Blues w płomieniach

Blues w płomieniach

Dodano: 
Rozmowa z B.B. KINGIEM
Roman Rogowiecki: - Występujesz niemal bez przerw. Ile koncertów dajesz rocznie?
B.B. King: - Z reguły mam ponad 200 występów, ale jeszcze pięć lat temu było ich 260. Nieco wcześniej dawałem około 300 koncertów rocznie. Cóż, skończyłem 74 lata i muszę się nieco oszczędzać.
- Według obiegowej opinii, tylko czarnoskórzy muzycy potrafią grać bluesa.
- A czy prezenterów radiowych także oceniasz według koloru skóry? Mówienie, że ktoś gra bluesa, bo jest czarny, to nonsens! Znam wielu czarnych muzyków, których słuchanie wcale nie należy do przyjemności. Często powtarzam, że nie trzeba pracować na plantacji i wychować się na niej jak ja, nie trzeba zbierać bawełny, orać gleby, jeździć traktorem i nie trzeba być czarnym, by grać bluesa - choć to wszystko pomaga.
- Od dziesięcioleci jeździsz po Stanach Zjednoczonych. Czy Ameryka bardzo się w tym czasie zmieniła?
- Prawie przez całe moje życie Stany Zjednoczone były podzielone. Południe wierzyło w jeden system polityczny i społeczny, natomiast Północ, Wschód i Zachód w zupełnie odmienny. Były obszary Ameryki zamieszkane przez ludzi uprzedzonych do czarnych, były regiony, gdzie nie było białych i tam spotykałem czarnych, którzy byli negatywnie nastawieni do białych. Ostatnio jednak Ameryka wreszcie się pod tym względem zunifikowała. Udało się nam coś bardzo trudnego. Podczas gdy w wielu krajach toczy się wojna domowa na tle etnicznym, w Ameryce, w której żyją dosłownie wszystkie nacje, potrafimy się dogadać i żyć w pokoju. Powiedziałbym, że dajemy sobie radę w dziewięćdziesięciu procentach.
- Na czym polega tajemnica twojego świetnego kontaktu z widownią?
- Mam plan tego, co się będzie działo na scenie. Nie jest on jednak spisany, nie ustalam z zespołem, co będziemy grać, nie informuję o tym także producenta koncertu. Dramaturgia rodzi się na scenie. Muszę jednak mieć możliwość natychmiastowej zmiany repertuaru, gdy czuję, że publiczność nie bawi się dobrze. Jeżeli widownia zaczyna się nudzić na meczu amerykańskiego futbolu, na boisko wprowadza się innego zawodnika. Na scenie podobnie. Z tego, jak widzowie się poruszają, jak na mnie patrzą, potrafię wyczytać, czy podoba się im to, co gram. Nie znaczy to oczywiście, że zawsze potrafię ich natychmiast porwać, ale gdy czuję, że coś jest nie tak, reaguję błyskawicznie.
- Czy nie masz problemów z zapamiętaniem tekstów?
- O, bardzo często. Nawet wczoraj mój menedżer śmiał się ze mnie, że dwukrotnie w tekście powtórzyłem słowo ryba. Po prostu zapomniałem fragmentu piosenki i musiałem improwizować. Pamiętam podobną historię z kariery Elli Fitzgerald, z czasów, kiedy zaczynała śpiewać scatem. Zapomniała tekstu "The Man I Love", więc zaczęła scatować. Jestem przekonany, że to przytrafia się większości artystów. Muszę przyznać, że w wieku 74 lat zdarza mi się czasem coś zapomnieć. Nie, żebym zapomniał, jak się nazywam, ale zapamiętanie 15 tekstów na jeden wieczór nie jest już takie proste.
- Na pewno zgodzisz się po raz tysięczny opowiedzieć historię gitary Lucille.
- Czy jesteś pewny, że ta historia cię nie znudzi? Wiele lat temu, w 1949 r. występowałem w różnych miastach w Arkansas. Graliśmy wtedy w małym drewnianym klubie w mieście Twist. Zimą było tam bardzo zimno, choć nie tak, jak w Polsce. Aby się uchronić przed chłodem, na podłodze ustawiono pojemniki z płonącą naftą. Wszyscy tańczyli pomiędzy nimi bardzo ostrożnie. Którejś nocy dwóch facetów zaczęło się jednak bić. Jeden popchnął drugiego, ten potrącił puszkę. Nafta się wylała, a podłoga zmieniła się w rzekę ognia. Wszyscy zaczęli uciekać. Oczywiście ja też. Kiedy znalazłem się na zewnątrz, zorientowałem się, że w środku została moja gitara. Wróciłem, a muszę dodać, że był to drewniany klub, i zobaczyłem, że ogień szybko się rozprzestrzenia. Budynek zaczął się walić. Omal nie straciłem życia, ratując swoją gitarę. Następnego ranka dowiedziałem się, że tych dwóch facetów biło się o kobietę. Pracowała w tym klubie, ale nigdy jej nie spotkałem. Dowiedziałem się tylko, że miała na imię Lucille. Nazwałem swoją gitarę tym imieniem, by pamiętać, by nigdy nie zrobić podobnego głupstwa.
- Podczas wizyty w Watykanie w 1997 r. papież dostał od ciebie gitarę Lucille. Którą z kolei?
- Od kilku lat gram na Lucille 16, a papież dostał ode mnie jej siostrę.
Okładka tygodnika WPROST: 30/2000
Więcej możesz przeczytać w 30/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0