Dryf

Dodano:   /  Zmieniono: 
Liberalizacja i zmiany strukturalne w ukraińskiej gospodarce wciąż pozostają w sferze zamierzeń
Mało jest na Ukrainie tak wyświechtanych słów jak "przełom". Każdy kolejny rok od odzyskania niepodległości w 1991 r. jest ogłaszany jako "przełomowy", ale niewiele z tego wynika. Nasz wschodni sąsiad dryfuje po mętnym postsowieckim bajorze, nie umiejąc lub nie chcąc obrać jednoznacznego kursu zmian prowadzących do gospodarki wolnorynkowej. Ten rok może być jednak naprawdę decydujący, bo jeśli i tym razem ukraińscy politycy nie zdobędą się na odważne posunięcia, to szansa na reformy może zostać pogrzebana na wiele lat. Tymczasem Kijów jest predestynowany do tego, by odgrywać rolę jednej z najważniejszych stolic Europy i stać się wzorcem demokratycznego rozwoju dla krajów położonych dalej na wschód. Gołym okiem widać, jak miasto dźwiga się z zapaści. Krakowskie Przedmieście może pozazdrościć Kreszczatikowi równo ułożonych chodników. Coraz więcej wyremontowanych kamienic, jak grzyby po deszczu wyrastają eleganckie sklepy, kawiarnie i restauracje. Po długim zastoju, a potem załamaniu, jakie przyniósł kryzys w Rosji, Ukraina odnotowuje wzrost gospodarczy. Problem polega na tym, że to głównie nieoficjalny boom - pieniądze przepływają pod stołem, zbiurokratyzowane, zdominowane przez stare układy państwo nie umie stworzyć klimatu do rozwoju zdrowej przedsiębiorczości. Liberalizacja i zmiany strukturalne w gospodarce pozostają w sferze zamierzeń, tak jakby Ukraina zapatrzyła się bardziej w turecki albo rosyjski model rozwoju niż w niemiecki czy polski.

Ukraińskie gazety tropią afery w życiu publicznym, niemniej jednak dziennikarze pozostają raczej na usługach gospodarczych oligarchów niż wolności słowa i społeczeństwa obywatelskiego. Ujawnianie nadużyć jest efektem rozgrywek między grupami interesów. Ukraina przebija nawet Rosję. W czasie kampanii wyborczych w tamtejszej telewizji nie ma mowy o normalnym, bezstronnym przekazywaniu informacji. Ukraińcy chętniej oglądają wtedy telewizję rosyjską. W obu krajach brakuje partii na modłę zachodnią. Dominują tzw. partie władzy, wspierane przez oligarchów. Ukraińscy ludzie sukcesu to nie "klasa średnia", ale - według wzorca rosyjskiego - "nowi Ukraińcy". Wprawdzie Radzie Najwyższej Ukrainy nie przewodniczy już rusofil Ołeksandr Tkaczenko, ale dla przeciętnego Ukraińca podstawowym punktem odniesienia nadal jest Moskwa, a nie Bruksela, Paryż, Berlin czy choćby Warszawa. Nośnikiem kultury masowej w kraju pozostaje język rosyjski, a nie ukraiński.
Ostatni rok odchodzącego stulecia jest początkiem drugiej kadencji prezydenta Leonida Kuczmy. Doświadczenia krajów o bardziej zaawansowanych przemianach demokratycznych wskazują, że pierwszy rok kadencji odgrywa najważniejszą rolę w realizowaniu obiecywanego programu. Potem już bardzo trudno wystartować z impetem. Kuczma zapowiada reformy od dawna. Winą za ich brak obciążał innych. Najpierw - gdy był premierem - prezydenta i parlament (nazywany nadal Radą Najwyższą, jak w czasach ZSRR), potem - kiedy został prezydentem - deputowanych, głównie komunistów. Jak długo jednak można się posługiwać zużytym mitem o dobrym carze i złych bojarach czy czynownikach (urzędnikach)?
Na przekór głosom, że powiązany z oligarchami prezydent nie zdecyduje się na odważne posunięcia, Kuczma rozpoczął nową kadencję od oczyszczania przedpola na scenie politycznej. Premierem został Wiktor Juszczenko, były szef banku centralnego. Jego zasługą było ustabilizowanie ukraińskiej waluty - hrywni. Jednak coraz częściej słychać głosy, że premierowi brak strategicznej wizji reformy państwa. Gdy prezydent uznał, że w parlamencie, gdzie większą rolę niż fasadowe partie odgrywają realne grupy interesów (klany oligarchów), znów nie ma większości proreformatorskiej, ogłosił referendum, by doprowadzić do wzmocnienia swoich uprawnień w stosunku do Rady Najwyższej. Prezydencki projekt wygrał w referendum, lecz zwycięstwo jest wątpliwe. Kuczma użył niedozwolonych trików. Jak dawniej wywierano nachalną presję na żołnierzy i urzędników, by głosowali po myśli prezydenta. Oficjalnie frekwencja przekroczyła 85 proc. Do forsowania swojej woli Kuczma zaprzągł Trybunał Konstytucyjny. Nie wróży to dobrze rozwojowi ukraińskiej demokracji.
Rezultatem instrumentalnego traktowania zasady podziału władz oraz państwa prawa jest chłód Zachodu. Za sposób przeprowadzenia referendum skrytykowała Ukrainę Rada Europy, która zagroziła jej zawieszeniem członkostwa. Międzynarodowy Fundusz Walutowy nadal wstrzymuje wypłatę pożyczki w wysokości 2,6 mld USD, zamrożonej już we wrześniu ubiegłego roku z powodu zbyt wolnych reform. Do końca roku Kijów musi spłacić ponad 500 mln USD długu zagranicznego. Tymczasem rezerwy walutowe wynoszą niecały miliard.
Na grudniowy szczyt Unii Europejskiej nie zaproszono Ukrainy, choć przyjęto tam wspólną strategię wobec tego kraju. Dokument mówi o wsparciu przemian, ale wyklucza rozmowy o integracji Ukrainy, wątpiąc w szczerość deklaracji Kijowa o stopniowym dążeniu do członkostwa. Podczas niedawnej wizyty w Kijowie prezydent USA ponaglał Ukrainę, by zajęła "miejsce wśród narodów Europy". "Jeśli marzenia waszych dzieci mają się spełnić, wolny rynek musi zwyciężyć" - mówił Bill Clinton do zgromadzonych w centrum Kijowa. Skrócił pobyt do zaledwie sześciu godzin, co zostało odczytane jako demonstracja dezaprobaty dla poczynań prezydenta Kuczmy. Ma on coraz gorszą opinię na Zachodzie. Stąd próby podreperowywania jego wizerunku w stosunkach z Polską - nadzwyczaj częste jak na realny rozwój stosunków wizyty na najwyższym szczeblu, poklepywanie się po plecach i zapewnienia o przyjaźni obu prezydentów.
Prezydent Kuczma się broni. Podczas spotkania z marszałkiem Sejmu Maciejem Płażyńskim w Kijowie tłumaczył, że nie jest "dyktatorem", lecz chce doprowadzić do równowagi w systemie politycznym według wzorów zachodnich. Jeżeli parlament może uruchomić procedurę usunięcia (impeachmentu) prezydenta, to on musi mieć prawo rozwiązania parlamentu, gdy ten nie wywiązuje się ze swych obowiązków (na przykład nie uchwala w terminie budżetu). Pytanie tylko, czy prezydent rzeczywiście chce wykorzystać zwiększone uprawnienia do przeprowadzenia reform.
Zbyt często można odnieść wrażenie, że mówienie o reformach jest jedynie retoryczną figurą służącą pozyskiwaniu funduszy z Zachodu - nie po to, by wprowadzać zmiany, ale w celu umocnienia pozycji przetargowej w stosunkach z nadal najważniejszym sąsiadem i największym partnerem gospodarczym, czyli Rosją.
Zamiast demokratycznych struktur w siłę rosną układy oligarchów powiązanych z Rosją. Pozostając głównym dostawcą gazu, Rosja ciągle trzyma Ukrainę w energetycznym szachu - może jej dowolnie dyktować ceny, nawet wyższe od światowych. Kijów nie godzi się na oddanie Rosji - w zamian za długi gazowe - akcji swoich najważniejszych przedsiębiorstw, choć nie zdołał zapobiec przejęciu przez rosyjski Łukoil kontroli nad rafinerią ropy w Odessie. Ten główny port Ukrainy jest jednocześnie jednym z najważniejszych dla Rosji, zwłaszcza jeśli chodzi o eksport ropy naftowej. Na ulicach Odessy słychać niemal wyłącznie język rosyjski.
Polsce niezborność ukraińskiej polityki przysparza coraz więcej problemów. Ile razy można się spotykać na najwyższym szczeblu, spijając sobie nawzajem z ust zapewnienia o "strategicznym partnerstwie" i "przyjaznych stosunkach", skoro gołym okiem widać, że za fasadą dyplomatycznej retoryki niewiele się kryje? Nie można się nawet uporać z demonami historii - jedyne, co udało się zrobić na Cmentarzu Orląt na lwowskim Łyczakowie, to mur z czerwonej cegły, na którym widnieje deklaracja obu prezydentów, że pamiętając o przeszłości, należy myśleć o przyszłości. Tymczasem trwają wstydliwe spory o napisy na grobach, a w ich otoczeniu panuje tradycyjny już bałagan. Zwrot budynków i pomieszczeń należących dawniej do polskich stowarzyszeń czy Kościoła ślimaczy się latami z powodu nie załatwionych prawnie kwestii zwrotu własności, obstrukcji urzędniczej i oczekiwania na łapówkę. Także współpraca gospodarcza, nawet ta o strategicznym znaczeniu dla obu krajów, kuleje - władze ukraińskie nie mogą zrozumieć, że naszym partnerem przy budowie rurociągu Odessa-Brody-Gdańsk powinien być podmiot komercyjny, by gwarantować, że zainwestowane pieniądze nie zostaną utopione w błocie. Gdyby Ukraińcy, zamiast biadolić, że wraz z przystąpieniem do Unii Europejskiej wprowadzimy dla nich wizy (od 29 czerwca zrobiły to już Czechy i Słowacja), ustanawiając na Bugu nową żelazną kurtynę, solidnie zabrali się do porządkowania sytuacji w kraju i własnych granic na wschodzie, to może mieliby szansę zawarcia z unią (z politycznym poparciem Warszawy) specjalnej umowy w tej sprawie. Mimo że Norwegia nie należy do unii ani nie podpisała porozumienia z Schengen (w sprawie zniesienia kontroli granicznej pomiędzy krajami członkowskimi), jest częścią zachodnioeuropejskiego systemu swobodnego przepływu osób.
Sytuacja na Ukrainie wymyka się łatwym ocenom. Z jednej strony to kraj, w którym tylko w tym roku z powodu zatruć grzybami zmarło co najmniej 112 osób (choć to dopiero początek sezonu), a w zimie codzienna dieta większości to ziemniaki, z drugiej strony - wielu ludzi się bogaci, planowane jest wznowienie programu budowy największego na świecie samolotu transportowego, zdolnego do przenoszenia promów kosmicznych (budowano go już w 1988 r., ale potem ZSRR wstrzymał program z powodu braku funduszy). Ta rzeczywistość niepokojąco przypomina realia krajów Trzeciego Świata, ale może oznaki dynamizmu stwarzają szansę na przekreślenie ciążącego jak fatum nad Ukrainą stwierdzenia Leonida Krawczuka, pierwszego prezydenta tego kraju: "Mamy to, co mamy".

Więcej możesz przeczytać w 29/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0