Prymusiki

Prymusiki

Bezdomny facet bez papierów powinien wiedzieć, gdzie jest jego miejsce: w brudzie, smrodzie, chamstwie i pogardzie. Nikt przecież nie lubi prymusików, którzy są lepsi nawet wtedy, gdy są gorsi
Nie zdarza się to często, więc warto odnotować, że francuska prasa znowu przez parę dni przynosiła akcenty polskie. Nie, nie, proszę się nie rumienić na zapas ze wstydu - perypetie wokół warszawskiej gminy Centrum zostały na szczęście przez paryskich dziennikarzy pominięte zażenowanym milczeniem (tym bardziej że polityczne harce wokół merostwa Paryża bywają ostatnio co najmniej równie zabawne), natomiast kryzys rządowy zainteresował ich raczej przelotnie i wyłącznie ze względu na pojawienie się przykrych - ich zdaniem, przede wszystkim dla Polaków - hipotez o możliwości odejścia Leszka Balcerowicza i Bronisława Geremka, których "Le Figaro" określiło przy tej okazji jako "ministrów Europy".
Nie było więc prawie nic o gminie Centrum i niezbyt dużo o rządzie, ale za to wystąpiliśmy znowu w roli narodu, który poniósł duże straty w ludziach - i to w wyjątkowo okropnych okolicznościach - lecz równocześnie raz jeszcze dał dowód swojej wysokiej europejskiej kultury, od której nie odstępuje nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Nasi przedstawiciele na dalekich przyczółkach na obczyźnie znowu spisali się nadzwyczajnie i zaświecili przykładem, być może przypłacając to życiem.
Gazety przyniosły oto obfite relacje o bestialskim mordzie, dokonanym w podparyskiej miejscowości Montreuil na trzech mężczyznach. Wszyscy trzej zostali zidentyfikowani jako Polacy: 25-letni Dariusz M., 26-letni Marian M. i 39-letni Kazimierz L. Ekipa śledcza znalazła paszport tylko przy pierwszym z nich, ale ich narodowość nie budziła od początku wątpliwości. Jedna z okolicznych mieszkanek powiedziała reporterom dzienników "Libération" i "Le Parisien", że wszyscy "nazywali ich pieszczotliwie Polakami". Afekt do naszych rodaków wyrażał się nie tylko w słowach. Lokatorka jednego z sąsiednich domów co dzień rano przynosiła im wodę i trochę jedzenia. To właśnie ona zaalarmowała wczesnym rankiem policję, kiedy się okazało, że jedzenia nie ma już komu dawać, bo wszyscy trzej potencjalni konsumenci nie żyją.
Widok, jaki zastali policjanci na miejscu tragedii, był wstrząsający. Według cytowanych przez "Libération" informacji ze źródeł śledczych, ofiary zginęły nie tylko od ciosów "bronią białą", ale także wskutek "uduszenia". Dwaj spośród zamordowanych mieli poderżnięte gardła, ale jeden z nich otrzymał też cios nożem w serce. Na ciele trzeciego widnieją ślady dwunastu uderzeń nożem i ma on zmiażdżoną klatkę piersiową. Wszyscy trzej są pokryci sińcami od kopniaków i uderzeń pięścią. Tylko jeden z nich był ubrany, drugi był tylko w slipach, a trzeci w slipach i podkoszulku. Nie jest jeszcze do końca jasne, czy zostali zaskoczeni we śnie, czy też przynajmniej jeden z nich próbował się bronić. Ekipa dochodzeniowa w zasadzie wyklucza, by tej barbarzyńskiej zbrodni mogła dokonać jedna osoba - chyba że ofiary były zupełnie pijane. Jednakże stwierdzony w ich krwi poziom alkoholu nie był wysoki. Policja uważa obecnie za najbardziej prawdopodobne dwie hipotezy: albo doszło do pijatyki w większym gronie i zakończyła się ona jakimś konfliktem, albo jakaś inna grupa ludzi z marginesu wyrównała w ten sposób niewiadome rachunki z Polakami z Montreuil. W okolicach istnieje więcej miejsc zamieszkiwanych przez tzw. squattersów. Trzej zabici byli bezdomni, a Kazimierz L. ponadto przebywał na terenie Francji nielegalnie.
Według cytowanego w prasie prokuratora, zainstalowali się oni w kwietniu pod dwoma namiotami na opuszczonym terenie, na którym merostwo już od trzech lat ma zamiar wybudować mieszkania socjalne, ale na razie nic z tego nie wychodzi. Miejscowi twierdzą jednak, że Polacy byli tam już znacznie dawniej, od roku, a może nawet dwóch. Okazuje się, że znało ich - co najmniej z widzenia, ale często także z bezpośrednich rozmów - wiele osób, poczynając od mieszkańców sąsiednich domów, a kończąc na personelu pobliskiego supersamu i baru oraz patrolach policyjnych. Opinie wystawiane przez te osoby mogą się stać powodem do naszej słusznej dumy. Wszyscy są zgodni co do tego, że nasi rodacy "pili dużo, ale byli bardzo grzeczni i uprzejmi". Zajmowali się głównie żebraniem, ale nie wadzili nikomu. Kiedy ktoś im odmówił monety czy papierosa, nie nalegali, tylko życzyli miłego dnia i dodawali "Szczęść Boże". Odwieczna wyższość osobistego wdzięku i kultury nad pękatym portfelem. I kto tu kogo chce przyjmować do Europy? Okoliczni mieszkańcy podkreślali, że Polacy byli zawsze czyści i że widywano ich, jak się golą i piorą ubrania. Czasami przeszkadzali głośnymi wieczornymi rozmowami, ale generalnie zjednali sobie raczej sympatię.
Nic dziwnego, że w końcu znaleźli się tacy, którzy zaczęli ich szczerze nienawidzić. Bezdomny facet bez papierów powinien wiedzieć, gdzie jego miejsce: w brudzie, smrodzie, chamstwie i pogardzie. Nikt przecież nie lubi prymusików, którzy są lepsi nawet wtedy, gdy są gorsi.

Okładka tygodnika WPROST: 24/2000
Więcej możesz przeczytać w 24/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0