Niż atlantycki

Dodano:   /  Zmieniono: 
Na Światowej Wystawie Expo 2000 w Hanowerze amerykańskiego pawilonu nie ma. Za oceanem ponoć nie znaleziono sponsorów chętnych wesprzeć promocję kraju na tej imprezie
Prezentacja dorobku światowej cywilizacji odbywa się więc bez USA. Prezydent Bill Clinton przeleciał nad terenami Expo w drodze do Akwizgranu, gdzie przyznano mu Nagrodę Karola Wielkiego. Kanclerz Gerhard Schröder otworzył wystawę bez udziału gościa z Waszyngtonu, po czym podążył wygłosić laudację na jego cześć. Pompatyczne przemówienia i kurtuazyjne uśmiechy nie zmieniają jednak faktu, że stosunki obu krajów znajdują się w fazie kryzysu.
"Jeśli chcecie dyktować reguły gry, to możecie się spodziewać jeszcze większego nawarstwienia problemów" - ostrzegł bez ogródek podczas wizyty w USA Karsten Voigt, pełnomocnik berlińskiego rządu do spraw kontaktów z Amerykanami. Reprezentuje on nowy różowo-zielony gabinet, ale nie nową opcję polityki wobec USA. Już podczas pierwszych odwiedzin Clintona po zjednoczeniu były kanclerz Helmut Kohl nie omieszkał stwierdzić, że "nie chce mniej Ameryki, lecz więcej Europy", co bez dyplomatycznej woalki oznaczało wypowiedzenie posłuszeństwa. Ekipa socjaldemokratyczna, która w 1998 r. odebrała chadekom rządowy ster, utrzymała ich kurs. Karl Lamers, szef Komisji Polityki Zagranicznej CDU/CSU w Bundestagu, zauważa "postępującą erozję" przyjaźni USA-RFN, ale winnych szuka głównie za oceanem.
Pierwsze dysonanse między Ameryką a jej dawnym pupilem na wschodniej flance NATO pojawiły się po napaści Iraku na Kuwejt, gdy na ulice Bonn pod hasłami "Amis go home!" wyległo ćwierć miliona demonstrantów. W odpowiedzi wywiad USA ujawnił listę niemieckich fabryk, które dozbrajały państwa objęte międzynarodowym embargiem. Kanclerz Kohl ratował reputację kraju obietnicą zwiększenia kontroli eksportu i wielomilionowym czekiem na potrzeby armii sprzymierzonych w Zatoce Perskiej. Po pacyfistycznej histerii i antyamerykańskich ekscesach Niemcy popadły w drugą skrajność: przez stare i nowe landy przetoczyła się fala tysięcy napadów na obcokrajowców i podpaleń hoteli azylanckich. Ich opinię u Amerykanów dodatkowo pogorszył sposób traktowania w RFN scjentologów, którzy w USA są legalną grupą wyznaniową, a w Niemczech uchodzą za sektę i obserwuje ich tajna policja. Komisja Kongresu ds. Międzynarodowych zobowiązała nawet prezydenta Clintona do interwencji w tej sprawie w Bonn.
Od chwili zjednoczenia stosunki RFN i USA ochładzały się z każdym rokiem. Gdy Waszyngton odwiedził szef dyplomacji w gabinecie Kohla, Klaus Kinkel, przed Białym Domem i Pentagonem powitały go okrzyki "totalitarne świnie!" i transparenty z hasłami o "niemieckiej powtórce z historii". Prezydent Roman Herzog, który odbierał w USA wyróżnienie "European Statesman Award", musiał przełknąć afront, kiedy Clinton nie znalazł czasu na podjęcie go ze stosowną celebrą. Podobne przykłady można mnożyć. Obrazy z przeszłości przypomniał Niemcom także życiorys minister Madeleine Albright, której rodzina ma czeskie i żydowskie korzenie. Jej dziadkowie zginęli w obozie koncentracyjnym w Terezinie, a babkę i kuzynkę zagazowano w Oświęcimiu. W okresie wzmożenia aktów wrogości wobec obcokrajowców w RFN fakt ten nabrał szczególnego wymiaru. KZ Theresienstadt pojawił się także w kontekście walki o odszkodowania dla więźniów i robotników przymusowych III Rzeszy. Jednym z pierwszych pozwów, które doprowadziły do ustępstw rządu Niemiec wobec USA i krajów środkowo-wschodniej Europy, było roszczenie 75-letniej Gabrieli Hammerstein; jej rodzinę wymordowano w tym obozie, a kapitał przejął Deutsche Bank.
Bezprecedensowa akcja dyskredytowania niemieckich przedsiębiorstw w prasie amerykańskiej i strach przed utratą rynków zbytu okazały się najlepszym lekiem na historyczną amnezję. Ale między Waszyngtonem, Bonn i Berlinem powiało chłodem nie tylko z powodu przeszłości. Przeciwnie, zaistniały kryzys ma związek przede wszystkim z przyszłością. Do upadku komunizmu Niemcy znajdowały się pod parasolem ochronnym USA. Po zdjęciu zasieków z granicy wewnątrzniemieckiej RFN nie chciała dłużej grać roli "karła politycznego" i zaczęła uprawiać politykę na własny rachunek. "Amerykanie nie będą nas pouczać, co mamy robić!" - powiedział Klaus Kinkel, gdy Stany Zjednoczone sprzeciwiły się wydalaniu z Niemiec uciekinierów bośniackich. Była to pierwsza tak ostra wypowiedź przedstawiciela nadreńskiego rządu pod adresem Białego Domu. Nie chodziło zresztą tylko o uchodźców. Porwanie przez CIA z ulic Berlina i skazanie Amerykanina Jeffreya M. Carneya, szpiega Rosjan i Niemców, wydalenie dyplomaty USA za namawianie urzędnika Ministerstwa Gospodarki w Bonn do współpracy agenturalnej, odmawianie zwrotu akt wywiadu byłej NRD, wykradzionych po upadku muru berlińskiego przez CIA, wreszcie brak poparcia Ameryki w staraniach Niemców o dostawienie dla nich krzesła w Radzie Bezpieczeństwa - to wyraźne przykłady "partnerstwa" USA-RFN po 1990 r.
Po wysadzeniu z siodła "ojca zjednoczenia" przez Gerharda Schrödera stosunki z Waszyngtonem się nie ociepliły. Wśród najgłośniejszych zgrzytów wymienić można wykpienie przez administrację Clintona propozycji szefa MSZ Joschki Fischera dotyczącej wyrzeczenia się przez USA ataku atomowego, wykonanie w USA (wbrew zabiegom Bonn) wyroku śmierci na Karlu i Walterze LaGrandach, mordercach pochodzenia niemieckiego, odrzucenie przez Waszyngton kandydata Niemców na szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, zastrzeżenia Niemiec do planów zbrojeniowych USA czy wreszcie obiekcje Amerykanów co do intencji Niemców w usamodzielnianiu Europy. Nasi sąsiedzi zza Odry nie mają dobrej prasy w USA. Dominują w niej, jak to określił "Financial Times", zjawiska "transatlantyckich turbulencji". Na nazi-reminiscencje podczas prasowej batalii o odszkodowania "Der Spiegel" odpowiedział dwukolumnowym tekstem o Madeleine Albright i obrazach praskich Niemców, rzekomo przywłaszczonych przez jej rodzinę. Z kolei "Focus" zarzucił Amerykanom prowokowanie konfliktów ze światem i z Niemcami. Publikacje te odzwierciedlają nastroje z kuluarów parlamentarno-rządowych. Waszyngtonowi wytyka się arogancję i arbitralne podejmowanie decyzji, ale oficjalne zastrzeżenia są tylko przykrywką walki o wpływy w polityce globalnej.
Wobec niemożności uzyskania większego respektu Waszyngtonu Niemcy rozgrywają partię o swój awans polityczny w Brukseli. Na szczycie Unii Europejskiej w Kolonii zadecydowano o stworzeniu funkcji "ministra" spraw zagranicznych Europy. Niemiecka propozycja przeszczepienia Unii Zachodnioeuropejskiej do UE spotkała się jednak z oporem państw neutralnych. W tej sytuacji Niemcy i Francja usamodzielniają Europę przez ewolucję: w Tuluzie uzgodniono powołanie eurokorpusu i przygotowanie go do samodzielnych misji. Unijnych partnerów łączy cel, lecz dzieli motywacja. Podczas gdy Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy chcą podnieść swą polityczną rangę, Belgowie, Holendrzy czy Duńczycy właśnie się tego obawiają. Nie inaczej jest z nowymi środkowoeuropejskimi członkami NATO, kandydatami do UE. Gdy po upadku żelaznej kurtyny debatowano o ich reintegracji z Zachodem, najpierw brano pod uwagę wyłącznie członkostwo we wspólnocie gospodarczej. Datą przystąpienia do UE miał być rok 2000, zaś przyjęcie do NATO było tematem tabu. Dziś niemożliwe stało się możliwe, a możliwe nieosiągalne; dzięki konsekwencji USA byli satelici ZSRR są już pełnoprawnymi członkami NATO, choć nadal kołaczą do unijnych drzwi.
W ubiegłym tygodniu Berlin i Paryż porozumiały się w sprawie uzyskania przez Niemcy większej liczby głosów w Radzie Unii Europejskiej, co wzmocni ich pozycję we wspólnocie. Amerykanie nie mają nic przeciw silnej Europie, lecz realizującej założenia polityczne Waszyngtonu i niekoniecznie z dominantą Niemiec. Były doradca prezydenta Georga Busha, David Gompert, stwierdził krótko: "działania Stanów Zjednoczonych zmierzają ku integracji", a "Europa przejawia tendencje izolacjonistyczne". W polityce obronnej Waszyngton nie spodziewa się większych problemów z unią. Zdaje sobie sprawę, że Europa ma te same apetyty, ale nie te same zęby i - przynajmniej na razie - nie jest w stanie obejść się bez "szeryfa globalnej wioski" nawet na własnym terenie. Z kolei na polu gospodarczej rywalizacji Stary Kontynent ma siły i środki, lecz demonstruje poglądy, jakich Biały Dom nie akceptuje. Wymuszenie zmiany kandydata na szefa MFW było ostatnią lekcją udzieloną Niemcom, że bez udziału Waszyngtonu żadne karty nie zostaną rozdane.
Podczas pobytu w Berlinie prezydent Bill Clinton podkreślił ważną rolę Niemiec w polityce USA ostatniego półwiecza i zapewnił, że tak samo będzie przez następne pięćdziesiąt lat. W tym celu do końca jego kadencji ma być nawet opracowana specjalna, nowa koncepcja. Niedługo po objęciu prezydentury przez Clintona ambasadorem USA w Bonn został Charles Redman. Po siedemnastu miesiącach odwołano go do kraju. Jego gabinet stał pusty przez półtora roku. Nowy wysłannik Waszyngtonu, John Kornblum, przybył dopiero we wrześniu 1997 r. W dyplomatycznych kuluarach mówi się, że niebawem i on opuści swój posterunek. Kornblum nie jest ulubieńcem Berlina. Jak twierdzą w prywatnych rozmowach niemieccy politycy, ma arogancki i autorytarny sposób bycia. Tak samo oceniają politykę Waszyngtonu. Jego miejsce ma zająć Beth (Elizabeth) Jones. Zdaniem byłego dyplomaty USA, Roberta Livingstona, założyciela American Institute for Contemporary German Studies, Jones jest "urzędniczką piątej klasy w Departamencie Stanu; wysłanie osoby z tak niskiego szczebla byłoby wyraźnym zdeklasowaniem Niemiec. Żadnemu prezydentowi USA nie przeszłoby nawet przez myśl delegowanie ambasadora tak niskiej rangi do Francji, Wielkiej Brytanii czy Japonii". Czy przecieki w sprawie Jones, które pojawiły się w niemieckiej prasie, są zwiastunem nowej koncepcji polityki Waszyngtonu wobec Berlina?

Więcej możesz przeczytać w 24/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.