim między modelem kontynentalnym a amerykańskim", Jan Szomburg, prezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, uważa, że "nasza strategia rozwojowa nie może być ani funkcją oczekiwań Brukseli, ani potrzeb gospodarczych krajów Europy Zachodniej; (...) już teraz powinniśmy tworzyć przesłanki przyszłej, zasadniczej zmiany struktur gospodarczych, przejścia do dziedzin opartych na wiedzy, kreatywności, kapitale ludzkim". Z drugiej strony nie możemy ignorować swojego położenia geograficznego i proporcji kontaktów ekonomicznych - już ok. 70 proc. polskiego eksportu trafia do krajów Unii Europejskiej. To nieuchronnie prowadzi do powolnej "eurokonwergencji" ekonomicznej. Najważniejszym problemem, także politycznym, jest dzisiaj osiągnięcie statusu konkurencyjnego i atrakcyjnego partnera. "Żadne magiczne i zapożyczone skądkolwiek metody nie pomogą nam osiągnąć sukcesu przez jedną noc i uniknąć ciężkiej pracy - mówi Jan Krzysztof Bielecki. - Czy jednak znajdzie się wielu polityków, którzy zdobędą się na zaproponowanie wyborcom potu, krwi i łez?". 


Więcej możesz przeczytać w 22/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0