Chorzy na wiadomości

Chorzy na wiadomości

Dodano:   /  Zmieniono: 
Tysięczne wydanie "Faktów"
Nieudane, zbyt sensacyjne i za bardzo lokalne - tak w październiku 1997 r. mówiono o startujących "Faktach". Dziś przez wielu uznawane są za najciekawszy i najbardziej dynamiczny program informacyjny w Polsce. Jedyny, któremu do tej pory udało się przełamać monopol publicznych "Wiadomości". Dlaczego? Bo robią go ludzie "chorzy na newsy". - Nie byłoby "Faktów" bez TVN, ale dziś nie ma TVN bez "Faktów" - uważa Edward Miszczak, dyrektor programowy TVN.

Godzina 9:30, poranne kolegium tysięcznego wydania "Faktów". Na razie spokój. W powietrzu nie ma jeszcze tego napięcia, które przyjdzie pod wieczór. Swobodna rozmowa o tematach: strajk kolejarzy, zachorowania na grypę, stan zdrowia prezydenta Słowacji. - Dwa lata temu była to jedna z najbardziej nerwowych redakcji w Polsce. Dziś, jak sądzę, należy do najspokojniejszych. Rozumiemy się niemal bez słów: dokładnie wiemy, co jest newsem i jak go sprzedać - mówi Tomasz Lis, prowadzący i wydawca programu.
Ramówka wydania, ustalana koło południa, o dziewiętnastej bywa nieaktualna. - W ciągu dnia pojawia się sześć, siedem nowych tematów. Niektóre przygotowywane są w ostatniej chwili. Reporterów jest niewielu, więc najwyżej jeden temat może się okazać niewypałem - mówią wydawcy. Bywa, że na antenie prowadzący celowo przedłuża swój komentarz, bo reporter potrzebuje jeszcze dziesięciu sekund na dostarczenie kasety do studia.
Ludzie "Faktów" znani są z tego, że dla stacji daliby się pokroić. Są opętani wizją programu idealnego. Jeśli w materiale potrzebna jest wypowiedź mężczyzny, który siedział w jednej ławce z papieżem, to reporter musi go znaleźć w kilka godzin.
Zespół reporterski "Faktów" liczy tylko czternaście osób, ekipa "Wiadomości" - 55. - Byliśmy jak pionierzy podbijający Dziki Zachód. Dziś działamy jak ustabilizowana demokracja amerykańska - śmieje się Tomasz Sekielski, reporter.
- Od początku wysoko podniesiono nam poprzeczkę, co było stresujące, ale jednocześnie bardzo dopingowało - opowiadają dziennikarze. Podczas nagrań próbnych przy odliczaniu sekund pozostałych do wejścia na wizję każdemu chodziły ciarki po plecach. - Pierwsze "Fakty" to była prowizorka: potknięcia techniczne i nieporadność warsztatowa. Ciągle nam wtedy brakowało czasu. Uczyliśmy się razem z operatorami i kamerzystami. Dotarliśmy się dopiero po roku - dodaje Grzegorz Kajdanowicz, reporter.
Ale materiały tworzone są od samego początku według żelaznej zasady "każdy jest minihistorią ze wstępem, rozwinięciem i puentą". Ważne jest tempo i dramaturgia. Słowo musi wspomagać obraz. - Po co mówić: "W południe zawyły w Poznaniu syreny", jeśli to słychać. Można powiedzieć: "Poznań, godzina dwunasta" - tłumaczy Grzegorz Jędrzejowski, współwydawca. Według niego, idealny materiał to taki, którego nie można zrozumieć bez patrzenia w ekran. Jeśli odwrócony tyłem do telewizora widz wie, o co chodzi w informacji, to znaczy, że relacja nie spełnia wymogów "Faktów".
Być albo nie być serwisu informacyjnego - to dziennikarska bomba i relacje na żywo. Reporter i kamerzysta "Faktów" nie wahają się czekać do trzeciej w nocy pod kancelarią premiera, by nakręcić pięciosekundowe ujęcie, jak szef rządu wychodzi i wsiada do samochodu. Może takich zdjęć nie będzie mieć konkurencja? - Widz musi wiedzieć, że jesteśmy w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu - tłumaczy Marcin Pawłowski. Zapowiada, że w prowadzonych przez niego wydaniach weekendowych będzie więcej ubarwiających program relacji na żywo. Często z jedenastu materiałów w pamięć zapada właśnie komentarz na gorąco. Tomasz Sianecki wspomina relację ze stadionu warszawskiej Legii: - Zacząłem dosłownie znikać z ekranu! Każdy z kibiców chciał się pokazać w telewizji. W pewnej chwili zaczęli się na mnie kłaść. Kiedy już mnie prawie nie było widać, powiedziałem widzom: "Przepraszam bardzo, ale muszę kończyć połączenie".
Cały zespół "Faktów" na długo zapamięta wydanie z Izraela transmitowane z dachu jednej z jerozolimskich posesji. W trakcie programu zemdlał operator głównej kamery. Miał lęk wysokości. Podczas ubiegłorocznej pielgrzymki papieża serwis nadawano m.in. z Sopotu. Na cztery minuty przed wejściem dziennikarza na antenę zepsuł się agregat. W wozie transmisyjnym wysiadła klimatyzacja, nie działał prompter. Tomasz Lis wszystko mówił z pamięci. - Musimy podawać informacje nie tylko ciekawiej, ale i szybciej od konkurencji - twierdzi zgodnie ekipa "Faktów". Gdy okazało się, że z powodu choroby papieża odwołano mszę na Błoniach, reporterzy natychmiast przyjechali do Krakowa, aby cały program nadawać właśnie stamtąd.
Nie można zapomnieć wydań spoza studia i wpadek. - Prowadziłem na żywo rozmowę z Lechem Wałęsą, który obchodził urodziny. Nagle wypalił, że gdy skończy 60 lat, na urodzinowe przyjęcie zaprosi lewicę. Tak mnie tym zaskoczył, że nie pociągnąłem tematu. Ale Wałęsa to trudny rozmówca. Wielu sobie z nim nie poradziło - wspomina Pawłowski. Trudno też zapomnieć wydania o rekordowej oglądalności. - Pod koniec sierpnia 1998 r. mieliśmy 4 proc. Dziś uznalibyśmy to za katastrofę, ale wtedy to był fantastyczny wynik - cytuje z pamięci Lis. - Potem maszyna zaczynała się rozpędzać. W marcu ubiegłego roku oglądalność skoczyła do 11,4 proc., a w końcu nadszedł moment, na który czekaliśmy ponad dwa lata: w styczniu tego roku pokonaliśmy "Wiadomości"! Już pół roku wcześniej poszedłem do działu promocji i zamówiłem czapeczki i koszulki z napisem "Fakty 1". Prezent dla zespołu, któremu program zawdzięcza taki wynik.
Tomasz Lis, lider programu, jest tytanem pracy. Od współpracowników wymaga totalnego zaangażowania. Ci, którzy odeszli, oskarżają go o to, że z redakcji zrobił koszary. W Internecie krążyły swego czasu sensacyjne nagrania jego ostrych rozmów z zespołem. Wielu dziennikarzy, którzy wytrzymali tempo, mówi wprost, że są tylko jego cieniem. Sam Lis z absolutną satysfakcją wychodzi ze studia nie częściej niż raz w miesiącu. Mówi się, że bez niego nie byłoby "Faktów", a na pewno byłby to inny program. - Jeśli Lis będzie popularny, to my także. Jeśli jemu się uda, uda się całemu programowi - mówi Sekielski. Lis przyznaje: - Jestem dość impulsywny, ale w sytuacjach największego stresu ogarnia mnie absolutny spokój. Nawet gdy zaczynam program ze świadomością, że nie mam żadnego z pięciu pierwszych materiałów. Czuję wtedy tak gigantyczne przesilenie, że aż pulsuje w skroniach, choć sprawiam wrażenie opanowanego - mówi. Twierdzi, że opanowanie to jedna z najważniejszych umiejętności prowadzącego. Nawet za cenę uduszenia się ze śmiechu. Zapowiadał kiedyś materiał o tym, że na Podkarpaciu widziano UFO. Nie znał tego materiału, ale przewidywał, że reporter będzie chciał pokazać je na początku. Zachęcił więc widza: "Zobaczmy, jak wygląda UFO!". I w tej chwili na ekranie pokazała się twarz reportera. Innym razem do materiału koleżanki o pielęgnacji słonia w ZOO dorzucił: "No, jeśli zrobią mu jeszcze balejaż...". Dzień wcześniej ta sama reporterka, robiąc sobie pasemka, zdawała sprawozdanie z przygotowań do karnawału.
Stres? Dziennikarze śmieją się, że nie jest duży, tylko gigantyczny. - Nie da się porównać z niczym. Wydania mrożące krew w żyłach zdarzają się prawie codziennie. Sporty ekstremalne są nam niepotrzebne - śmieje się Piotr Radziszewski, dyrektor działu informacji. Jego zdaniem, właśnie tego niesamowitego napięcia często nie wytrzymują stażyści. Dla reporterów to codzienność. Sianecki podczas kryzysu w Jugosławii pojechał do PrisŠtiny. Być tam i nie nadawać to dla reportera życiowa tragedia. O dziewiętnastej dziesięć w całym mieście wyłączano prąd. Przestawał działać jedyny telefon. Połączenie ze studiem udało mu się uzyskać na dwie minuty wcześniej.
Godzina 18:59. Materiał o śmierci ks. Tischnera prawie skończony. Do startu została tylko minuta, ale dla reportera to aż 60 sekund. Prowadzący inhaluje zachrypnięte gardło - trudno zrezygnować z prowadzenia takiego wydania. Lis za największy sukces programu uważa to, że cała ekipa chce robić dziennik marzeń. Mimo krytyki i docinków, którym dwa lata temu nie było końca. - Nic tak nie mobilizuje ludzi jak szydercze opinie. Kiedy Kazimierz Górski wyprowadzał naszych piłkarzy na boisko Wembley, cały stadion krzyczał: "Animals! Animals!". Trener potrafił to wykorzystać do zdopingowania zespołu. Każdy dziennik staramy się robić tak, jakby był ostatni w życiu - puentuje Lis.

Więcej możesz przeczytać w 28/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0