Liga kapitału

Liga kapitału

Najbogatsi w Europie Środkowej i Wschodniej
Obrotni przedsiębiorcy, wybitni sportowcy, przedsiębiorczy politycy lub - co najczęstsze - powiązani z nimi biznesmeni zajmują najwyższe lokaty w rankingach najbogatszych ludzi Europy Wschodniej i Środkowej. Krezusi tego regionu zamieszkują luksusowe rezydencje, czasami szukają azylu za granicą, a niektórzy z nich siedzą w więzieniu. Dlatego na listach najbogatszych pojawiają się co roku nowe nazwiska. W większości państw Europy Środkowej i Wschodniej najbardziej intratne źródła dochodów zostały już podzielone.

Naszym problemem jest to, że sami nie wiemy, co mamy, jakimi dysponujemy zasobami. Wszyscy rozumieją, że własność jest nietykalna. Ale ile jej jest, gdzie się znajduje i w czyich pozostaje rękach? Tak jak powietrze potrzebna nam jest dzisiaj wielka inwentaryzacja kraju" - stwierdził Władimir Putin w czasie tegorocznej kampanii wyborczej. Wszystkie najbardziej dochodowe gałęzie rosyjskiego przemysłu już przed kilku laty zostały podzielone. Prezydent chciał zrobić wrażenie dobrego gospodarza, który zaprowadzi porządek, wszystko poukłada i sklasyfikuje, a potem sprawi, by cały narodowy kapitał pracował dla dobra wszystkich obywateli.
Grupa najpotężniejszych rosyjskich magnatów finansowych składa się z 20-30 ludzi kontrolujących przedsiębiorstwa kompleksu paliwowo-energetycznego, huty aluminium, zakłady czarnej metalurgii, wydobycie gazu, przemysł chemiczny i łączność. Na listach właścicieli przedsiębiorstw przynoszących największe zyski trudno znaleźć nazwisko człowieka powszechnie uznawanego za najbogatszego Rosjanina. Borys Bieriezowski zawsze działał poprzez ludzi podstawionych, a swoje zyski lokował głównie za granicą. Jego siłę w biznesie wyznaczają wpływy na Kremlu; w powszechnej opinii to Machiavelli rosyjskiej polityki. Swoje sukcesy i majątek zawdzięcza umiejętności wpływania na przywódców. Na "dworze" Borysa Jelcyna uważany był za współczesnego Rasputina, teraz ma się cieszyć przychylnością Władimira Putina. Jeśli okaże się to prawdą, dojdzie do rozszerzenia medialnego i finansowego imperium Bieriezowskiego. Obecnie jego majątek szacowany jest na 3 mld dolarów.
Inny rosyjski milioner, Władimir Gusinski, w ubiegłym tygodniu trafił do więzienia. Prokuratura zarzuca mu zagarnięcie mienia państwowego, narażanie firmy na straty i przekraczanie uprawnień służbowych. Jego kłopoty zaczęły się, gdy przegrał walkę o wpływy w nowym układzie politycznym. Magnat, którego stan posiadania ocenia się na prawie miliard dolarów, stracił już swój bankrutujący bank Most. Pod koniec maja 2000 r. władze uderzyły w jego najczulszy punkt - zamaskowani komandosi z Federalnej Służby Bezpieczeństwa wdarli się do siedziby wielkiego holdingu prasowo-telewizyjnego Media-Most. Pretekstem było rzekome naruszenie przez pracowników firmy ochroniarskiej wchodzącej w skład holdingu tajemnic życia prywatnego osób publicznych. Ale prawdziwa przyczyna kłopotów Gusinskiego tkwi gdzie indziej. W 1999 r. magnat chciał, żeby problem sukcesji po Borysie Jelcynie był omawiany w gronie oligarchów, a nie tylko przez członków "rodziny" (m.in. córkę Tatianę Diaczenko, szefa kremlowskiej administracji i Borysa Bieriezowskiego, z którym Gusinskiego dzieliły nie załatwione porachunki). Gusinskiego jednak nie posłuchano, więc wraz z podległymi mu mediami przeszedł na stronę burmistrza Moskwy Jurija Łużkowa i byłego premiera Jewgienija Primakowa. Ci w polityce przegrali jednak wszystko, a gazety i telewizja NTV Gusinskiego stały się solą w oku gospodarza Kremla.
Inny bogacz współczesnej Rosji, Władimir Potanin, też wpływa na polityków, ale stara się, by było to jak najmniej zauważalne. W rezultacie Potanin nie ma kłopotów z prokuraturą i może spokojnie rozszerzać swoje kapitałowe imperium. Do Potanina należy grupa kapitałowo-przemysłowa Interros, a w jej skład wchodzą koncerny naftowe Sidanko, wielkie przedsiębiorstwa telekomunikacyjne i jedna z "pereł w koronie" magnata - zakłady Norylski Nikiel, największy producent niklu na świecie, gigantyczny kombinat, dla którego jeszcze w Związku Radzieckim zbudowano za kręgiem polarnym prawie półmilionowe miasto. Do ścisłej czołówki rosyjskich krezusów należy także szef monopolistycznego Gazpromu Rem Wiachiriew (jego majątek oceniany jest co najmniej na półtora miliarda dolarów) oraz prezes potężnego Łukoilu Wagit Alekpierow. Dynamicznie zwiększa swój stan posiadania inny ulubieniec Kremla - Roman Abramowicz. Ten przyjaciel Bieriezowskiego, do niedawna znany głównie jako właściciel Sibniefti, przejmuje kontrolę również nad syberyjskimi hutami aluminium. W czołówce utrzymuje się również Michaił Chodorkowski, biznesmen zaliczony kilka lat temu przez czasopismo "Forbes" do piątki najbogatszych Rosjan (obok Bieriezowskiego, Potanina, Gusinskiego i Aleksandra Smolenskiego). Bank Chodorkowskiego Menatep upadł wprawdzie po sierpniowym kryzysie, ale sam magnat niewiele na tym ucierpiał, bo interesy robił już w grupie kapitałowo-przemysłowej Rosprom.
W przeciwieństwie do Rosji rajem dla miliarderów nigdy nie była Białoruś. Pierwsze duże pieniądze białoruscy biznesmeni robili na wykorzystaniu dogodnego położenia geograficznego. Obrotni ludzie stawali się pośrednikami w sprzedaży rosyjskich surowców. Obecnie strefy wpływów są już podzielone, a Moskwa coraz ściślej kontroluje eksport swoich bogactw naturalnych. Dlatego na Białorusi nigdy nie było wielkich fortun. Po dojściu do władzy Aleksandra Łukaszenki wręcz nie przystoi być tam człowiekiem bogatym, toteż nikt już nie afiszuje się ze swoim majątkiem, tak jak to było na początku lat 90. Aleksander Pupiejko, prezes koncernu Pushe, uciekł za granicę, a przedsiębiorca Andrzej Klimow siedzi w więzieniu. Co było przyczyną ich niepowodzenia? Obaj twierdzą, że ich kariera w biznesie zakończyła się, ponieważ wspierali opozycję.
Obecnie wśród czołowych biznesmenów Białorusi wymienia się nazwisko Aleksieja Waganowa, szefa firmy handlującej samochodami OMC Motors i współwłaściciela spółki montującej fordy, oraz Władimira Czyża, dyrektora firmy Trapił, specjalizującej się w produkcji wyrobów z tworzyw sztucznych. Miejscowi dziennikarze zwracają również uwagę na duże wpływy Michaiła Miaśnikowicza, szefa administracji prezydenta. Już od dziesięciu lat jest on szarą eminencją wszystkich rządów. Do czasu objęcia władzy przez Łukaszenkę był pierwszym wicepremierem. Panuje opinia, że ma dobre kontakty w Moskwie. Nikt jednak nie potrafi ocenić jego zasobów finansowych. Na Białorusi nie ma żadnych list "najbogatszych obywateli".
Kto jest najbogatszy na Ukrainie? Na pewno bogatym człowiekiem jest Pawło Łazarenko, premier Ukrainy w latach 1996-1997, o którym prezydent Leonid Kuczma mówi: "To moja największa pomyłka". Były premier siedzi obecnie w areszcie imigracyjnym w San Francisco i czeka na azyl polityczny w USA lub na deportację do Szwajcarii, gdzie jest oskarżony o pranie brudnych pieniędzy. Grozi mu też deportacja na Ukrainę, gdzie prokurator generalny czeka z nakazem aresztu i oskarżeniem o kradzież miliona dolarów z państwowej kasy. Sprawa toczy się już kilka miesięcy, ale były premier nie marnował czasu w areszcie - kupił willę po Eddym Murphym i przekazał prasie oraz amerykańskim politykom informacje, które mogły pomóc MFW w podjęciu decyzji o wstrzymaniu kredytowania Ukrainy. Pawło Łazarenko jest symbolem ukraińskiej gospodarki i polityki pierwszych lat niepodległości. Jako premier brał przez siebie ustalany podatek od wydawanych przez państwo licencji oraz od prywatyzowanych przedsiębiorstw. Pieniądze lokował za granicą.
Połączenie biznesu z polityką jest nadal bardzo silne: 202 z 450 parlamentarzystów to ludzie - jak na ukraińskie warunki - bardzo bogaci. Mają wpływ na tworzenie prawa i podział prywatyzowanego majątku. To głównie dzięki nim powstała większość nie przeciwstawiająca się dzisiaj Leonidowi Kuczmie. Powstała z obawy, że odbędą się przyspieszone wybory. Główni architekci nowego układu w parlamencie to deputowani Aleksander Wołkow, Wiktor Miedwiedczuk i Grigorij Surkis, uważani za ludzi bardzo majętnych. Wołkow zarobił pieniądze na handlu walutą i naftą, Miedwiedczuk (wiceprzewodniczący Rady Najwyższej) i Surkis - na handlu surowcami. Surkis jest właścicielem klubu sportowego Dynamo Kijów. Wiktor Miedwiedczuk zarobił w ubiegłym roku - jak zeznał w deklaracji podatkowej - 1,3 mln hrywien, czyli ok. 240 tys. dolarów. Do majętnych ludzi zalicza się też deputowanego Leonida Krawczuka, byłego prezydenta, związanego z handlem benzyną.
Fortuny na Ukrainie powstały z połączenia polityki i biznesu, jednak zgromadzony kapitał "pracuje" za granicą. Porządkowanie ekonomicznego krajobrazu po okresie pionierskim jest zadaniem bardzo trudnym. Tym bardziej że najbogatsi Ukraińcy (jeden procent społeczeństwa, jak szacują socjologowie) uważają reformy rynkowe i ograniczanie roli państwa w gospodarce za zamach na rodzący się kapitalizm. Ich kapitalizm.
Na Litwie listę najbogatszych ludzi co roku układa i publikuje tygodnik "Veidas". Biznesmenów dzieli on na trzy kategorie: "biali", "szarzy" i "czarni". "Biali" to ci, których majątek jest oszacowany i przejrzysty. "Szarzy" są zapewne bogatsi od "białych", lecz wielkość ich majątku znają tylko oni sami. "Veidas" podkreśla, że choć w szarym biznesie nie ma elementów kryminalnych, najczęściej jest on efektem lawirowania na krawędzi prawa, co wynika ze specyfiki handlu z Rosją. Reprezentantem tej grupy jest na przykład Adolfas Slezevicius, były postkomunistyczny premier. Swoje główne interesy ulokował w Rosji; na Kaukazie próbował natomiast inwestować w przemysł tytoniowy. Slezevicius deklaruje, że nie jest zbyt bogaty, gdyż jego majątek wart jest zaledwie kilka milionów dolarów. "Czarne" majątki powstały w wyniku działań przestępczych - pieniądze pochodzą głównie z przemytu alkoholu i papierosów. Nikt nie potrafi oszacować fortun "czarnych" biznesmenów.
Według tygodnika "Veidas", najbogatszym człowiekiem na Litwie z "białej" grupy jest Bronislovas Lubys, jeden z byłych postkomunistycznych premierów. Jego majątek oceniany jest na 80 mln dolarów. Są to głównie akcje jedynej na Litwie fabryki nawozów sztucznych Achema w Janowie i akcje największego morskiego przewoźnika towarów Klasco. Lubys jeszcze w czasach radzieckich był dyrektorem Achemy, a kiedy ogłoszono prywatyzację bankrutującej fabryki, udało mu się uzyskać kredyt bankowy na zakup większościowego pakietu akcji. W ciągu kilku lat wzmocnił jej pozycję, wykorzystując kontakty w kręgach rządowych - ustalano zaporowe cła na tanie nawozy z byłego ZSRR, dzięki czemu te z Achemy miały zbyt na rynku wewnętrznym. Akcje Klasco zdobył dzięki bliskiej znajomości z byłym premierem Gediminasem Vagnoriusem. Lubys, nie posiadając dużych pieniędzy, niespodziewanie zwyciężył w konkursie na prywatyzację przedsiębiorstwa. Dopiero potem jeden z litewskich banków udzielił mu kredytu na wykup akcji.
Drugi na liście jest Juozas Kazickas, amerykański Litwin, specjalista od telekomunikacji. Kilka lat po odzyskaniu niepodległości przybył na Litwę z amerykańskim kredytem w kieszeni i wraz z litewskimi partnerami założył spółkę, która została pierwszym operatorem sieci GSM. W zeszłym roku sprzedał swój pakiet akcji dwóm skandynawskim spółkom za 50 mln dolarów. Trzeci jest Julius Nedvaras, założyciel i do niedawna główny udziałowiec największego dziś prywatnego banku litewskiego Vilniaus Bankas. Ostrożna polityka kredytowa spowodowała, że zaufanie do niego stale wzrastało. Kiedy w 1996 r. i 1998 r. na Litwie zbankrutowało wiele prywatnych banków, Vilniaus Bankas stał się największą prywatną instytucją fi-nansową. W zeszłym roku Nedvaras sprzedał swoje akcje za 47 mln dolarów zachodnim inwestorom.
Podział na strefy istnieje także na Łotwie. Z "białej" najbogatszy i zarazem najbardziej wpływowy jest były premier Andris Skele. W zeszłym roku sprzedał swoją firmę zachodnim inwestorom za 29 mln łatów, czyli ponad 55 mln dolarów. W sąsiedniej Estonii do najbardziej aktywnych biznesmenów należy m.in. Aadu Lukas, prezes Pakterminalu, firmy z branży paliwowej. Jego majątek szacowany jest na 200 mln dolarów.
O swoim bogactwie niechętnie mówią także Czesi. Jedni twierdzą, że obawiają się ludzkiej zawiści, inni - fiskusa. Złośliwi dodają, że również prokuratury. "Nikomu nie mówię, ile mam. W Czechach się tego nie robi" - twierdzi Ivo Lukaćović, jeden z najbogatszych czeskich biznesmenów młodego pokolenia, "cudowne dziecko Internetu". Trudno się zresztą dziwić - jeżeli wierzyć badaniom opinii publicznej, ponad 50 proc. Czechów uważa ludzi bogatych za złodziei i oszustów. Socjolodzy przyznają, że niechęć wobec bogaczy ma głębokie korzenie w komunistycznym egalitaryzmie i dzikiej prywatyzacji początku lat 90. Stosunek społeczeństwa do najbogatszych powoli się jednak zmienia. Ludzie, którzy bezpośrednio po 1989 r. dorobili się olbrzymich fortun na prywatyzacji i bulwersowali opinię publiczną przepychem, dzisiaj ustępują miejsca nowej, skromniejszej i mniej kontrowersyjnej generacji miliarderów.
Do nich należy medialny magnat Martin Kratochvil. Były muzyk jazzowy i doktor filozofii ma dziś 53 lata. Jest założycielem i współwłaścicielem multimedialnego holdingu Bonton. Jego firma kontroluje też wydawnictwo Albatros i sieć kin Galaxie. Roczne obroty Bontonu sięgają 1,5 mld koron, czyli ok. 40 mln dolarów. Kratochvil jest założycielem klubu czeskich milionerów Golem. Jednym z najbogatszych ludzi nad Wełtawą jest też z pewnością Antonin Charouz.
45-letni były kierowca rajdowy jest współwłaścicielem holdingu Charouz i firm automobilowych Ford Charouz oraz ABA. Jego majątek amerykański magazyn "Forbes" przed trzema laty oszacował na ok. 5 mld koron (132 mln dolarów). Do grona czeskich miliarderów dołączył ostatnio 27-letni Milan Kozisek. Jego firma AngloUgandian Corporation, której jest większościowym udziałowcem, ma licencję na wydobycie złota w afrykańskiej Ugandzie. Czeskie media oceniają jego majątek na kilka miliardów koron. Na długiej (liczącej prawdopodobnie ponad 50 nazwisk) liście czeskich miliarderów znalazł się też 30-letni Karol Komarek. Rodzinna firma Komarków przyciągnęła uwagę czeskich mediów po tym, jak jesienią ubiegłego roku sprzedała połowę swoich udziałów w firmie dystrybuującej gaz SPP Bohemia niemieckiemu potentatowi Ruhrgas. Wysokość transakcji nie jest znana, nieoficjalnie ocenia się ją na kilka miliardów koron.
Mgłą tajemnicy osnute są także fortuny najbogatszych Słowaków. Według szacunkowych danych, na Słowacji żyje dziś 36 osób, których majątek przekracza miliard koron (ok. 23 mln dolarów), i ok. 160 posiadających milion koron (3,6 mln dolarów). Do najbogatszych ludzi w kraju należą m.in. właściciel holdingu przemysłowo-handlowego Sipox Jozef Majsky, właściciel firmy leasingowej Drukos Frantissek Mojzis oraz współwłaściciele zakładów celulozowych SCP Rużomberok Ladislav Kamaras i Ladislav Krajniak. Po 1995 r., kiedy władzę po raz trzeci objął Vladimir Meciar, olbrzymich fortun - głównie dzięki protekcjonistycznej prywatyzacji - dorobili się również ludzie związani z ówczesną ekipą rządzącą. Do grona miliarderów dołączyli w tym czasie na przykład Alexander Rezes, były minister gospodarki, właściciel koszyckiej huty VSZ, a także Vladimir Poor, działacz Ruchu na rzecz Demokratycznej Słowacji (HZDS), do niedawna współwłaściciel rafinerii Nafta Gbeli. Słowackie media wśród najbogatszych ludzi w kraju wymieniają też byłego szefa tajnej służby (SIS) Ivana Lexę oraz ekspremiera Vladimira Meciara. Były premier zaprzecza pogłoskom o swoim bogactwie. Jak twierdzi, za swoich rządów dorobił się jedynie opla corsy, a na luksusową willę, w której mieszka, dostał pożyczkę z zagranicy. Z podobnego źródła mają też pochodzić pieniądze inwestowane przez jego rodzinę w luksusowe nieruchomości.
Kryzys, jaki w ostatnich dwóch latach przeżywa słowacka gospodarka, nie sprzyja tworzeniu wielkich fortun. Spuścizna po rządach Meciara zmusza obecną ekipę rządzącą Mikulasa Dzurindy do "zaciskania pasa". Ograniczenia wydatków inwestycyjnych i drastyczne podwyżki cen, powodujące osłabienie popytu na krajowym rynku, wpływają na pogorszenie koniunktury gospodarczej. Tworzeniu wielkich fortun nie sprzyja też zmiana polityki prywatyza-cyjnej. Preferowany przez Meciara krajowy kapitał musi w przeddzień prywatyzacji najbardziej lukratywnych przedsiębiorstw państwowych ustąpić miejsca strategicznym inwestorom zagranicznym.
Bardziej stabilna sytuacja panuje na Węgrzech. Od kilku lat za jednego z najmajętniejszych Węgrów uchodzi niezmiennie Gábor Várszegi, założyciel firmy Fotex. Początkowo zajmowała się ona usługami i sprzedażą sprzętu fotograficznego, z czasem zbudowała kilka wielkich sieci handlowych i usługowych. Ubiegłoroczne obroty holdingu sięgnęły 48 mld forintów (ok. 190 mln dolarów). Várszegi od pewnego czasu pozostaje w cieniu i nie angażuje się w bezpośrednie kierowanie holdingiem, choć nadal jest głównym udziałowcem (48 proc.) i ma niewątpliwy wpływ na decyzje strategiczne. Na początku tego roku poparł pomysł większego zaangażowania Fotexu w biznes internetowy. Obecnie większość czasu spędza w Holandii, a jego wielką pasją stała się piłka nożna. Do Várszegiego należy pierwszoligowa drużyna MTK z Budapesztu. Próbował też szczęścia, kupując udziały w belgijskiej drużynie Verbroedering Geel, do której wprowadził węgierskich piłkarzy. Po krótkim okresie gry w ekstraklasie klub spadł do drugiej ligi. Do ścisłego grona ludzi sukcesu na Węgrzech należy także István Tamás, właściciel Dunaholding, konglomeratu kilkunastu przedsięwzięć, głównie handlowych. Tamás pozostawił zarządzanie grupie menedżerów, sam poświęcił się kierowaniu założoną przez siebie szkołą biznesu.
Za najskuteczniejszego przemysłowca i menedżera na Węgrzech uchodzi Gábor Széles. Ten informatyk zaczynał karierę jako szef małej firmy komputerowej Müszertechnika. Później przejął kontrolę nad upadającą fabryką sprzętu elektronicznego Videoton, która pod jego kierownictwem stała się najpoważniejszą firmą branży informatycznej na Węgrzech. Tej samej sztuki spróbował Széles, przejmując w 1997 r. kontrolę nad fabryką autobusów Ikarus, wówczas stojącą na skraju bankructwa. Dziś jej wyniki są znacznie lepsze, a współpraca z Volvo pozwoliła na szybkie unowocześnienie linii produkcyjnej. Gábor Széles jest przewodniczącym wpływowego Krajowego Związku Przemysłowców i Pracodawców.
W sąsiedniej Rumunii natomiast dynamicznie rozwijają się firmy komputerowe, które zgromadziły najpotężniejszy kapitał i odnotowują największe obroty. Właścicielami dwóch uważanych za najprężniejsze są Mircea Boldea i Silviu Chelaru.
Czasy bogatych Bułgarów, którzy demonstrowali swoją zamożność i zrzeszali się w elitarnych klubach, przeszły do historii w 1997 r. wraz z dojściem do władzy centroprawicowego rządu Iwana Kostowa. Banki upadły, skończyło się embargo na handel z Jugosławią, na naruszaniu którego wzbogacili się liczni bohaterowie pierwszej połowy lat 90. Nowa władza zmusiła do zlikwidowania biznesu i wyjazdu z Bułgarii tych, których podejrzewała o powiązania ze strukturami przestępczości zorganizowanej. Cicho, z dala od opinii publicznej żyje dawny szef pierwszego banku prywatnego Walentin Mołłow, który na początku lat 90. uchodził za symbol kapitalisty i człowieka sukcesu. Sprawa jego upadłego banku jest w sądzie. Właściciel potężnego holdingu Mułtigrup Ilja Pawłow nie prowadzi już energetycznych interesów z Rosją; próbował się zajmować turystyką, lecz zrezygnował i kończy prowadzenie biznesu w Bułgarii. Jego rodzina od lat mieszka w USA.
Człowiekiem, którego bogactwo nie zależy od koniunktury politycznej, jest piłkarz Christo Stoiczkow. Prawie przez dziesięć lat zarabiał miliony dolarów w Barcelonie, a wiosną tego roku podpisał kontrakt z amerykańską drużyną piłkarską Chicago za ponad 350 tys. dolarów miesięcznie, co czyni go jednym z najbogatszych Bułgarów. Do bogatych sportowców, którzy grali na Zachodzie, należy również piłkarz Lubosław Panew, który prowadzi także rozległe interesy w Bułgarii. Do czołówki bogatych Bułgarów zaliczają się też siostry Malejewy, tenisistki, chociaż ostatnio więcej mówi się o ich matce, posłance Julii Berberian, która sprzedała władzom Sofii piętnaście mieszkań i otrzymała w zamian rozległy teren w najlepszym parku stołecznym. Tam ma powstać jej szkoła tenisowa.
Za bogatych obecnie w Bułgarii uważa się jednak przede wszystkim polityków. To oni zaraz po dojściu do władzy budują luksusowe mieszkania i wysyłają dzieci na naukę za granicę. "Nie ma ani jednej transakcji prywatyzacyjnej, w której nie brałby udziału poseł (rządzącego) Związku Sił Demokratycznych" - stwierdził Bogomił Banew, były minister spraw wewnętrznych, w wywiadzie dla dziennika "24 czasa".


Więcej możesz przeczytać w 26/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0