W sosie własnym

W sosie własnym

Dodano: 
Wystarczy teraz, by ktoś zdjął kolczugę, pokazał żonę, puścił trzy baloniki, założył wykrochmaloną koszulę i stronę internetową, a już mówią, że to kampania w iście amerykańskim stylu
Kandydat na prezydenta Jan Olszewski powiedział właśnie, że jest zaniepokojony amerykanizacją kampanii prezydenckiej. Osiem lat temu premier Olszewski zapytał, czyja jest Polska, i pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Ale gdyby zapytał dziś, jaka jest ta kampania prezydencka, powiedziałbym mu, jaka na pewno nie jest. Otóż na pewno nie jest amerykańska.
Stwierdzenie kandydata Olszewskiego absolutnie mnie nie dziwi. Co chwila słyszę, że kampania jest amerykańska, ale rozglądam się i nie widzę nic, co przypominałoby amerykańską kampanię. U nas wystarczy teraz, by ktoś zdjął kolczugę, pokazał żonę, puścił trzy baloniki, założył wykrochmaloną koszulę i stronę internetową, a już jest kampania amerykańska, kampania iście amerykańska, kampania w amerykańskim stylu albo kampania w iście amerykańskim stylu. Sugestia dla Państwa - jeśli ktoś mówi, że jakaś kampania jest amerykańska, to mamy 99 proc. pewności, iż kampania nie jest może antyamerykańska, ale na pewno nie jest też amerykańska. Czytam w "Rzeczpospolitej", że ktoś prowadzi kampanię w amerykańskim stylu, która jest "mieszaniną luzu i pompy gęsto okraszonej państwowotwórczymi sloganami". Kiedy coś takiego czytam, to wiem, że jest to mieszanina bredni i słowotoku, okraszona pseudoprofesjonalnymi stwierdzeniami.
Bardzo bym chciał, żeby Jan Olszewski miał rację i żeby następowała amerykanizacja kampanii prezydenckiej, ale niestety, mamy antyamerykanizację kampanii. No bo gdybyśmy mieli amerykanizację, nasza pożal się Boże kampania choć trochę przypominałaby tę, która właśnie toczy się w Ameryce. Tam codziennie na pierwszych stronach piszą w gazetach o sporach Gore’a i młodego Busha na temat systemu finansowania szkół, dostępu do broni palnej, aborcji, praw homoseksualistów, modlitwy w szkołach, ubezpieczeń zdrowotnych, ekologii, systemu obrony antyrakietowej, stosunku USA do Chin czy reformy systemu finansowania kampanii wyborczych. Ci dwaj naprawdę mają w każdej z tych spraw coś do powiedzenia, a to, co mają do powiedzenia, jest istotne. U nas kandydaci mają programy tylko po to, by nikt nie powiedział, że ich nie mają, a w kampanii konkrety się nie liczą. Aleksander Kwaśniewski mówi na przykład o potrzebie ustanowienia rent socjalnych dla pracowników byłych pegeerów. Nieistotne, czy jest to mądre, czy głupie, jest to jakiś konkret. Ale z jakichś względów niespecjalnie jest ten konkret zauważany. Gdy następnego dnia Andrzej Olechowski mówi, że w budżecie nie ma pieniędzy na renty, notatka na ten temat ląduje w prawym dolnym rogu na ósmej stronie "Gazety Wyborczej". Czy "Wyborcza" robi błąd? Oczywiście, nie. Tak naprawdę w ogóle mogłaby tę polemikę zignorować, bo przecież to, czy takie renty będą, czy nie, zupełnie nie zależy od tego, kto zostanie prezydentem. Faceci udają, że ścigają się na programy, a na nikim nie robi to wrażenia. Przecież w wyborach Miss nikt nie pyta o program. Cóż, ale mamy, co mamy, bo twórcy naszej konstytucji zdecydowali, że trzeba powszechnych wyborów, by zdecydować, kto będzie wręczał nominacje profesorskie. Jasne, we Francji kompetencje prezydenta są w sumie podobne do tych, jakie ma polski prezydent. Sęk w tym, że konstytucja francuska była skrojona na de Gaulle'a, a u nas jakoś de Gaulle'a nie widać i niestety nie mam na myśli gabarytów.
Nie jest oczywiście tak, że w naszej kampanii nie padają żadne konkrety. Na razie jednak nie odbiegają one zbyt daleko od tych sprzed pięciu lat. Wtedy w pamięć elektoratu najbardziej zapadły dwie propozycje - ta o mieszkaniach dla młodych i ta, że ja może i mogę coś panu podać, ale co najwyżej nogę. Dziś styl jest zbliżony. Lech Wałęsa, nie mogąc się dobrać do skóry faworytowi, jest coraz bliższy stwierdzenia, że on sam jest stuprocentowym Polakiem, Marian Krzaklewski podszczypuje urzędującego, mówiąc, że sam nie musi zrzucać wagi i że żona otwierała zawody sumo, w których on sam nie mógłby wystartować, ale kto inny to może by i mógł. Sam urzędujący, który zdecydowanie wolałby w drugiej turze uniknąć pojedynku z Olechowskim, a marzyłby o starciu z Krzaklewskim, zapewnia, że Olechowski jest bez szans. Ot i tyle. No dobrze, tylko gdzie w tym wszystkim jest jakaś Ameryka?! Nigdzie.
Można się zgodzić z Janem Olszewskim, gdy mówi, że kampania powinna być bardziej merytoryczna. Ale po co się godzić, skoro ona merytoryczna nie będzie, bo nie o meritum tu idzie. Natomiast niech Jan Olszewski nie myli pojęć i nie mówi, że jak jest niemerytoryczna, to jest amerykańska. W ogóle nie warto mówić o jakiejś amerykańskiej kampanii tylko dlatego, że nie ma się pod ręką innych przymiotników. Bo ta nasza jest amerykańska w sumie tylko w tym sensie, że też jest prezydencka. A to chyba niewiele.
Siedem lat temu liberałowie z KLD zaczęli kampanię wyborczą marszem orkiestry dętej, obok której podskakiwały panienki zwane w Ameryce cheerleaders, i od razu określono to jako kampanię amerykańską. Orkiestry już nie ma, panienki nie podskakują, ale jak tylko są jakieś wygłupy, od razu się mówi, że to amerykańska kampania. A to wszystko przecież nasze, swojskie, pseudoamerykańskie w formie i żadne w treści.

Okładka tygodnika WPROST: 29/2000
Więcej możesz przeczytać w 29/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0