Nic się nie stanie

Nic się nie stanie

Dodano: 
Rozmowa z dr. JAROSŁAWEM BAUCEM, ministrem finansów
Krzysztof Gołata: - Doradcy byłego ministra finansów twierdzą, że odwołał się pan do pojęcia deficytu ekonomicznego w celu ukrycia prawdziwej wielkości przyszłorocznego deficytu, a przede wszystkim kwoty 10 mld zł. Czy te pieniądze stanowią "rezerwę wyborczą"?
Jarosław Bauc: - Nie mogę polemizować z osobami, które nie wiedzą, o czym mówią. Szkoda, że opinie takich osób idą na konto byłego wicepremiera.
- Leszek Balcerowicz też mówi o manipulowaniu wskaźnikami i budżecie wyborczym.
- Od pewnego czasu powiada się, że deficyt w 2001 r. będzie wynosił 1,5 proc. PKB. Przy takim poziomie deficyt ekonomiczny zakładany przez wicepremiera Balcerowicza miał wynosić 0,5 proc. PKB. W jednym z wywiadów prasowych mówił on, że przyszłoroczny budżet będzie zasilany pieniędzmi z licencji na UMTS. Różnimy się tym, że ja tych kwot w sensie ekonomicznym nie zaliczam do dochodów budżetu, i stąd tak duża różnica pomiędzy wyliczeniem Balcerowicza (0,5 proc. PKB) i moim (1,5 proc. PKB).
- Jakie znaczenie dla budżetu ma ta różnica w klasyfikacji?
- Zaliczenie kwoty z licencji do przychodów oznacza odpowiednie zwiększenie deficytu. W ten sposób szacowany przeze mnie deficyt ekonomiczny wynosi 1,5 proc. PKB - jeżeli założymy, że z UMTS wpłynie 7 mld zł, czyli równowartość prawie 1 proc. PKB. To jest odpowiedź na pytanie o przyczyny różnicy między obu szacunkami wielkości deficytu ekonomicznego.
- Procenty to jedno, a ukryte 10 mld zł z ewentualnym przeznaczeniem na kampanię wyborczą to drugie.
- Nie ma żadnych ukrytych 10 mld zł. Jest natomiast problem: jeżeli pieniądze z UMTS zaliczymy do przychodów, to trzeba zdjąć z budżetu 10 mld zł. Gdzie znaleźć te pieniądze?
- Jak będzie się przedstawiał stan finansów państwa, jeżeli nie uda się sprzedać koncesji na trzecią generację telefonii komórkowej (UMTS)?
- To jest pytanie trafiające w sedno, jeśli chodzi o dyskusję o przyszłorocznym budżecie. Nic się nie stanie.
- Przecież zabraknie 7 mld zł, które wpisał pan po stronie przyszłorocznych dochodów...
- Te pieniądze zostały zapisane po stronie dochodów, bo tego wymaga prawo, ale w sensie ekonomicznym zostały de facto wyłączone ze sfery dochodów. Innymi słowy, nawet gdyby te pieniądze nie wpłynęły, deficyt ekonomiczny nie uległby zmianie. Trzeba byłoby natomiast wyemitować więcej obligacji.
- Czyli zwiększyć zadłużenie państwa?
- Tak, ale emisja obligacji nie zmieni dzisiaj makroekonomicznych parametrów bud-żetu i jego deficyt pozostanie na tym samym poziomie. Oczywiście, za kilka lat koszt obsługi zadłużenia zwiększy się o wartość wyemitowanych w przyszłym roku obligacji.
- Czy zakładane mniejsze wpływy z przyszłorocznej prywatyzacji oznaczają, że zachowuje pan część majątku na realizację utopijnej idei powszechnego uwłaszczenia?
- Dzisiaj dla gospodarki najważniejsze jest sprywatyzowanie ponad dwóch tysięcy przedsiębiorstw państwowych. Nie są to jednak firmy, których sprzedaż przyniesie budżetowi znaczące kwoty. W tym roku przychody są duże, ponieważ sprzedajemy znaczący pakiet akcji Telekomunikacji Polskiej SA. Powoli kończą się duże prywatyzacje i olbrzymie pieniądze wpływające do państwowej kasy. Pozostaje PZU, LOT, można jeszcze liczyć na poważniejsze dochody z prywatyzacji energetyki. Tak więc nie ma majątku ani dużych pieniędzy, które można przeznaczyć na uwłaszczenie.
- Czemu służy permanentne niedoszacowywanie inflacji, czyli de facto chowanie zaskórniaków w budżecie?
- Inflacja - jak większość parametrów makroekonomicznych - jest nieprzewidywalna. Można ją tylko szacować. Powinniśmy raczej mówić, że w przyszłym roku inflacja będzie się mieściła w przedziale od - do. Niestety, dla konstrukcji budżetu musimy ją określić bardziej precyzyjnie. I dlatego wszyscy ministrowie finansów, nie tylko w Polsce, popełniają błędy w swoich szacunkach. Oczywiście, chodzi o skalę tych błędów. Niedoszacowanie inflacji w 2000 r. było nadmierne i nie powinno się nigdy zdarzyć. Wydaje mi się, że w przyszłym roku inflacja powinna się mieścić w przedziale 5,9-6,3 proc.
- Dlaczego dotychczasowy antymotywacyjny system podatkowy ma dalej obowiązywać?
- Projekt, nad którym debatuje komisja sejmowa, jest taki sam, jak ten zawetowany przez prezydenta w ubiegłym roku. Nie ma żadnych przesłanek, tym bardziej tuż przed wyborami, aby prezydent zmienił zdanie. Jeżeli posłowie Unii Wolności wycofają swoje poparcie dla wcześniej ustalonych ulg prorodzinnych, to AWS nie zaakceptuje obniżenia stawek podatkowych. Osobiście nie widzę możliwości przegłosowania poselskiego projektu, który obowiązywałby w przyszłym roku. Uważam, że trzeba wycofać z projektu wszystkie kontrowersyjne zapisy.
- A zatem znów zastosuje się półśrodek?
- Zmiany w zasadach PIT są konieczne, ale nie są superpilne, może oprócz regulacji uszczelniających system podatkowy. Nie ma w tej chwili atmosfery do wprowadzania wielkich reform w podatkach od osób fizycznych.
- Twierdzę, że projekt przyszłorocznego budżetu oznacza mniejszą dyscyplinę w wydatkach publicznych.
- Nie ma mowy o poluzowaniu dyscypliny finansowej. Proszę zwrócić uwagę na realną wielkość wzrostu przyszłorocznych płac oraz rent i emerytur. To nie są "przedwyborcze kwoty". Należy pamiętać, że w tym roku sztucznie zaniżyliśmy deficyt budżetowy poprzez przeniesienie niektórych wypłat na 2001 r. W przyszłym roku musimy wypłacić zaległości emerytom, pokryć koszty obsługi zagranicznego zadłużenia, oddać PKO BP pieniądze za wykupywane książeczki mieszkaniowe. To jest kilka miliardów złotych. Rosną także sztywne wydatki, których indeksacja jest niezależna od wielkości budżetu. Stanowią one ponad 60 proc. wydatków budżetowych. Na pozostałe wydatki możemy w przyszłym roku przeznaczyć mniej więcej tyle samo, ile w tym.
- Kto zyska, a kto straci?
- Zadecydują o tym preferencje Rady Ministrów. Oczywiście, członkowie rządu nie dowiedzieli się z prasy o założeniach budżetu. Rozmowy o podziale pieniędzy już trwają. Dlatego też jestem przekonany, że dyskusja przebiegnie sprawniej niż w latach poprzednich.
- A jeżeli parlament nie zaakceptuje projektu budżetu pana autorstwa?
- Nic się nie stanie. Nawet jeśli parlament nie zgodzi się na taki kształt budżetu, to będzie on obowiązywał w przyszłym roku. Wybory nie odbędą się wcześniej niż wiosną 2001 r. Zanim ukonstytuuje się nowy rząd, będziemy mieli czerwiec. Wówczas nikt rozsądny nie wpadnie na pomysł nowelizacji budżetu. Ten budżet niezależnie od tego, czy zostanie zaakceptowany, będzie realizowany.

Rozmawiał
Krzysztof Gołata
Okładka tygodnika WPROST: 29/2000
Więcej możesz przeczytać w 29/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0