Ludzie bomby

Ludzie bomby

Dodano: 
Śmierć ponad stu rosyjskich żołnierzy w niedawnych zamachach czeczeńskich kamikadze uświadomiła Kremlowi, że walczący o niepodległość, zdesperowany przeciwnik gotów jest na wszystko
Naszpikowane trotylem ciężarówki taranowały bramy wjazdowe, a następnie wybuchały w miejscach dyslokacji rosyjskich sił interwencyjnych - wojska i milicji - między innymi w Gudermesie i Argunie. Eksplozje powodowały również serie z broni maszynowej. Mowładi Udugow, rzecznik Czeczenów, zapowiedział, że rozpoczęła się na dobre "operacja wyzwolenia Czeczenii". Wkrótce będzie można się spodziewać jej następnych etapów. Rosjanie nie powinni już spać spokojnie, bo w każdej chwili mogą oczekiwać najgorszego.

Zaniepokojony rozmiarami zabójczych akcji separatystów prezydent Władimir Putin pospiesznie pojechał na północny Kaukaz. Na oczach zgromadzonych oficjeli zrugał za brak "czujności" ministra obrony Igora Siergiejewa i ministra spraw wewnętrznych Władimira Ruszajło. Ze strony Putina są to chwyty pod publiczkę. Jest mało prawdopodobne, aby gospodarz Kremla wierzył, że otwarte krytykowanie i poniżanie rządowych prominentów zdoła odwrócić niekorzystny dla Rosjan bieg wydarzeń w zbuntowanej republice.
- Czeczeni są gotowi paktować nawet z diabłem, by przepędzić agresora ze swej ziemi - mówi Udugow. Twierdzi, że do dokonania ataków samobójczych zgłosiło się 500 osób. Islamska doktryna zabrania jednak popełniania tego rodzaju aktów. Kto się ich dopuszcza, zostaje wyklęty przez Allaha. - To, że Czeczeni się na nie decydują, świadczy tylko o ich desperacji - uważa Krystyna Kurczab-Redlich, autorka "Pandrioszki", opisującej m.in. życie i charaktery czeczeńskie. Takie postępowanie wykracza bowiem poza obyczaj, tradycję kaukaską. Współcześni czeczeńscy kamikadze nierzadko żyją w samotności. Ich rodziny wyginęły podczas dwóch najazdów rosyjskich. - Nie mają zatem nic do stracenia - podkreśla Kurczab-Redlich.
Gotowi do największych ofiar kamikadze stają się bronią grup i organizacji działających w różnych częściach świata. Samobójczy fanatycy, opętani wizją własnego, suwerennego państwa na północy kraju, najbardziej dają się we znaki władzom Sri Lanki. Niewiele brakowało, by kilka miesięcy temu ich ofiarą padła prezydent Chandrika Kumaratunga. Podczas akcji samobójcy wywodzącego się z formacji Czarnych Tygrysów zginęło kilkadziesiąt osób. Szefowa państwa straciła oko. Następnego dnia wystąpiła w telewizji, apelując do separatystów tamilskich o zaniechanie terroru. Na początku czerwca terrorysta nafaszerowany dynamitem zabił ministra rządu lankijskiego i dwudziestu innych uczestników obchodów Dnia Bohatera.
Tamilowie od trzydziestu lat usiłują zbrojnie wywalczyć niezawisłość i odłączyć się od dawnego Cejlonu. W walkach zginęło już 60 tys. ludzi. Partyzanci za swych wrogów uważają zarówno rządy w Kolombo, jak i w New Delhi. Indie straciły zaufanie Tamilskich Tygrysów, gdy wycofały poparcie dla ich świętej sprawy. W odpowiedzi w 1991 r. rebelianci wysłali do Madrasu samobójczynię, która - na ich rozkaz - udała się na wiec z udziałem ówczesnego premiera, Rajiva Gandhiego. Opasana śmiercionośnym ładunkiem podeszła do Rajiva i uruchomiła zapalnik. Gandhi zginął na miejscu.
Fanatyczni kamikadze od dawna wspierają działania libańskiego Hezbollahu - Partii Boga. To oni wysadzili w powietrze koszary amerykańskiej piechoty morskiej w Bejrucie w 1983 r. "Specjalnością" Hezbollahu są również samochody pułapki, które pod upatrzone obiekty holują liczący się ze śmiercią kamikadze. Ich celem była ambasada Izraela w Buenos Aires, zrównana z ziemią w 1992 r. Budynek zniszczono w odwet za zabicie przez Izraelczyków Abbasa Musawiego, lidera Partii Boga.
Zdeterminowani kamikadze to poważny oręż palestyńskich ugrupowań Hamas i Dżihad. Atakują w Jerozolimie, Hebronie, wszędzie tam, gdzie można się dać we znaki Izraelczykom. W ten sposób chcą wziąć odwet na ludziach, którzy zabrali im ziemię, a teraz ją okupują. Kamikadze są też w Sudanie, Afganistanie, Algierii i Bośni, a ich liczba wciąż rośnie. Detonują tony trotylu w Kaszmirze. Kamikadze są także na służbie Kurdów, aspirujących do posiadania własnej struktury państwowej. Jeśli nie uda im się dopiąć celu, niszczą nie wykorzystane ładunki i rozpływają się w powietrzu.
Za "pionierów" dzisiejszych samobójczych napastników uchodzą kamikadze japońscy z czasu II wojny światowej. Grupy gotowych do największych poświęceń ofiarników zaczęto szkolić w 1944 r. Japonia ponosiła wtedy coraz częściej porażki na polu walki. Po raz pierwszy kamikadze zaatakowali podczas bitwy o Leyte na Filipinach. Celem były lotniskowce amerykańskie. Totalna kapitulacja w 1945 r. dowodzi jednak, że odwaga kamikadze nie była w stanie przechylić szali zwycięstwa na korzyść Japonii. Później wyszło na jaw, że samobójcy często nie byli przygotowani do akcji. Gdy misja okazywała się niemożliwa do spełnienia, piloci nie zawsze potrafili wylądować. Uczono ich bowiem jedynie, jak wystartować.
- Podłożem zachowania kamikadze było ślepe posłuszeństwo wobec cesarza. Imperator był ojcem całej japońskiej rodziny, zatem wszyscy byli jego dziećmi - mówi japonistka, dr Ewa Pałasz-Rutkowska z Uniwersytetu Warszawskiego. Nippon miał do wykonania misję dziejową - wyzwolenie Azji. Aby tego dokonać, trzeba było z niej wyrzucić Amerykanów i Europejczyków. Wszyscy byli przekonani o słuszności tej ideologii, tym bardziej że lata 30. były okresem nasilonych ruchów nacjonalistycznych na wyspach. Napadając na wroga, samobójcy działali dla dobra ojczyzny. Śmierć jednostki służyła temu, by zwyciężył naród. Kamikadze wzorowali się na kodeksie busido, według którego "śmierć jest drogą samuraja".
Andrzej Samson, psycholog społeczny, jest zdania, że tego rodzaju technologia walki jest charakterystyczna dla pewnych kultur i wierzeń religijnych. Praktykują ją najczęściej muzułmanie. Wyrasta również na glebie hinduizmu. Islam jest jedynym wielkim wyznaniem podkreślającym bezwartościowość ludzkiego bytu. Kto złoży żywot na stosie walki z niewiernymi, może być pewien zaszczytów i łask po śmierci. Skazanie, ukaranie, zgładzenie giaura jest bowiem nie tylko prawem, ale nawet obowiązkiem prawego mahometanina. Fizyczne wyeliminowanie wroga nie jest grzechem, lecz zasługą.
Hinduizm zakłada, że życie jest wyłącznie epizodem, przebłyskiem w długim ciągu reinkarnacji. Odejście z ziemskiego padołu jest chwilowym rozstaniem, które i tak doprowadzi do powrotu, tyle że w lepszym wcieleniu. Takie są tradycje, pogłębiane surowym wychowaniem. Do tego wszystkiego dochodzi fanatyzm religijny.
- Kamikadze nie należą do elit - twierdzi Andrzej Samson. Są poddawani ćwiczeniom psychologicznym, ich charaktery kształtuje się poprzez wpajanie nienawiści do przeciwnika. Są świadomie wykorzystywani do tworzenia specyficznego zaplecza bojowego. Pochodzą z uboższych środowisk, ale nie znaczy to, że motywem ich postępowania jest bieda. To mieszkańcy tych rejonów kuli ziemskiej, gdzie jest niespokojnie, gdzie toczą się boje o rozszerzenie wpływów religijnych, o umocnienie lub zdobycie władzy, o wyparcie najeźdźcy, o samostanowienie.
Przedstawiciel islamskich separatystów kaszmirskich powiedział kiedyś, że nie potrzebuje broni atomowej, którą posiada państwo indyjskie, jego wróg. Wystarczą mu legiony kamikadze, przejętych ideą niezawisłości tej prowincji, podzielonej dziś między Indie i Pakistan. Tak samo uważa saudyjski terrorysta Osama bin Laden, ścigany listem gończym przez USA. W jego obozach szkoleniowych w Afganistanie młodzi wojownicy uczą się między innymi, jak się posługiwać śmiercionośnymi ładunkami, aby przynosiły one jak najkrwawsze żniwo.
Ideologia kamikadze nie umrze dopóty, dopóki glob ziemski będzie wstrząsany konfliktami, których nikt na razie nie potrafi rozwiązać. Przykład może być zaraźliwy. Nie da się wykluczyć, że desperaci dotrą do tych zakątków planety, gdzie jeszcze niedawno wydawało się to niewyobrażalne - na zachód Europy i do Stanów Zjednoczonych. Bin Laden wpaja bowiem swym zwolennikom, że ich największym wrogiem są Amerykanie. "Jeśli kamikadze przekroczą granice cywilizacji muzułmańskiej, będzie to oznaczało zbliżanie się końca świata" - wieszczyła kiedyś francuska wróżka Soleil.
Więcej możesz przeczytać w 29/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0