Smutna historia sukcesu

Smutna historia sukcesu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jeżeli władze - w tym również prokuratorskie i sądowe - tolerują przebieranie się policjantów za dziennikarzy w celu spełnienia zadań służbowych, to reguła ta powinna działać także w drugą stronę
Policja luksemburska 1 czerwca przeprowadziła udaną akcję uwolnienia grupy dzieci i ich opiekunek z przedszkola w Wasserbillig. 28 godzin byli oni zakładnikami Tunezyjczyka Nedżiego Beżauiego, uzbrojonego w pistolet, nóż i dwa granaty. Dzieci było początkowo 47, po stopniowych uwolnieniach pozostało 25. Sytuacja była niebezpieczna, bo trudno było przewidzieć, co zrobi Beżaui. Był wyraźnie niezrównoważony, kilka lat leczył się u psychiatry. Miał za złe dyrektorce przedszkola, że przyczyniła się do odebrania mu opieki nad dziećmi, co zresztą było jedną z głównych przyczyn utraty przezeń równowagi psychicznej. Kilkuletnia frustracja mogła się w każdej chwili wyładować w formie agresji przeciwko dzieciom albo ich opiekunkom. Wszyscy odetchnęli zatem z ulgą, kiedy policji udało się ciężko zranić porywacza, a wszystkich małych i dużych zakładników uwolnić bez najmniejszego zadraśnięcia.
Mimo szczęśliwego zakończenia postępowanie policji wzbudziło pewien niesmak i wywołało ożywioną dyskusję w prasie, nie tylko luksemburskiej. Aby wywabić porywacza z budynku przedszkola, siły porządkowe nie tylko podszyły się pod ekipę dziennikarzy, ale zarekwirowały kamerę prawdziwym pracownikom telewizji RTL i użyły jej jako atrapy kryjącej broń. Co prawda decydujące były pociski wystrzelone przez ukrytych w pobliżu strzelców wyborowych, zaś kula wystrzelona z kamery miała jedynie drasnąć Beżauiego, lecz fakt pozostaje faktem: policja przekroczyła pewną umowną czerwoną linię etyczną, profesjonalną, a także - choć o tym mówi się najmniej - prawną.
Największe - i słuszne - wzburzenie środowisk dziennikarskich wywołało to, że eksperyment z Luksemburga może nie tylko utrudnić prasie pełnienie funkcji informacyjnych w sytuacjach uprowadzeń zakładników (już i tak trudnych z samej swej istoty), ale wręcz wystawić reporterów na większe ryzyko utraty życia niż dotychczas. Porywacze mają teraz realne podstawy do podejrzeń, że kręcący się w pobliżu ludzie mają w rękach broń, a nie kamery, albo granaty, a nie mikrofony. Jeśli któryś okaże się zbyt nerwowy - a łatwo o to u osobników tej kategorii - może zacząć do tych ludzi strzelać. Odsuwa to prasę od źródeł informacji, wykluczając w praktyce myśl o zbliżeniu się do miejsca wydarzeń czy przeprowadzeniu rozmowy z samym porywaczem (co w niektórych okolicznościach może mieć zgoła zbawienne znaczenie psychoterapeutyczne, nawet jeśli pominąć znaczenie informacyjne).
Toutes proportions gardées, zachowanie luksemburskich policjantów przywiało do Europy "syndrom czeczeński". Po niedawnym uwolnieniu francuskiego zakładnika w Czeczenii (fotografa prasowego Brice’a Fleutiaux) władze rosyjskie podkreślały, jak bardzo niebezpiecznie jest jeździć do tego kraju bez ich "opieki", a serwis prasowy Kremla rozgłaszał podczas podróży Władimira Putina do Hiszpanii, że przywiózł on z sobą film dokumentalny o okropnościach przeżywanych przez zakładników w Czeczenii. No i rzeczywiście mało kto decyduje się teraz na reporterskie wypady do tego kraju, a rezultat jest taki, że coraz mniej wiemy o tym, co się tam dzieje. Być może policji luksemburskiej nie zależy aż tak rozpaczliwie jak władzom rosyjskim na odsunięciu dziennikarzy, ale nie sposób zaprzeczyć, że swoim pomysłem stworzyła nowy problem, wykraczający daleko poza granice Luksemburga.
Ciekawe, że nikt nie zwraca uwagi na to, iż oprócz wątpliwości etyczno-profesjonalnych sprawa ta rodzi także wątpliwości prawne. Zacznijmy od tego, że jeżeli władze - w tym również prokuratorskie i sądowe - tolerują przebieranie się policjantów za dziennikarzy w celu spełnienia zadań służbowych, to reguła ta powinna działać także w drugą stronę. Chcę napisać reportaż o nadużyciach w firmie X, więc przychodzę tam z kolegami, przedstawiam się jako kapitan Moszyński z brygady finansowej i robimy im taką rewizję aż miło. A potem oświadczam, że to było tylko na niby, żadnego dochodzenia nie będzie - natomiast na podstawie zarekwirowanych materiałów wysmażę przebojowy reportażyk, który położy nieuczciwą firmę na łopatki. Czym to się różni od schematu operacji przeprowadzonej w przedszkolu w Wasserbillig? Niczym - i nawet cel też szlachetny. Przyznaję, że nie wiem, jak to jest w prawie luksemburskim, ale we francuskim to się nazywa uzurpacją zawodu i kodeks karny przewiduje za to bardzo konkretne sankcje. Niedawno skazano starszego pana, który przebierał się za biskupa i grasował po sanktuarium maryjnym w Lourdes, naciągając naiwnych na datki na wyimaginowane cele kościelne i charytatywne. Oczywiście jego cele były mniej szlachetne, więc dostał kary z innych paragrafów, ale za uzurpację zawodu też.
Dlaczego z tej radosnej historii zrobiła się historia smutna? Bo policji znowu się wydało, iż może robić to, czego prawo zakazuje wszystkim innym, i że w dodatku i tak dostanie za to oklaski w świetle jupiterów. Rzeczywiście, dostała. Rzeczywiście, cieszymy się, że dzieci całe i zdrowe. Ale gorzki smak w ustach jakoś nie mija.

Więcej możesz przeczytać w 26/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0