Pozwólcie nam flirtować

Pozwólcie nam flirtować

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dyrektor erotoman wkładający podwładnej rękę pod spódnicę to problem. Sęk w tym, że paragraf o molestowaniu seksualnym to ten rodzaj lekarstwa, po którym pacjentowi jest gorzej niż przed jego zażyciem
Okazuje się, że już do 59 proc. wzrósł odsetek Polaków chcących do Unii Europejskiej, a nie wiem, czy miliony rodaków wiedzą, co nam w tej Brukseli szykują. Otóż właśnie postanowili ustanowić zakaz flirtowania. Nie, jasne, że nie są tak głupi, żeby powiedzieć wprost, że zakazują flirtowania. Zamiast tego powiedzieli, że napastowanie seksualne powinno być zakazane i traktowane jak dyskryminacja ze względu na płeć.
Według unii, kobiety są napastowane seksualnie, gdy nie chciane propozycje seksualne naruszają ich godność. Zastanawiam się, które to są te jednocześnie nie chciane i naruszające godność. Czy każde nie chciane naruszają godność? Kto ma mierzyć stopień naruszenia? Unia Europejska jest coraz bardziej antyamerykańska, ale w sprawie molestowania seksualnego w owczym pędzie podąża za Ameryką. Pewnie, że jestem za równością płci i takimi samymi zarobkami dla każdego za taką samą pracę. Nie jestem też ślepy i wiem, że obleśny dyrektor erotoman wkładający podwładnej rękę pod spódnicę to problem. Sęk w tym, że paragraf o molestowaniu seksualnym to ten rodzaj lekarstwa, po którym pacjentowi jest gorzej niż przed jego zażyciem.
Molestowanie seksualne to bicz, którym można walnąć każdego mężczyznę, zarzucając mu, że składał nie chcianą propozycję, co naruszyło godność. A skąd on miał wiedzieć, że propozycja jest nie chciana? Przecież nie mógł się dowiedzieć, że jest nie chciana, zanim ją złożył, a jak złożył i okazała się nie chciana, to może i naruszył godność. A jak jeszcze pomyślał, że pierwsze "nie" jest testem jego determinacji i zaproponował drugi raz, to już na pewno po stokroć naruszył godność. Znam parę ładnych kobiet, co im składano nie chciane, i nie zauważyłem, żeby któraś miała z nie chcianymi problem. Zastanawiam się, czy problemu nie stwarzają przypadkiem te, które marzą wyłącznie o tym, by ktoś im złożył nie chcianą, a ich godność narusza wyłącznie to, że nikt takiej nie składa. One właśnie chcą uczynić choćby i z końskich zalotów ciężkie przestępstwo. Sprawa jest poważna. Ten punkt może trafić do szykowanej właśnie karty praw Unii Europejskiej, a jak punkt trafi do karty, a Polska do unii, będzie to prawo obowiązujące także w Polsce.
Rozumiem wielką troskę o napastowane seksualnie. Nie rozumiem tylko, dlaczego nikt nigdy nie zwrócił uwagi, jakim ciosem w równość międzypłciową i wewnątrzpłciową jest każda kariera oparta na walorach - rzekłbym - pozamerytorycznych. Nie znam bowiem żadnej napastowanej, której kariera zostałaby złamana przez nie chcianą i naruszającą godność, znam natomiast kilka, którym udało się więcej niż powinno tylko dlatego, że miały ładne cztery litery (usta, uszy, oczy, nogi, ręce). Czy wszystkie inne kobiety, które przegrały wyścig o frukta, i wszyscy inni mężczyźni powinni oddać sprawę do sądu, bo naruszona została zasada równości? Bzdura. Nawiasem mówiąc, napastowane najczęściej bywają te atrakcyjne, a nie znam atrakcyjnej, dla której atrakcyjność byłaby balastem i powodem cierpień oraz prześladowań, a nie atutem. Flirt w miejscu pracy zwykle wydawał mi się zresztą czymś raczej stymulującym niż nie chcianym i naruszającym godność. No trudno, widocznie flirtowanie jest zbrodnią główną i jako taka musi być opatrzone surową sankcją.
Przy okazji wyjaśniło się, że stanowiska Unii Europejskiej i Kościoła niekoniecznie są sprzeczne. I to nie w sprawie praw człowieka przez wielkie P i przez wielkie C, ale właśnie w sprawie flirtowania. We włoskim piśmie "Famiglia Christiana" ("Chrześcijańska Rodzina") ksiądz Antonio Sciortino w odpowiedzi na pytanie czytelniczki napisał, że flirtowanie w Internecie przez żonatych i zamężne to tak naprawdę zdrada. W Biblii stoi wprawdzie wyraźnie, że mężczyzna, który spogląda na kobietę z pożądaniem, popełnia zdradę, ale Biblia Biblią, a tu mamy kawa na ławę, że wysyłając koleżance z pracy e-mail z podtekstem, popełniamy wirtualną zdradę. Flirtowanie jest więc nie tylko zakazane prawem, ale także uznawane za niemoralne przez Kościół. Nie ma żartów. Czas zacząć cenzurować własne myśli. Można się tylko pocieszyć, że w tej dziedzinie i tak jesteśmy o ćwierć wieku za Amerykanami. Gdy w 1976 r. Jimmy Carter, kandydat demokratów na prezydenta, powiedział w wywiadzie dla "Playboya", że w sercu wielokrotnie zdradzał żonę, niemal pogrzebał swoje szanse. Bo zdradę zupełnie niewirtualną można wybaczyć (vide Clinton), ale wirtualna jest nie do wybaczenia.
"Przyszłość naszej planety zależy od kobiet" - powiedział w zeszłym tygodniu Kofi Annan, sekretarz generalny ONZ. I ja się z nim zgadzam. Od kobiet zależy też, czy na tej planecie będzie się chciało żyć. Ale nie ma co popadać w pesymizm, tym bardziej że optymistyczne wieści przynosi amerykańskie wydanie pisma "Cosmopolitan", które - co przyznają nawet najbardziej zajadłe feministki - organem wstecznictwa nie jest. Otóż z sondażu "Cosmopolitan" wynika, że dwie trzecie młodych Amerykanek, gdyby tylko mogło, rzuciłoby pracę i zajęłoby się domem, dziećmi, mężami, zakupami oraz plotkami i wcale nie musiałoby się realizować w pracy. Panowie, jeśli weźmiemy się do roboty, zapewnimy kobietom szczęście i żadna nie spotka się w pracy z nie chcianą i naruszającą godność propozycją. Ba, tylko jak i z kim będziemy flirtować? Jak to jak? Z żonami. Wirtualnie.

Więcej możesz przeczytać w 25/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0