Niesamorządna Rzeczpospolita

Niesamorządna Rzeczpospolita

Dodano:   /  Zmieniono: 
Prawie 64 tys. Polaków zajmuje się sprawowaniem władzy w gminach, powiatach i województwach
Demokracja w Polsce zatrzymała się na szczeblu centralnym

Ta armia polityków po wyborach ląduje w strukturach, które zachęcają do zawierania niejasnych układów między partiami, dokonywania nadużyć, korzystania z korupcji. Obywatele, oddając w samorządowych wyborach władzę, nie wiedzą, komu naprawdę ją oddają. Nie wiedzą też, dlaczego zlecenie naprawy drogi w mieście przypada firmie znanej z tego, że prowadzi prace w koszmarnie wolnym tempie. Nie wiedzą, dlaczego smakowite stanowiska urzędnicze obejmują krewni prezydenta miasta. Nie wiedzą, po co właściwie płacić diety czy ryczałty aż tak dużej liczbie radnych. Posłowie, członkowie rządu i prezydent są nieustannie pod czujną obserwacją opinii publicznej. W gminie czy w powiecie, często pozbawionych silnej lokalnej prasy, odpowiedzialność z reguły rozpływa się w mglistym tłumie radnych. Dziesięć lat istnienia odrodzonego samorządu terytorialnego kończy okres ochronny dla lokalnych władz. Przychodzi czas na dokonanie kolejnej reformy samorządowej, bez której rzeczywista demokracja nadal będzie istnieć tylko na szczeblu centralnym.

Sami rządni
"Sfera zamówień publicznych na szczeblu komunalnym jest oceniana jako skorumpowana" - stwierdzili analitycy Banku Światowego w opublikowanym w kwietniu raporcie opisującym grzechy polskiej samorządności. Według ekspertów Banku Światowego, oprócz przetargów, szczególnie narażone na korupcję są transakcje dotyczące nieruchomości, przydziału mieszkań, wydawania dowodów osobistych, praw jazdy i paszportów. Najbardziej wyrazisty przykład dotyczy Warszawy, o której napisano w raporcie: "Wbrew wprowadzonemu dwa lata temu ustawowemu zakazowi, zabraniającemu osobom powołanym w wyborach nawiązywania relacji umownych z zarządem miasta i prowadzenia działalności gospodarczej z wykorzystaniem majątku należącego do gminy, około połowa radnych (lub członkowie ich rodzin) zaangażowana jest w prowadzenie działalności gospodarczej z wykorzystaniem gruntów lub lokali sklepowych należących do zasobów komunalnych". - Warszawa jest oczywiście miejscem wyjątkowo patologicznym, lecz podobne negatywne mechanizmy działają również w innych samorządach - twierdzi Julia Pitera z Transparency International.
Jest tajemnicą poliszynela, że w wielu miastach i miasteczkach Polski, by sprzedać rajcom swoje usługi, trzeba najpierw zdobyć ich przychylność. A potem wystarczy "ułożyć sprawę". - Należy zmienić ustawę o zamówieniach publicznych. Bywa bowiem, że przetarg na remont szkoły czy naprawę drogi wygrywa wprawdzie firma składająca najtańszą ofertę, ale później dołącza ona aneksy do umowy, które akceptują władze samorządowe. W ostateczności zwycięska oferta kosztuje najwięcej - mówi Tadeusz Wrona, poseł AWS, przewodniczący Ligi Krajowej. Metod zdobywania korzyści jest zresztą bez liku, wystarczy choćby zwlekać z wydaniem decyzji, bez których przedsiębiorca czy inwestor może ponieść znaczne straty albo postawić mu warunek kooperowania z jedną z "zaprzyjaźnionych" firm. Możliwości odwoływania się od decyzji władz są - choćby ze względu na paraliż postępowy polskiego sądownictwa - iluzoryczne.

Tajne/poufne
Proceder korupcji i kumoterstwa jest trudny do wykrycia, gdyż szczegóły przetargów i umów są ukrywane ze szczególną starannością przez władze samorządowe. Twierdzą one, że są do owej tajności zmuszane przez kontrahentów i potrzebę zachowania tajemnicy handlowej. Tymczasem na przykład w Wielkiej Brytanii każdy obywatel ma prawo wglądu w protokoły rad i ich komisji oraz we wszystkie rachunki, a nawet diety radnych. W lutym tego roku dziennikarze nie zostali wpuszczeni na obrady warszawskiej komisji rewizyjnej dotyczące wykonania budżetu miasta i udzielenia zarządowi absolutorium. Radny Andrzej Golimont z SLD winą za utajnienie obrad obarczył dziennikarzy, którzy - jak twierdził - miast zdobywać rzetelne informacje, poszukują sensacji i przeinaczają fakty.
Do najgroźniejszego precedensu dotyczącego ograniczania kontroli społecznej samorządu nie doszło jednak w stolicy, lecz w podlaskich Łosicach, gdzie przewodniczący rady odmówił tygodnikowi "Słowo Podlasia" okazania protokołu z zebrania komisji rewizyjnej, podczas którego oceniano poprzedni zarząd miasta. Kiedy czasopismo zaskarżyło odmowę do NSA, ten skargę oddalił. Dopiero w ubiegłym tygodniu Sąd Najwyższy uchylił decyzję NSA i przyznał dziennikarzom, a tym samym wyborcom, prawo do kontrolowania poczynań swoich wybrańców. W krajach tradycyjnie demokratycznych, a szczególnie w Stanach Zjednoczonych, jednym z podstawowych i najbardziej efektywnych mechanizmów kontroli samorządów na najniższym nawet szczeblu są lokalne media. W Polsce znaczna ich część albo jest wkomponowana w lokalne układy, albo wręcz stanowi własność miejscowych władz.
Utajnianiu procesu decyzyjnego w samorządzie pomaga brak korpusu samorządowych urzędników cywilnych. - Dopóki nie upowszechni się zwyczaj powoływania urzędników z konkursów na ściśle określony czas i z założeniem, że można ich zwolnić jedynie dyscyplinarnie, dopóty niewiele się zmieni - zauważa prof. Michał Kulesza, jeden z inicjatorów reform samorządowych. Obecnie radny często bywa na przykład dyrektorem dzielnicy. Co prawda w Kąkolewnicy Wschodniej (województwo lubelskie) radni oprotestowali w 1998 r. fakt, że przewodniczący rady gminnej został dyrektorem gminnej szkoły, ale nie poruszyło ich to, że aż 14 z 20 członków rady piastowało dodatkowe stanowiska administracyjne. Lewicowe elity samorządowe województwa kujawsko-pomorskiego nie dopatrzyły się niczego podejrzanego w tym, że marszałkiem województwa zostaje brat pani wiceprezydent Bydgoszczy, zaś starosta tarnowski zatrudnił córkę prezydenta Tarnowa na stanowisku specjalisty ds. zamówień publicznych tylko dlatego, że wysoko oceniał jej kwalifikacje, notabene zdobyte na studiach bibliotekarskich.
W USA w bezpośrednich wyborach wyłania się czasem również skarbnika gminy. W niektórych stanach, m.in. w Teksasie, upubliczniane są prywatne konta skarbników. W Belgii, by zapobiec korupcji, w radzie nie może zasiadać osoba pełniąca funkcje publiczne, na przykład gubernator, komisarz policji, deputowany, ale również osoba spokrewniona do trzeciego stopnia z innym radnym. Szczególnie chronieni są etatowi i bezpartyjni urzędnicy rady. Aby zapobiec nepotycznemu obsadzaniu stanowisk, urzędnika samorządowego można zwolnić jedynie dyscyplinarnie za udowodnione przewinienia. W Wielkiej Brytanii ustawy przewidują ścisłe oddzielenie funkcji wybieralnych radnych od etatowych urzędników lokalnych zatrudnianych na pełnych etatach. Radny, który zwyczajowo pracuje społecznie, może się ubiegać o diety, zwrot kosztów podróży i innych kosztów swej działalności. Aby zapobiec korupcji i konfliktom interesów, na radnego nie może kandydować osoba zajmująca stanowisko opłacane przez gminę - nawet nauczyciel szkoły finansowanej przez radę. Radni muszą informować o tzw. konflikcie interesów - na przykład szef firmy budowlanej nie może dyskutować o polityce budowlanej gminy.

Dużo nas do jedzenia chleba
W Polsce nade wszystko jednak korupcyjnym zachowaniom sprzyja nadmierna liczba radnych, którzy roszczą sobie prawo nie tylko do podejmowania, ale i do wykonywania decyzji. Jeśli bowiem kilkunastoosobowa komisja radnych przyznaje mieszkania komunalne, trudno się spodziewać, że ktoś nie ulegnie pokusie przyjęcia łapówki. - Mniejsza liczba radnych to oszczędność pieniędzy, sprawniejsze działanie i wzrost odpowiedzialności za decyzje. Odpowiedzialność zostaje bowiem przypisana do nazwiska. Dziś zrzuca się ją na ciała kolegialne, czyli na nikogo - przekonuje Donald Tusk, wicemarszałek Senatu z rekomendacji UW.
Zgubnego procederu podziału politycznych łupów doświadczają zwłaszcza instytucje związane z młodszymi - powstałymi na skutek drugiej reformy samorządowej - szczeblami władzy lokalnej, czyli powiaty i sejmiki wojewódzkie, które są bardziej oddalone od wyborcy niż gminy. To właśnie w tych radach najbardziej widoczny jest rozdźwięk między głosem wyborcy a strukturą władzy wyłanianą na skutek najbardziej nieprzewidywalnych partyjnych koalicji. Kuriozalnym przykładem jest system powoływania rad nadzorczych regionalnych kas chorych przez sejmiki wojewódzkie. Osoby nominowane wyłącznie dzięki partyjnym koneksjom potrafią sparaliżować pracę kasy, domagając się kontrybucji na rzecz swojego ugrupowania. Ostatnio dyrektor Kujawsko–Pomorskiej Kasy Chorych przyznał, że członkowie rady uniemożliwiają mu pracę, domagając się odpowiedniej liczby miejsc w zarządzie dla ludzi związanych z SLD.

Tęczowa koalicja
Targom politycznym podlegają właściwie wszystkie urzędy samorządowe, ze stanowiskami dyrektorów szkół włącznie. Kilka miesięcy temu radni SLD zaproponowali rządzącej w Pabianicach koalicji centroprawicowej, że za wpływ na finanse i kontrolę miejskich inwestycji sojusz postara się o preferencyjne kredyty od Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi. Radą nadzorczą funduszu kieruje Leszek Maliński, radny SLD. Kiedy zarząd miasta nie przystał na ten układ, Maliński oświadczył publicznie, że 6 mln zł, które mogły trafić do miasta, przeznaczono na inny cel.
Nadmierna liczba radnych i słaby wpływ wyborców na to, kto ostatecznie będzie burmistrzem czy prezydentem miasta, wręcz zachęca do zawierania porozumień, które tworzą w Polsce schizofreniczną sytuację funkcjonowania kompletnie odmiennych światów - polityki krajowej i polityki lokalnej. W poprzedniej kadencji Gryfowem Śląskim zgodnie rządziły populistyczne PSL z ultraliberalną UPR. Obecnie Lubartowem władają AWS oraz regionalne Stowarzyszenie Kupców i Przedsiębiorców Polskich Ziemi Lubartowskiej, które to ugrupowania - przy poparciu SLD - odsunęły od władzy UW. Po ostatnich wyborach samorządowych w Strzelcach Opolskich koalicję utworzyły AWS, Mniejszość Niemiecka, Stowarzyszenie Ziemi Strzeleckiej, no i SLD. W Radzie Miejskiej Głubczyc koalicję zawiązały Obywatelski Komitet Obrony Opolszczyzny, AWS i SLD. Co może myśleć wyborca głosujący na partię, która wygrała wybory, lecz nie sprawuje władzy w mieście lub sprawuje ją z teoretycznie zaprzysięgłym przeciwnikiem?
Kiedy partiom nie udaje się dogadać, dochodzi do wykorzystywania zawiłych przepisów i blokowania pracy lokalnych władz. Warszawa nie jest tu jedynym przykładem. Pat we władzach Świnoujścia trwał od grudnia 1999 r. do kwietnia tego roku. W tym czasie prezydent i opozycyjni radni próbowali się wzajemnie odwoływać - bez skutku, bo żadna ze stron nie miała większości. Bywa, że konflikty w radach i zarządach kończą się ingerencją władzy centralnej. I nie jest to jakaś polska specyfika, bo na przykład Margaret Thatcher rozwiązała zbyt rozrzutną - jej zdaniem - samorządową Radę Wielkiego Londynu. Komisarz okazał się niezbędny w 1998 r. w Kielcach, gdzie zwalczało się dwóch prezydentów - prawicowy i lewicowy - odcinających sobie wzajemnie telefony i wymieniających, nawet za pomocą wiertarki, zamki w drzwiach. Według informacji MSWiA, w ciągu dziesięciu lat premierzy powołali jedenaście zarządów komisarycznych. Nie wszystkie jednak wzbudzały u mieszkańców poczucie ulgi. W Smołdzinie koło Słupska wójt stracił stanowisko w wyniku referendum. Decyzją premiera "osobą pełniącą funkcje organu gminy", czyli odgrywającą podobną rolę jak komisarz, został tenże wójt.

Jak urządzić samorządy?
- Mniejsza liczba radnych, bezpośredni wybór wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, wzmocnienie pozycji, ale i odpowiedzialności burmistrza - proponuje Donald Tusk. - Wprowadzenie czytelnych zasad dotyczących obrotu mieniem komunalnym, zmiana prawa wykluczająca podejmowanie sprzecznych decyzji na ten sam temat przez kolejne organy samorządowe - wymienia Paweł Piskorski, poseł UW, prezydent Warszawy. Czy te recepty szybko zostaną zrealizowane? - Nie sądzę. Prawo jest bowiem wynikiem woli politycznej elit. Tymczasem te bronią się przed niekorzystnymi w ich mniemaniu zmianami - uważa prof. Michał Kulesza.
- Sytuację mogłyby zmienić jedynie bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów, którzy będą prawdziwymi reprezentantami lokalnych społeczności - uważa Wisła Surażska z Centrum Badań Regionalnych. Donald Tusk dodaje, że bezpośrednie wybory włodarzy gmin zapobiegną "kupowaniu radnych w zamian za poparcie kandydata na wójta czy burmistrza". Wicemarszałek Senatu w swym projekcie ustawy mającej zreformować samorządność proponuje też poważne wzmocnienie pozycji bezpośrednio wybieranego burmistrza i ograniczenie roli rady do funkcji doradczych - by burmistrz nie był zakładnikiem grupy radnych. Inna propozycja to wprowadzenie systemu zbliżonego do francuskiego, który zakłada, że lider partyjnej lub koalicyjnej listy zostaje kandydatem na burmistrza, a wygrywająca lista otrzymuje 50 proc. mandatów. - Wyborca wie, na kogo głosuje, ale jednocześnie wybory burmistrza są połączone z wyborem rady. Zapobiega to paraliżowi władzy w sytuacji, gdy prezydent reprezentuje inną opcję niż większość rady - uważa poseł Tadeusz Wrona. Wyrastającym z tradycji wzorcem samorządności pozostają Stany Zjednoczone. Pozycja rządów stanowych i lokalnych samorządów w USA gwarantuje im bardzo dużą władzę w regionie, przy czym burmistrz jest najczęściej wybierany w wyborach bezpośrednich.
- Opór klasy politycznej przed takimi rozwiązaniami to opór przed ograniczeniem liczby osób żyjących z polityki - konkluduje Donald Tusk.
Więcej możesz przeczytać w 24/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0