Sondaż w pieluchach

Sondaż w pieluchach

Jak pokazują przykłady Blaira i Chiraca, ojcostwo (nie mylić z byciem podtatusiałym) i dziadkostwo (nie mylić ze zdziadzieniem) mają cudowną moc poprawiania wyników w sondażach
Jest już pewnie za późno, by pomóc Jerzemu Buzkowi. Zamiast więc dawać mu jakieś rady, powiem, dlaczego dziś by ich nie potrzebował, gdyby zwrócił się do mnie po radę jakiś czas temu. W każdym razie co najmniej dziewięć miesięcy temu. Jaka byłaby ta recepta na przyszłe kłopoty? Taka sama jak w wypadku premiera Blaira i prezydenta Chiraca - dziecko (w wypadku Chiraca - wnuk).
Oczywiście nie idzie o pierwsze lepsze dziecko, ale o własne albo dziecko własnego dziecka. Jak pokazują przykłady Blaira i Chiraca, ojcostwo (nie mylić z byciem podtatusiałym) i dziadkostwo (nie mylić ze zdziadzieniem) mają cudowną moc poprawiania wyników w sondażach. Taki Chirac przez pięć lat wypadał w nich kiepsko, a tu kilka wpadek premiera Jospina oraz narodziny wnuka i nagle notowania pana prezydenta szybują na niebotyczny wprost poziom - 60 proc. Fakt, że znamy prezydentów, dla których takie notowania oznaczałyby wielki spadek, ale nie mówimy o prezydencie prawie wszystkich Polaków, lecz o prezydencie ledwie ponad połowy Francuzów. A Tony Blair? Tuż po narodzinach jego syna Leo notowania premiera skoczyły z marnych 42 proc. do przyzwoitych 51 proc. Okazało się też, że niczego nieświadomy Leo ma wpływ nie tylko na notowania starego, ale i jego partii. Dopiero pojawienie się małego Blaira powstrzymało wielotygodniowy spadek popularności laburzystów.
Nie mógłbym obiecać, że narodziny Leo Buzka albo wnuka Jerzego Buzka zagwarantowałyby naszemu premierowi skok notowań do 51 proc. O nie, jako człowiek poważny czegoś takiego nie mógłbym obiecać. Ale 30 proc.? Dlaczego nie? A to też byłby gigantyczny wzrost. Gdyby do tego Jerzy Buzek zafundował sobie dobrą sesję fotograficzną z dzieckiem czy wnukiem(czką) na przykład w "Vivie" (tak jak Jacques Chirac w "Paris Match"), mówilibyśmy o skoku do 35 proc. albo i 40 proc.
A skok w sondażach to nie wszystko. Jerzy Buzek tak jak Blair mógłby się przecież wymówić obowiązkami ojca czy dziadka i odpuścić sobie niemal wszystkie oficjalne spotkania, poza spotkaniem z królową oczywiście. Nawet cotygodniową sesję pytań i odpowiedzi w Izbie Gmin (bez aluzji do gminy Centrum) można by sobie darować. I jeśli w wypadku naszego premiera efekt sondażowy nie byłby tak rewelacyjny jak w wypadku Blaira, to tylko dlatego że najwięksi przeciwnicy Buzka (Krzaklewski, Balcerowicz i Miller) w odróżnieniu od przeciwników Blaira nie są bezdzietni (na marginesie, wymieniając przeciwników J. B. nie pomyliłem się z pierwszym nazwiskiem; to typ protektoratu, który zamienia się w nieznośny balast, zwłaszcza gdy nie ma się sił, by uwolnić się od dobroczyńcy).
Efekt mniejszy niż u Blaira niekoniecznie znaczyłby jednak mały. Ale nie ma co. Jak wspomniałem, wszystko wymagałoby planowania co najmniej na dziewięć miesięcy do przodu. U nas to zupełnie nierealne. A nominacja komisarza w warszawskiej gminie Centrum pokazała, że nawet z planowaniem na dziewięć godzin do przodu są kłopoty. Teraz w każdym razie na skorzystanie z rady jest już za późno i Jerzy Buzek przejdzie do historii z historycznie niskimi notowaniami. Premier, który nie dysponuje przywódczymi cechami Churchilla, miałby oczywiście wyższe notowania, gdyby nie pewien problem. Jerzy Buzek byłby dużo lepszym premierem, ale tylko w kraju, w którym żyje kilkadziesiąt milionów Jerzych Buzków, ciężko pracujących, przyzwoitych i nieskorumpowanych ludzi, którzy nie kombinują, tylko robią swoje. Ale Jerzych Buzków jest u nas znacznie mniej. Może nawet o kilkadziesiąt milionów mniej. To tylko dygresja, którą pewnie wybaczą mi nawet przeciwnicy premiera, bo w końcu trwała krócej niż jego urzędowanie. Wróćmy więc do tematu zajęć, czyli do naszych procentodajnych dzieci.
Ktoś mógłby powiedzieć, że nieprzyzwoite byłoby sprzedawanie na potrzeby gawiedzi własnego potomstwa albo wnuków. Ejże, kilka zdjęć, nie przesadzajmy. Polityka to show-biznes. Trzeba ostro jak w biznesie i troszeczkę ekshibicjonistycznie jak w show-biznesie. Poza tym politycy są w dzieleniu się swoją prywatnością i tak wybitnie wstrzemięźliwi. Tacy Blairowie zakazali opowiadania o swoim życiu rodzinnym nawet mleczarzowi i fryzjerce pani premierowej. Gdzie więc tam politykom do gwiazd estrady i telewizji, które traktują swe brzuchy i dzieci jak protezy sukcesów i wykorzystują je do własnych kampanii PR. W efekcie w kolorowych pismach mamy dzieckonowele: flirtowanie z myślą o ciąży ("Od dawna marzę o dziecku"), zajście w ciążę ("Czuję się kimś innym, przestałam myśleć o sobie"), przygotowania do porodu ("Urządziliśmy pokoik dziecinny, a Marek uczy się przewijać"), poród, pępkowe, Marek przewija, babcia się cieszy, chrzciny, pierwszy spacer... Czy ktoś kazałby Jerzemu Buzkowi posuwać się aż tak daleko? Nie, od polityków naprawdę nie wymagamy wiele. Czasem jak w wypadku Clintonów wystarczy deklaracja, że myśli się o adopcji. Potem nikt nawet nie robi wyrzutów, że zapomniało się o niej w dniu wyborów.
Gorsze niż nieskorzystanie z rady jest oczywiście skorzystanie z niej na opak. Nikt nie odmawia Marianowi Krzaklewskiemu prawa do poprawienia notowań przy pomocy dziecka. Ale czy naprawdę musi ono wyglądać jak Bogusław Grabowski?
Okładka tygodnika WPROST: 23/2000
Więcej możesz przeczytać w 23/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0