Klucz do Brukseli

Klucz do Brukseli

Gdyby któryś z krajów Unii Europejskiej starał się teraz o przystąpienie do UE, to w związku z wyśrubowanymi wymaganiami stawianymi kandydatom zostałby z hukiem odrzucony z powodu bałaganu w swej polityce i gospodarce - głosi dowcip powtarzany pół żartem, pół serio przez unijnych urzędników
Kto pierwszy zdoła wejść do Unii Europejskiej? 

Faworytem mogłaby łatwo zostać Norwegia, regularnie do tego namawiana przez polityków unii, oraz Szwajcaria, w praktyce coraz bardziej zintegrowana z UE, choć nie będąca jej członkiem. Oba kraje są bogatsze niż część państw unii. Chcąc nie chcąc, przywódcy unijni muszą jednak negocjować z mniej atrakcyjnymi państwami postkomunistycznymi.

Mglista perspektywa
Jeszcze bardziej tragikomiczny charakter niż wymagania wobec przyszłych członków mają uniki w sprawie daty rozszerzenia unii. Zdaniem szefa niemieckiej dyplomacji Joschki Fischera, z rozszerzeniem za długo zwlekano. Najbardziej liczące się kraje, w tym Francja, która w drugiej połowie roku obejmie rotacyjne przewodnictwo w unii, sprzeciwiają się jednak podawaniu terminu rozszerzenia, choć prezydent Jacques Chirac mówił swego czasu nawet o roku 2000. Unia unika nawet określenia daty zakończenia negocjacji. Gotowość do przyjęcia nowych państw uzależnia od tak zwanej reformy instytucjonalnej. Ma ona usprawnić działanie biurokracji, przygotowując ją do pracy z nowymi członkami, ale ślimaczy się tak, jakby rozszerzenie było bardzo mglistą perspektywą.
Przedłużający się opór Brukseli w sprawie terminów rozsierdził czołówkę kandydatów. Sześć państw z grupy (tzw. luksemburskiej - zaproszono je do negocjacji na szczycie unii w Luksemburgu - Polska, Węgry, Czechy, Estonia, Słowenia i Cypr) liczy na członkostwo od 1 stycznia 2003 r. Na spotkaniu w Lublanie szefowie dyplomacji szóstki podali oczekiwaną przez siebie datę zakończenia negocjacji - w pierwszej połowie przyszłego roku. Bronisław Geremek wyraził zaniepokojenie powolnym tempem negocjacji oraz pojawiającymi się "negatywnymi scenariuszami".
Z krajów członkowskich dochodzą sygnały, że najwcześniejszy z możliwych terminów przyjęcia nowych członków to rok 2005. Jedyny pewnik: jesienią Komisja Europejska, organ wykonawczy unii, planuje ogłoszenie raportów na temat gotowości kandydatów. Minister Geremek, mówiąc o "negatywnych scenariuszach", z pewnością myślał o tym, że na grudniowym szczycie unii w Nicei nie zostanie, wbrew wcześniejszym oczekiwaniom, określona data zakończenia negocjacji. Günter Verheugen, komisarz do spraw rozszerzenia, wycofał się z obietnicy, że podanie terminu zakończenia rokowań będzie możliwe po otwarciu ostatniego rozdziału negocjacji (w czerwcu!). Szczyt nie musi się nawet skończyć zawarciem traktatu dotyczącego reformy instytucjonalnej. Dyplomaci francuscy sugerują: ważniejsza jest "jakość" niż "kalendarz". Dyskusje nad reformą - a więc i rozszerzenie - mogą się zatem przeciągnąć.

Kto pierwszy?
Negocjatorzy, bombardowani przez komisję coraz to nowymi pytaniami twierdzą, że stawia to pod znakiem zapytania wolę szybkiego zakończenia negocjacji ze strony unii. W krajach kandydujących nasilają się obawy, że jesienne raporty komisji mogą zawierać celowo wyostrzone oceny. Każdy kraj ma dostać listę tego, co musi zrobić, żeby mieć szansę na członkostwo.
Kto zatem może oczekiwać najlepszej oceny? Ulubieńcem Brukseli jest Cypr, jedyny niepostkomunistyczny kraj z czołówki. Ma wiele atutów, w tym najważniejszy: mocne poparcie członka unii - Grecji. Naciski Aten zwiększają nadzieję na to, że rozszerzenie nie będzie odkładane ad calendas Graecas. Inne plusy Cypru to relatywnie wysoki poziom życia, niewielki obszar, brak przemysłu, który piętrzyłby problemy. Kraj przyjemnie kojarzy się decydentom - jako wyspa wakacyjnego wypoczynku. Jedyna wada to groźba zaognienia konfliktu z Turcją.

Syzyfowe prace
W Warszawie panuje opinia, że bez Polski pierwsza fala rozszerzenia byłaby politycznie nie do obrony - ze względu na wielkość kraju, znaczenie w regionie i potencjał. Komisja podkreśla tymczasem wyraźnie: decydować będzie przygotowanie. Ostatnio pojawiają się głosy, że czołówka kandydatów to Węgry i Estonia, potem Słowenia i Czechy, dopiero w dalszej kolejności Polska.
Z całej "szóstki luksemburskiej" Polska prezentuje w negocjacjach najbardziej nieprzejednane stanowisko, stwarzając wrażenie, że warunki unii sprawiają jej największe trudności. Węgry też występują o sporą liczbę tzw. okresów przejściowych, ale na przykład zgodziły się na zniesienie ceł w handlu rolnym. Zbierają pochwały za tempo dostosowań prawa. Negocjacje są specyficzne - nie chodzi tylko o targi, najważniejsze jest stwierdzenie, kiedy i w jakim stopniu kraj starający się o wejście do unii będzie przygotowany do przyjęcia acquis communautaire (dorobek prawny - dyrektywy, rozporządzenia, decyzje przyjęte na mocy traktatów). Nie zmieni tego krytyka nawet z ust wybitnych intelektualistów europejskich, którzy w liście do "Le Monde" w ubiegłym roku uznali, że stawianie kandydatów przed wymogiem przyjmowania ciągle nowych praw to zmuszanie ich do syzyfowych prac.
Mitologizowanie tematu niewiele da, a na pewno nie zmieni faktu, że w ostatnim raporcie komisja uznała adaptację aktów prawnych za piętę achillesową Polski. Naciskany rząd zmobilizował się i posłał do Sejmu spory pakiet projektów nowych ustaw, a w końcu uzupełnił wakat na stanowisku szefa Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej (UKIE) i poprawił koordynację instytucji rządowych. Prognozy nie są jednak zbyt optymistyczne: obecny kryzys polityczny nie pozostanie bez wpływu na szybkość działań dostosowawczych w parlamencie (o ich przyspieszenie zabiegał szef UKIE Jacek Saryusz-Wolski), tym bardziej że zbliżają się wakacje, a później zostanie niewiele czasu do opublikowania raportu komisji. Większość posłów skupia się jednak na najbliższych (przyspieszonych?) wyborach, sądząc, iż dostosowywanie do standardów unii będzie zmartwieniem dopiero w następnej kadencji, zwłaszcza że Bruksela nie spieszy się z podawaniem dat.
Ciosem dla naszej drogi do unii jest to, że obóz polityczny, który ją od początku firmował, poszedł w rozsypkę, zagubiwszy jasność programową i nazwiska zdolne ją uosabiać. Atutem Polski była dotychczas jej polityczno-ustrojowa stabilność. Jak podkreśla naczelnik jednego z wydziałów w UKIE, Polska jest jedynym krajem spełniającym wszystkie tzw. kryteria kopenhaskie. Inne kraje mają nadal problemy graniczne lub kłopoty z zagwarantowaniem praw mniejszości narodowych i etnicznych, na przykład Rosjan bądź Romów. Przywykliśmy do tego, że dynamizm gospodarczy staje się wręcz elementem naszej tradycji. Ale nad tym wizerunkiem zbierają się czarne chmury. Zahamowaniu uległa restrukturyzacja górnictwa i branży stalowej - od dawna na cenzurowanym w Brukseli (unii zależy na ograniczeniu produkcji stali). Podobne problemy, lecz na mniejszą skalę, mają Czesi.
Trudno na podstawie dotychczasowych negocjacji wyrobić sobie jednoznaczną opinię o kandydatach. Polska i Węgry mają najmniej zamkniętych "obszarów negocjacyjnych". Nie jest to szczególnie miarodajny wskaźnik, jeśli wziąć pod uwagę, że na przykład nie mające dostępu do morza Czechy zamknęły kwestię rybołówstwa. Z drugiej strony Polska nie ma problemu energetyki jądrowej. Słowenia pierwsza uzyskała zgodę na okres przejściowy dla banków spółdzielczych. Dla nas nie będzie to tak bezbolesne - nasz sektor banków spółdzielczych jest dużo silniejszy i w tym wypadku odstępstwa od unijnych reguł miałyby większy wpływ na politykę konkurencji w UE. Bułgaria jest bardzo chwalona za tempo dostosowań prawa, ale wskaźniki gospodarcze nie pozwalają jej marzyć o pierwszej rundzie.

Drugi koszyk
Dynamicznie rozpoczęły negocjacje kraje z drugiego koszyka (tzw. helsińskiego), korzystając z zachęt Brukseli, że mogą dołączyć do grona faworytów. Taką nadzieję ma Słowacja. Chyba z tego powodu Praga, licząc na jednoczesne przyjęcie obu krajów, wycofała wniosek o przyznanie okresu przejściowego dla unii celnej ze Słowacją. Odwrotnie Estonia - wycofała się z wniosku o utrzymanie unii celnej z Litwą i Łotwą, wierząc, że dystansowanie się od sąsiadów zwiększy jej szanse na przyjęcie do unii w pierwszej turze. Tallin odniósł do tej pory najbardziej spektakularny sukces w negocjacjach, uzgadniając kwestię swobodnego przepływu kapitału. To jednoznaczna demonstracja woli dalszej szybkiej liberalizacji gospodarki.
Podział na dwie grupy kandydatów wydaje się nie do utrzymania. Malta trafiła do drugiej grupy tylko dlatego, że w grudniu 1996 r. wybory wygrała tam partia przeciwna integracji. Zacieranie granic sprawia jednak, że myśląc o pierwszym rozszerzeniu, unia musi brać pod uwagę aż dziesięć krajów (bez wyraźnie odstających Bułgarii i Rumunii oraz Turcji).

Więcej możesz przeczytać w 25/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0