Okopy Europy

Okopy Europy

Dodano: 
Niemożliwe stało się realne. Niemieckie i austriackie firmy nie wytrzymują konkurencji z przygranicznymi przedsiębiorstwami z krajów byłego bloku sowieckiego
Niemieckie firmy na pograniczu nie wytrzymują konkurencji z polskimi 

Unia Europejska zdecydowała więc, że niemieckie i austriackie przedsiębiorstwa z regionów graniczących z Polską, Czechami, Słowenią, Słowacją i Węgrami otrzymają specjalną pomoc, czyli dotacje. Urzędnicy z Brukseli chcą więc usankcjonować dumping. Jak to się ma do oskarżania Polski o stosowanie dumpingu w eksporcie węgla i stali? Czy bariery celne mają zostać zastąpione dotacjami, chroniącymi niemieckie i austriackie firmy, w których koszty pracy sięgnęły granic absurdu? Czy na tym ma polegać otwarcie unii na nowe kraje członkowskie?
To, co w Polsce uważa się za dumping i wynoszone jest na sztandary eurosceptyków, jest unijnym standardem. Jan Krzysztof Bielecki, były premier, uważa, że chodzi tu przede wszystkim o poprawienie nastrojów w Niemczech i Austrii w związku ze zbliżającymi się głosowaniami w kwestii rozszerzenia granic Unii Europejskiej. Przypomina, że podobnej "pomocy" udzieliła Bruksela Włochom i Francuzom cztery lata przed przyjęciem do unii państw śródziemnomorskich - Grecji, Hiszpanii i Portugalii. Nie zmienia to faktu, że dla polskich firm przy granicy z Niemcami może to być trudny okres.

(Nie)uczciwa konkurencja
Jeśli dotacje sięgną setek milionów dolarów, a na to się zanosi, firmy w niemieckich powiatach nad Odrą i Nysą Łużycką sztucznie się wzmocnią, poprawią konkurencyjność. Ten mechanizm od kilkudziesięciu lat obowiązuje w unijnym rolnictwie i uniemożliwia zreformowanie tego sektora. Jednocześnie produkty unii konkurują w nieuczciwy sposób na rynkach trzecich, co jest przyczyną nie kończących się konfliktów z liberalnymi członkami WTO (Światowej Organizacji Handlu), na przykład Stanami Zjednoczonymi, Australią czy Nową Zelandią. Polscy przedsiębiorcy zgodnie uważają, że jest to sprzeczne z deklarowanym przez unię liberalizmem gospodarczym. - Jest to cios wymierzony w polskie firmy i krok do tyłu w rozmowach o otwarciu granic - ocenia Antoni Rutka, wiceprzewodniczący zarządu Organizacji Pracodawców Regionu Zielonogórskiego. Sztuczne wzmocnienie niemieckich rywali będzie oznaczać upadek wielu z nich.
- Tak naprawdę pomoc dla firm ze wschodnich landów nie jest niczym nowym. Małe niemieckie przedsiębiorstwa uzyskiwały wsparcie przy zakupach nieruchomości, mają możliwość korzystania z tanich kredytów czy ulg podatkowych - mówi Andrzej Dębowski, dyrektor Departamentu Polityki Regionalnej Urzędu Marszałkowskiego w Zielonej Górze. Tę przewagę udawało się po polskiej stronie równoważyć - co paradoksalne - dzięki wyższej niż w byłej NRD wydajności pracy i większej solidności polskiego pracownika. - Dziś nikt z drugiej strony granicy nie leczy zębów w Polsce tylko dlatego, że jest tanio, ale także dlatego, że jest to usługa wykonana dobrze. Niemcy kupują polski chleb i bułki dlatego, że są smaczne. Jeśli więc czytam: "Niemcy boją się polskiej konkurencji", to oznacza, że boją się konkurencyjnej jakości naszych towarów i tego, że konsumenci są zainteresowani dobrymi polskimi usługami. Oznacza to, że z naszą gospodarką nie jest tak źle - mówi dyrektor Dębowski.

Polak potrafi
W województwie lubuskim zarejestrowanych jest prawie 82 tys. firm, z czego ok. 1760 z udziałem kapitału zagranicznego. Większość to małe przedsiębiorstwa, zatrudniające mniej niż pięć osób (średnio dwóch pracowników). Na rynek niemiecki kierują one ok. 70 proc. wytwarzanych przez siebie produktów i usług. Najważniejszymi towarami eksportowymi w regionie (według danych Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową) są meble i wyroby stolarskie, odzież i bielizna osobista, kable i przewody. Dzięki stosunkowo niskim kosztom pracy i konkurencji na rynku pracy (bezrobocie w regionie wynosi 18,7 proc.) firmy te mogą egzystować.
Niemieccy wytwórcy chętnie powierzają polskim firmom wykonanie najbardziej pracochłonnych zleceń. To w polskich przygranicznych gminach, a nie w byłej NRD (bezrobocie jest tam większe niż u nas, a płace tylko o 15 proc. niższe niż na zachodzie Niemiec), składa się na przykład ręcznie dziesiątki milionów długopisów. Lusatia Noble Mode z Żar (woj. lubuskie) żyje przede wszystkim ze zleceń na szycie odzieży z powierzonych materiałów od jednego z niemieckich potentatów. Między innymi ze względu na niższe koszty wytwarzania Hart - SM z Żar sprzedaje rocznie w Niemczech wyroby ze szkła hartowanego o wartości ponad 3 mln zł. To m.in. dzięki niższej cenie pracy coraz lepiej ma się żarski Kronpol, jedna z większych w Europie wytwórni płyt wiórowych.
Mieszkańcy Słubic, które od Frankfurtu dzieli jedynie Odra, w dużej mierze żyją dzięki niemieckim klientom. Mimo iż okres prosperity, który zaczął się wraz z otwarciem granic, ma się ku końcowi, wciąż liczba sklepów z alkoholem i papierosami, zakładów fryzjerskich, gabinetów stomatologicznych, kwiaciarni czy drobnych zakładów rzemieślniczych kilkakrotnie przekracza tam średnią krajową. Strzyżenie w zakładzie dla mężczyzn kosztuje w Słubicach 6 DM, we Frankfurcie - minimum 20 DM. Nic dziwnego, że zakładów fryzjerskich jest w Słubicach około trzydziestu. - W najlepszych czasach było tu 50 fryzjerów, podczas gdy na potrzeby miasta wystarczyłoby pięciu - wspomina Edward Chiliński, starosta powiatu słubickiego. Ułatwienia w przekraczaniu granicy (na podstawie dowodu) sprawiają, że Niemcy mogą bez przeszkód kupować i zamawiać u nas na przykład konstrukcje schodów, ogrodzenia czy parkiety. Dzięki temu polskie firmy handlowe i wytwórcze mają się dobrze. Mimo podwyżek cen benzyny, nadal nieźle funkcjonują polskie stacje benzynowe. W liczącym około tysiąca mieszkańców Przewozie o niemieckich klientów zabiegają aż cztery punkty sprzedaży paliw.

Drang nach Westen
Czasy, gdy Niemcy tłumnie przekraczali granicę, aby zrobić zakupy na polskich targowiskach, dawno minęły. Wielkie targowiska w okolicach Zgorzelca, Przewozu, Łęknicy, Gubina i Słubic zmniejszyły obroty o kilkadziesiąt procent. Mimo to goście zza granicy nadal kupują w Polsce, czynią to jednak w nowocześniejszych (ale nadal tańszych) sklepach i hipermarketach, w tym w placówkach należących do Niemców. W Zgorzelcu powodzeniem cieszy się otwarty w tym roku Real, do którego doprowadzono specjalną transgraniczną linię autobusową. Około 20 proc. klientów stanowią Niemcy. Najchętniej kupują nasze jogurty, mięso, ryby, sery, a także kasety i płyty CD. Polski Real wystawił po niemieckiej stronie swoje bill-boardy i wykupuje ogłoszenia w niemieckiej prasie. Część zatrudnionych tam sprzedawców mówi po niemiecku.
- Już dziś ceny detaliczne w Polsce i w Niemczech niewiele się różnią - zauważa prof. Jan Winiecki, wykładowca uniwersytetu Viadrina we Frankfurcie. - Polscy przedsiębiorcy muszą zrozumieć, że już niebawem nie będą w stanie konkurować z niemieckimi firmami tylko zdecydowanie niższą ceną pracy i niższymi cenami - ostrzega Jan Krzysztof Bielecki. Ostatnia decyzja UE znacznie przyspiesza ów czarny dla wielu firm z Polski scenariusz.
- Skończyły się czasy, gdy w Polsce kupowali niemal wszyscy Niemcy. Teraz robią to głównie biedniejsi. Bogatsi się krępują - uważa Andrzej Dębowski. - Konkurencja cenowa powoli się kończy, przede wszystkim z powodu chciwości polskiego fiskusa, problemów finansowych polskich firm, ich niedostatków technologicznych i kadrowych - mówi Antoni Rutka.
To sprawia, że Polacy coraz częściej jeżdżą na tańsze (po odliczeniu podatku VAT) zakupy do Niemiec. W Görlitz są dwa centra handlowe stworzone głównie z myślą o naszych rodakach. Funkcjonują w nich na przykład tanie hipermarkety Aldi i Marktkauf oraz sklep dla majsterkowiczów Hornbach. - Polacy stanowią 10-20 proc. naszych klientów - mówi Eckehard Pifko, dyrektor Markt-kaufu. W jego sklepie można płacić również polską walutą. Oba centra połączone są z Polską specjalnymi liniami autobusowymi obsługiwanymi przez dwie firmy - niemiecką i polską. Polacy kupują w Görlitz sprzęt sportowy, wyroby AGD i RTV, piwo i mocne alkohole, chipsy, słodycze, soki owocowe, margarynę, olej, warzywa oraz owoce w puszkach. - Do Niemiec jeździmy głównie po ubrania i obuwie. W trakcie promocji i wyprzedaży ceny są znacznie niższe niż w Polsce - przekonuje Małgorzata Sanetra, mieszkanka Zgorzelca.

Leczenie rynkiem
- Dotowanie niemieckich przedsiębiorców oznacza nierówne szanse rozwoju i konkurowania i niweczy szanse handlu przygranicznego, gdyż nie sprzyja to swobodnej wymianie towarów i usług - uważa Antoni Rutka. Prof. Winiecki jednak jest przekonany, że dotacje nie będą miały wielu niekorzystnych dla Polski skutków. Darowane pieniądze są przecież zwykle marnowane.
Polska nie powinna liczyć wyłącznie na niekompetencję unijnych urzędników. - Musimy się starać o możliwie szybkie wejście do UE, gdyż tylko w ten sposób będziemy mogli się bronić przed przejawami wewnątrz-unijnego protekcjonizmu - uważa Andrzej Dębowski. - Przyszłością polskiego pogranicza może być np. rekreacja - mówi Antoni Rutka. Województwo lubuskie coraz częściej zresztą korzysta z tej szansy - na Expo 2000 ma na przykład własną ekspozycję. - Szansą dla Słubic jest bliskość aglomeracji berlińskiej. Naszym największym atutem są lasy, zdrowe powietrze, trasy rowerowe i konne. Pokażmy Niemcom prymitywną naturę, ale i usługi na najwyższym poziomie - radzi starosta Chiliński.
Przed unijnym protekcjonizmem najskuteczniej możemy się obronić, liberalizując gospodarkę, obniżając podatki, ograniczając wydatki socjalne. Możemy dzięki temu zyskać przewagę, której nie zniwelują nawet wysokie dopłaty z unijnej kasy.
Okładka tygodnika WPROST: 28/2000
Więcej możesz przeczytać w 28/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0