Strategia, polityka i mentalność

Strategia, polityka i mentalność

Budżet zabiera gospodarce soki, nie dając nic w zamian. Wszystko w imię względów społecznych
I Niedawno usłyszeliśmy od rzekomo kompetentnego działacza AWS, że w tak trudnych sytuacjach jak obecny konflikt koalicyjny premierem powinien zostać nie ekonomista, lecz doświadczony polityk. Coraz lepiej! W ten sposób AWS a priori zdyskwalifikowała jednego ze swych najzdolniejszych - Bogusława Grabowskiego. Pewnie dlatego, że nie jest ani profesorem, ani doktorem chemii, która to dyscyplina jest (u nas!) wyraźnie lepszą odskocznią do pełnienia funkcji premiera.
Ekonomia i ekonomiści może i tak mają trochę więcej szczęścia niż za czasów nieboszczyka Szydlaka, który liczył na speców od organizacji i zarządzania i z góry odrzucał niebezpieczne dla socjalizmu próby reform. Ale to małe szczęście okazuje się iluzoryczne, gdy spojrzy się na uniki i przemilczenia w najistotniejszych sprawach naszej obecnej strategii i polityki gospodarczej w opracowaniach serwowanych przez Rządowe Centrum Studiów Strategicznych. Przypomnijmy więc to, o czym zapomnieli ich autorzy - że strategia państwa w gospodarce rynkowej musi się koncentrować na tworzeniu optymalnych ustrojowych, systemowych warunków gospodarowania, pobudzających wszystkich do racjonalnych działań i zachowań, a nie na podejmowaniu decyzji dyrektorskich i zarządczych. Nie jest dobrze, gdy rządowa placówka studialna zakłada utrzymanie wysokiego stopnia ingerencji państwa w bieg życia gospodarczego, a pomija kwestie fundamentalne. Do takich należy, jak wiadomo, wysokość stopy redystrybucji PKB, a także obrona polityki pieniężnej zapewniającej stabilność i wymienialność pieniądza. Przypomnijmy więc znowu, że nasza zbyt wysoka stopa redystrybucji PKB (46-48 proc.) znakomicie obniża stopę inwestycji, na której wzroście tak nam zależy. Zresztą nasz kochany parlament biada nad tą niską stopą inwestycji i jednocześnie torpeduje wszelkie próby obniżenia stopy redystrybucji (czyli podatków) z tzw. względów społecznych. Dojutrkowskie myślenie ciągle wygrywa. Dlatego też nie wspomina się wcale o konieczności zmiany fatalnej, konsumpcyjno-świadczeniowej struktury wydatków budżetowych. Polski budżet nie służy gospodarce i jej rozwojowi. Nie wspomaga tego, co powinien: ochrony środowiska, rozwoju infrastruktury i racjonalnej gospodarki przestrzennej. Zabiera gospodarce soki, nie dając nic w zamian. Wszystko w imię owych względów społecznych, czyli partykularnych interesów wpływowych grup.
Do spraw strategicznych należy jasne stanowisko wobec ciągle rozpowszechnianego poglądu, jakoby zwiększenie stopy inflacji (poprzez wzrost deficytu budżetowego i złe kredyty) mogło przyspieszyć wzrost PKB. Niemal codziennie krytykowana jest polityka gospodarcza, która przyniosła Polsce jakościowy przełom, stabilność i rozwój. Trzeba przypominać, że obniżanie stopy inflacji jest warunkiem taniości kredytu i skłonności do inwestowania. Zamiast tego stratedzy rządowej placówki studialnej powtarzają negatywnie zweryfikowane tezy o konieczności odgórnego, apriorycznego wyrównywania różnic międzyregionalnych. Tymczasem nie od dzisiaj wiadomo, że polityka taka obraża zwykle zasadę optymalnej alokacji zasobów, pogarszając globalną efektywność alokacji.
Nie jest chyba dobrze, gdy jedenaście lat po naszym historycznym przełomie można zyskiwać popularność, głosząc nieprawdopodobne bzdury ekonomiczne i obrażając tych, którym należy się najwyższe uznanie. Wobec tego nie pozostaje nic innego, jak przypominać, że ekonomista nie jest po to, żeby się wszystkim podobać, lecz po to, żeby mówić prawdę. Niekiedy trzeba płacić za to wysoką cenę, czego przykładem jest choćby Leszek Balcerowicz. Ale taka jest już nasza dola w społeczeństwie, które chciałoby wszystkiego "na skróty".
Okładka tygodnika WPROST: 25/2000
Więcej możesz przeczytać w 25/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0