Eurolabirynt

Eurolabirynt

Dodano:   /  Zmieniono: 
Gdy ostatnio Komisja Europejska rozpoczęła konferencję prasową od prezentacji swojego najnowszego osiągnięcia, czyli współfinansowanego przez Unię Europejską projektu samochodu jeżdżącego bez benzyny, dziennikarze zaprotestowali
Szef stowarzyszenia brukselskich korespondentów wstał i zażądał przerwania pokazu. Dziennikarze przychodzą na spotkania organizowane przez komisję, żeby pracować, a nie wysłuchiwać wystąpień promocyjnych - stwierdził. Rzeczniczka komisarza ds. nauki Andrea Dahmen i reprezentant potężnej firmy samochodowej posłusznie opuścili salę. Po ich wyjściu konferencja potoczyła się normalnym trybem.
Bez wątpienia Unia Europejska chciałaby, aby rozbudowane biuro prasowe stało się miejscem, w którym można uprawiać coś w rodzaju propagandy sukcesu. Dysponuje całkiem potężnym narzędziem, bo na konferencje organizowane przez Komisję Europejską przychodzi codziennie nawet kilkuset dziennikarzy, jednak wpadki takie jak ta z samochodem zdarzają się rzadko. Wprawdzie ociężałość struktur europejskich jest już przysłowiowa, ale z mediami unia radzi sobie nieźle. Jej biuro prasowe to dość rzetelnie i sprawnie funkcjonująca machina. Przejrzystość, czyli "transparencja", to słowo chętnie używane przez szefa Komisji Europejskiej Romano Prodiego. Niedawno powstała nawet strona internetowa zawierająca korespondencję przewodniczącego. Z wyjątkiem tych listów... na których publikację nadawca lub odbiorca nie wyrażą zgody. Takie postępowanie jest typowe dla unijnego aparatu, działającego według zasady: informacji dostarczamy dużo i chętnie, ale jeśli nie chcemy, kurek z informacją jest dobrze zakręcony.
Jeden z elementów brukselskiego stylu pracy to bycie na ty z rzecznikami poszczególnych komisarzy. Jego zaletą jest to, że dziennikarzom i rzecznikom łatwiej rozmawiać. Wadą może być to, że nawet mimo woli temperatura dyskusji spada, gdy atmo-sfera jest familijna. Kontakty towarzyskie nie mają jednak wpływu na ton relacji dziennikarskich z Brukseli.
Unijni rzecznicy są o wiele bardziej dostępni niż rzecznicy polskich partii czy rządu. Zaraz po objęciu funkcji szefa Komisji Europejskiej Romano Prodi rozważał możliwość ulokowania rzeczników w siedzibach poszczególnych komisarzy. Próba zakończyła się niepowodzeniem. Pozostali w budynku przy ulicy Belliard. Zwyciężyła koncepcja wspólnego sztabu rzeczników, którym dzięki codziennym kontaktom łatwiej mówić jednym głosem. O ich jedność dba się na codziennych porannych spotkaniach. W południe mają już stanowić zwarty zespół, gotowy odpowiadać na wszystkie pytania. Numery telefonów komórkowych do dwudziestu pięciu rzeczników komisji podano do publicznej wiadomości zaraz po ich nominacjach. Ich telefony są zazwyczaj włączone.
Do podstawowych praw akredytowanych w Brukseli dziennikarzy należy możliwość otrzymania odpowiedzi na pytanie. Zdarza się nawet, że rzecznik oddzwania wieczorem, przepraszając, iż kontaktuje się tak późno, ale wcześniej uniemożliwiały mu to ważne zajęcia służbowe. W gorących okresach rzecznicy odbierają nawet kilkadziesiąt telefonów na godzinę. Nie jest też niczym dziwnym, że poirytowany dziennikarz, który mimo wszystko informacji nie otrzymał, pyta na konferencji o powody zwłoki. Oczywiście zdarza się również, że odpowiedź - jeśli zależy na tym komisji - składa się głównie z ozdobników i jest pozbawiona treści. Przedstawiciele mediów nie muszą czekać na konferencję prasową, by porozmawiać z rzecznikiem. Mogą wjechać na szóste piętro budynku przy ulicy Belliard i po prostu zapukać do jego drzwi. Jeśli akurat nie je obiadu, co w unii zajmuje nawet do trzech godzin, i nie ma ważnych spotkań, sekretarka bez problemu przepuszcza przez próg gabinetu.
Polityka informacyjna ma jednak swoje prawa. Wprawdzie każdy może się kontaktować z rzecznikami, ale unia ma swoich ulubieńców. Do gazet czytanych przed wszystkimi innymi należy "Financial Times". I tak też się składa, że korespondentom tego dziennika najszybciej udaje się uzyskać dostęp do informacji. Jedna z poprzednich rzeczniczek nie ukrywała nawet, że najpierw wykręcała numer "Financial Times", a dopiero potem dzwoniła do innych mediów. Dziennikarska elita jest na ty nie tylko z rzecznikami, ale i z komisarzami. Jadają z nimi kolacje i bywają w ich domach. Znaczenie dziennikarza mierzy się przede wszystkim skutecznością środka przekazu, jaki reprezentuje.
Kolejne niepisane prawo polityki informacyjnej Unii Europejskiej obala mit o ponadnarodowym charakterze Komisji Europejskiej. Z reguły oprócz najbardziej prestiżowych czasopism komisarze najchętniej czytają prasę z rodzinnego kraju. Desygnowani przez rządy poszczególnych państw brukselscy urzędnicy mają być od nich niezależni i działać w interesie całej unii. Tak się jednak składa, że informacje dotyczące działalności zajmującego się stosunkami zagranicznymi wspólnoty Chrisa Pattena najczęściej pojawiają się w gazetach brytyjskich, a wiadomości związane z konferencją międzyrządową, za którą odpowiada francuski komisarz Michel Barnier - w mediach francuskich. Nie można też jedynie popularnością tłumaczyć wzrostu liczby wywiadów, jakich komisarz Günther Verheugen udziela niemieckojęzycznym mediom. Powodów takiego zachowania jest wiele, od najprostszych - jak bliskość językowa i dawne znajomości, po takie jak świadomość komisarzy, że po zakończeniu pięcioletniego mandatu dalsza kariera będzie najprawdopodobniej związana z rodzinnym krajem.
Na wybór języka przekazów medialnych wpływa też brak czasu. Dziennikarz nie ma możliwości wzięcia udziału w kilkunastu konferencjach prasowych odbywających się po posiedzeniach rady, w których biorą udział wszyscy ministrowie piętnastki. Korespondenci wybierają więc swojego ministra oraz jednego lub dwóch z najbardziej liczących się krajów. Stanowiska poszczególnych krajów można poznać dopiero po przejrzeniu wiadomości agencyjnych i prasy unijnej, ale wtedy informacji tych nie da się już sprzedać jako newsa.
Do nie znanych w Polsce, a z upodobaniem stosowanych przez Unię Europejską wynalazków należy system wypowiedzi on i off. W sali wypełnionej po brzegi dziennikarzami przedstawiciel unii potrafi przerwać wypowiedź i oznajmić, że dalsza część jego wystąpienia może być cytowana jedynie jako źródła zbliżone do komisji. Albo nawet bez komisyjnych źródeł. Media na ogół posłusznie pomijają nazwisko, bo tylko tak mają szansę uzyskać obszerniejszą informację. System ten jest także rozpowszechniony wśród urzędników komisji, nawet tych najwyższego szczebla. Obecnie - ponieważ od roku południowe konferencje są emitowane zazwyczaj przez jeden z kanałów prywatnej telewizji - system wypowiedzi "off" przeniesiono do kuluarów albo organizuje się specjalne spotkania, już bez kamer. Z podobnego sposobu korzysta też druga wielka instytucja mająca siedzibę w Brukseli - NATO.
O sprawach dla unii przykrych nie mówi się w Brukseli chętnie. Kiedy ostatnio komisarz Chris Patten postanowił usprawnić system przyznawania pieniędzy na pomoc humanitarną i rozwój biednych krajów, rzecznik komisarza służył obszernymi informacjami na ten temat. Nie przypominał sobie natomiast konkretnych przykładów, takich jak dwieście milionów euro obiecanych dwa lata temu i nadal nie wysłanych ofiarom huraganu Mitch, czy siedem milionów euro obiecanych tybetańskim pasterzom ponad dziewięć lat temu.
Charakterystyczną cechą polityki informacyjnej unii są tony zadrukowanego papieru. Unijne komunikaty to zmora dziennikarzy, którzy zbierają je na wszelki wypadek. W ich mieszkaniach i biurach piętrzą się więc stosy nie przejrzanych dokumentów. Każdego dnia drukuje się od kilku do kilkunastu komunikatów - każdy tłumaczony jest przynajmniej na dwa języki. Do tego dochodzą ewentualne przemówienia komisarzy, badania statystyczne i raporty. Unia Europejska chętnie sięga po Internet, publikując w nim ważniejsze informacje i rozsyłając odpowiedzi na pytania. Wyjątkowo aktywny w informowaniu za pośrednictwem sieci o własnych działaniach jest Wysoki Reprezentant Unii ds. Polityki Zewnętrznej i Bezpieczeństwa Javier Solana.
Wyposażenie techniczne sal prasowych, w których pracują dziennikarze, nie jest rewelacyjne. Ponieważ przedstawicieli prasy przybywa, miejsca jest coraz mniej. W pomieszczeniach w siedzibie komisji są telefony z wyjściem na Brukselę, nie ma jednak ani komputerów, ani okien. Polskich fotografów dziwił na przykład fakt, że nie ma w wyposażeniu unijnych instytucji skanera do negatywów, udostępnianego na niektórych imprezach w Polsce.
Dla dziennikarza przyjeżdżającego do Brukseli zaskoczeniem jest liczba informacji przekazywanych przez unię. To dlatego największe media przysyłają tu nawet pięciu, sześciu dziennikarzy. Nie mając kontaktów nie tylko z urzędnikami, ale i z organizacjami lobbystycznymi, trudno się orientować we wszystkim. To, co dociera do Polski, jest zaledwie wąskim strumykiem, dotyczącym głównie rozszerzenia unii. Unijnego języka właściwie nikt już specjalnie nie pró-buje zmieniać, a dziennikarze raczej starają się, aby się nie zarazić unijną stylistyką. Uczenie się Unii Europejskiej to wyszukiwanie informacji ważnych z powodzi komunikatów i nawiązywanie kontaktów. Już pierwszego dnia można się przekonać, że nie jest łatwo. Chcąc się udać do sali prasowej, trzeba zjechać z holu w dół na czwarte piętro. Wracając z podziemi na powierzchnię, musimy nacisnąć w windzie przycisk z liczbą pięć. Nierozważnie naciskając "parter", zjedziemy w unijne kazamaty, gdzie łatwo można się zgubić w pozbawionych okien korytarzach.

Więcej możesz przeczytać w 27/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0