Jeszcze szybciej

Jeszcze szybciej

Rozmowa z JANUSZEM KULIGIEM, kierowcą rajdowym, liderem klasyfikacji generalnej mistrzostw Polski 2000
Marcin Klimkowski: - Czy rajdy samochodowe to sport indywidualny, jak sugerują to czasami mistrzowie tej dyscypliny, czy zespołowy?
Janusz Kulig: - Zdecydowanie zespołowy. Ekipa, z którą pracuję, liczy kilkadziesiąt osób, należą do niej mechanicy, ludzie zajmujący się logistyką, kierowcy ciężarówek wożących sprzęt, osoby mierzące czasy przejazdów i "szpiedzy pogodowi". Wraz z pilotem Jarosławem Baranem przekuwamy ich wysiłki w wynik sportowy. Nawet najlepiej przygotowane auto samo nie pojedzie. Z drugiej strony, nawet najlepszy kierowca nie wygra na słabo przygotowanym samochodzie. Rajd to system naczyń połączonych. Dzięki determinacji i pracy mam dziś najpotężniejszych sponsorów w Polsce - Marlboro Ford Mobil 1 Rally Team. Zaczynałem jednak jako nastolatek od inwestycji w siebie. Na początku jeździłem maluchem, bo to był najtańszy samochód. Wygrywałem nim mało znaczące rajdy. Zamiast wyjeżdżać na wakacje, kupowałem nową skrzynię biegów. Zostałem dostrzeżony przez Renault; firma zaproponowała mi jazdę jej autami z napędem na przednią oś - renault clio maxi, a potem renault mégane maxi. Później przesiadłem się do forda escorta WRC, a w 2000 r. - forda focusa WRC.
- Czy samochodem WRC jeździ się łatwiej niż autem z napędem na jedną oś?
- Te samochody prowadzą się zupełnie inaczej. Jeździłem bardzo mocnymi autami dwunapędowymi i przyzwyczaiłem się do nich. Przesiadka do WRC wymogła na mnie zmianę przyzwyczajeń. Ćwiczyłem rok, by zmienić styl jazdy i przystosować się do auta z napędem na cztery koła. Wydaje mi się, że wbrew powszechnej opinii samochód czteronapędowy wymaga większych umiejętności.
- Na jakich drogach czują się najlepiej liderzy polskich sportów motorowych?
- Dla mnie im bardziej droga jest śliska, tym lepiej. Lubię śnieg, lód i nawierzchnie szutrowe. Uczucie prowadzenia auta w poślizgu jest jednym z najpiękniejszych, jakich można doznać.
- Brawura i ryzykanctwo?
- Staram się być rozsądny, ale zdarzają się sytuacje, gdy przekraczam granicę bezpieczeństwa. Jako zawodnik przeszedłem pewną ewolucję, dojrzałem psychicznie. Kiedyś nie miałem świadomości konsekwencji tego, co robię, i zbyt gwałtownie naciskałem na gaz. Teraz staram się trzeźwo oceniać sytuację. Gdy jednak wiem, że kilka sekund straty mogę odrobić kosztem bardzo niebezpiecznej jazdy, decyduję się na nią. Podczas Rajdu Krakowskiego byłem kilka sekund za Leszkiem Kuzajem. Tę stratę mogłem odzyskać tylko na łączniku szutrowym. I zdecydowałem się przyspieszyć, choć - niestety - na darmo, złapaliśmy gumę i wysiłek okazał się daremny. W tym sporcie bywa i tak.
- Sobiesław Zasada, mistrz Polski, powiedział kiedyś, że na co dzień jeździ spokojnie, przyspiesza tylko wówczas, gdy jest mgła, gołoledź, pada deszcz ze śniegiem. A pan?
- Zgodnie z przepisami. Dzięki udziałowi w rajdach jestem w stanie przewidzieć, co stanie się z samochodem w różnych sytuacjach. Polscy kierowcy, którzy jeżdżą całkiem dobrze, czasami na mnie trąbią, że jadę zbyt wolno. Wciąż mamy duże zaległości, jeśli chodzi o kulturę jazdy. Często nie pozwalamy innym włączyć się do ruchu, jeździmy zbyt szybko. Za jazdę po alkoholu karałbym dożywotnim odebraniem prawa jazdy.
- Rajdy pozostają wciąż młodzieńczym hobby czy bardziej profesją?
- Autem zacząłem jeździć, gdy skończyłem siedem lat. W wieku piętnastu lat postanowiłem zostać kierowcą rajdowym. Od zawsze kochałem sporty samochodowe. Ale to, co kiedyś było wyłącznie zabawą, dziś stało się zawodem. Podchodzę do niego z największą powagą. Nie zmienia to faktu, że czuję się szczęśliwym człowiekiem, który robi to, co lubi.
Wzorem jest dla mnie Hiszpan Carlos Sainz. Podziwiam go za umiejętności, styl jazdy i za osobowość. Podobnie Tommiego Mäkinena. Oprócz nich fascynuje mnie także Marko Martin, młody Estończyk, któremu specjaliści wróżą wielką przyszłość. Jest potwornie szybki, opanowany i robi błyskawiczne postępy. Przy tym jest skromnym i sympatycznym człowiekiem.
- Hiszpan Carlos Sainz jest przyjacielem swojego konkurenta, Fina Juhy Kankkunena. W polskim światku motorowym byłoby to możliwe?
- Rajdy to sport wybitnie niekontaktowy. Startujemy co minutę, walczymy bardziej z czasem niż z sobą, nie jak kierowcy Formuły 1. Z założenia nie ma więc wielkich konfliktów ani wielkich przyjaźni. Ale większość kierowców, których znam - Krzysztof Hołowczyc, Leszek Kuzaj, Robert Herba, Robert Gryczyński - to wyjątkowo sympatyczni ludzie.
- Był pan mistrzem Polski w 1997 r., prowadzi pan w klasyfikacji obecnych mistrzostw, co jeszcze jest tu do zdobycia?
- Mój głód sukcesów w Polsce został zaspokojony. W tej chwili doszedłem do momentu, w którym muszę sobie odpowiedzieć na pytanie, czy tylko narodowe mistrzostwa i sukcesy w kraju, czy starty na świecie. Częściową odpowiedź dał mi ostatni Rajd Polski. Pokonałem Francuza Bruno Thiry’ego, zabrakło mi ledwie 30 sekund do znakomitego Henrika Lundgaarda. Ludzie, którzy ze mną pracują, namawiają mnie do podjęcia wyzwania i startowania w świecie. Mam trzydzieści lat - to optymalny wiek na podjęcie takiej decyzji.

Rozmawiał Marcin Klimkowski
Okładka tygodnika WPROST: 25/2000
Więcej możesz przeczytać w 25/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej: