Opoka

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ksiądz profesor Józef Tischner (1931-2000)
W moim życiu filozoficzno-kapłańskim nie spotkałem kogoś, kto stracił wiarę po przeczytaniu Marksa, Lenina, Nietzschego, natomiast na kopy można liczyć tych, którzy ją stracili po spotkaniu ze swoim proboszczem" - mawiał ks. prof. Józef Tischner. Rzesze rodaków, które odnowiły swoje związki z Panem Bogiem w latach 90., uczyniły to nie pod wpływem lektury książek kardynała Ratzingera, ale dzięki kontaktom z księdzem Tischnerem. Był kluczową postacią polskiego Kościoła ostatniej dekady.
Działał w trudnych czasach. Religijność demonstrowana przez ks. Tischnera opierała się na potrzebie osobistego porozumienia człowieka z Bogiem przy czynnym wspomaganiu tego procesu przez instytucję kościelną. Tymczasem obiegowa pobożność rozwijała się w innym kierunku. Polscy katolicy sprawę własnego zbawienia chętnie cedowali na organizację kościelną, obrzędy i pielgrzymki. Poza tym książki kapłana i filozofa trafiały na bardzo słabo przygotowany grunt - w Polsce przed Tischnerem niemal nie było instytucji publicznej dyskusji. Prasa wyznaniowa pierwszej połowy lat 90., kiedy rodzima inteligencja zaczytywała się Tischnerem, tonęła w powodzi teologicznych "izmów", przeplatanych wezwaniami z prowincjonalnej ambony.
Filozofa, który raz posługiwał się komentarzami o Bergsonie, a innym razem posiłkował się góralskim humorem, cechowała wyjątkowa powściągliwość w angażowaniu się w spory. "Kościół - mawiał - to też jest jakaś forma polityki, ale na długi dystans. To znaczy, że w Kościele takim normalnym okresem, o którym się myśli, jest sto lat. No i tym różni się polityka Kościoła od polityki państwa. Polityka państwowa odmierza okresy krótsze, a polityka partii - od wyborów do wyborów". Jednocześnie umiał się zdobyć na wypowiedzi radykalne w sytuacjach, które - jego zdaniem - wymagały jednoznacznego tonu. Zapytany przez naszą redakcję na początku lat 90. o dekomunizację, podkreślał, że należy przyznać prymat nadziei, iż ktoś zrozumiał własne błędy, nad pamięcią o tych błędach. "Odrzucanie tej zasady sprawia, że przeżywamy jedne z najsmutniejszych dni w naszej powojennej historii - stwierdził. - Mówię to z głębokim przekonaniem jako ksiądz i mówię to jako autor »Etyki Solidarności«". Wskazywał także na inną omijaną powszechnie sferę społecznej demoralizacji - na upadek etosu pracy. Wypominał naszemu episkopatowi, że w okresie transformacji wydał tylko cztery dokumenty poświęcone moralnej stronie zmiany systemu społecznego i gospodarczego, podczas gdy episkopat niemiecki w tym samym czasie sformułował takich dokumentów aż sześćdziesiąt. Swoimi poglądami uświadamiał także głęboki wewnętrzny podział, jaki zarysował się w polskim Kościele ostatniej dekady. Rozeszły się bowiem drogi integrystów i "dialogistów" - okazało się, że te środowiska posługują się zupełnie innymi językami. "Dramat polega na tym, że dotychczas nikt tak daleko nie poszedł w akceptacji demokracji jak Jan Paweł II, ale też nikt, żaden Kościół lokalny, nie jest tak daleki od akceptacji demokracji jak Kościół w Polsce" - zauważał ks. Tischner.
Przeciwnicy traktowali go z niechęcią, woleli pomówienia od merytorycznej polemiki. Pewien publicysta odważył się nawet napisać, że ks. Tischner za jeden efektowny paradoks "sprzedałby własnego ojca". "To jakiś paradoks, że nie spotykam krytyk" - mówił ksiądz profesor. "Jest nieakceptacja, ale nie ma krytyki. Pokażcie mi artykuł, który byłby krytyczną recenzją moich książek. Nie ma! Nie ma polemiki z żadnym z moich artykułów. Powiedziałbym, że właśnie ja się szczególnie do tego nadaję, bo prowokuję". Ewentualnych polemistów onieśmielała nie tylko erudycja księdza filozofa, ale też jego manifestacyjne przywiązanie do wolności politycznej, społecznej i ideologicznej, której nie uznawał bynajmniej za zagrożenie dla polskiego Kościoła. "Wydaje mi się, że w polskim katolicyzmie jest bardzo duży komponent lęku przed światem współczesnym. Przed współczesną nauką, cywilizacją, kulturą. Wynika on między innymi ze sposobu kształcenia, w którym europejska cywilizacja jest pokazana mniej więcej tak, iż od czasów średniowiecza mamy jedną wielką dekadencję".
Czuł się spadkobiercą "katolicyzmu podhalańskiego", gorliwego, choć nie zawsze ortodoksyjnego. Przypominał bezskuteczność akcji duszpasterskich, które miały na celu piętnowanie nieślubnych dzieci. Chrzczono je w żałobnych szatach liturgicznych i przy czarnych świecach, ale lud wyklętych przygarniał. Podobnie było z pijaństwem, którego księżom nie udawało się wyplenić. "Jakby nie musiał, to by nie pił" - usprawiedliwiali nałogowców górale. Gdy jednak w karczmie pojawił się taki nadużywający, który Matce Boskiej poprzysiągł abstynencję, kompani nie odważali się go namawiać. Był dumny z tego, że w jego rodzinnych okolicach wielu ludzi miało z Kościołem na pieńku, ale żaden nie deklarował się jako ateista. Żartował, że odkąd ostatni góral tych przekonań wpadł w 1918 r. pod pociąg, nikt już się na podobne nie odważył. Mądrość tych prostych ludzi wydała mu się na tyle pojemna, że starczyło jej na napisanie "Historii filozofii po góralsku". Okazuje się, że wszystko fundamentalne, co powiedziano o człowieku w krajach cywilizacji śródziemnomorskiej, można też było usłyszeć w mikrokosmosie rozciągającym się między Orawą a Nowym Sączem.

Więcej możesz przeczytać w 28/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0