Rewolucja lipcowa

Rewolucja lipcowa

Dodano: 
Wojnę z Putinem przetrwają tylko ci oligarchowie, którzy podzielą się majątkiem z kasą Rosji
Koniec świata rosyjskich oligarchów następuje równie szybko jak jego narodziny przed kilku laty. Nietykalni i wszechwładni za czasów Jelcyna magnaci finansowi żyją teraz w niekłamanym strachu o własne majątki, a nawet życie. Zupełnie jak zwykli śmiertelnicy. "Władimir Gusinski nie może już nawet korzystać z własnych sztućców" - żalił się w imieniu swojego klienta adwokat magnata, gdy prokuratora nałożyła areszt na majątek jednego z największych rosyjskich bogaczy. "To nieprawda - replikował prokurator. - Gusinski może swobodnie korzystać ze wszystkich przedmiotów użytkowych znajdujących się w jego domu. No, chyba że okazałoby się, iż zostały wykonane z metali szlachetnych".

Rosyjska oligarchia pojawiła się jako ukształtowana i świadoma swych korporacyjnych wpływów oraz interesów kasta w połowie lat 90.
Na przełomie roku 1995 i 1996 biedne i słabe rosyjskie państwo zawarło pakt z przedstawicielami wielkiego biznesu. Zbliżały się prezydenckie wybory, niebezpieczeństwo komunistycznego rewanżu jawiło się jako bardziej rzeczywiste niż kiedykolwiek. W zamian za polityczne i finansowe wsparcie Kreml zaproponował właścicielom największych kapitałów przejęcie niezwykle atrakcyjnych przemysłowych aktywów. Wymyślono prosty mechanizm, którego zaletą było to, że z formalnoprawnego punktu widzenia nic nie można mu było zarzucić. Rząd stworzył system tzw. przetargów zastawnych. Wielki kapitał udzielał budżetowi pożyczki na wysoki procent pod zastaw akcji wówczas jeszcze państwowych przedsiębiorstw przemysłowych. Jeśli rząd nie był w stanie terminowo spłacić długu, akcje przechodziły na własność pożyczkodawców.
Rezultat aliansu wielkiego biznesu i Kremla był taki, że latem 1996 r. oligarchowie wynieśli Jelcyna po raz drugi do władzy, a później już tylko spokojnie spożywali owoce własnego sukcesu. Od ich działań na rynku rządowych obligacji zależały wahania kursu rubla. To oni - przy pomocy reprezentujących nieformalnie ich interesy ludzi z otoczenia głowy państwa - wpływali na skład i kondycję Rady Ministrów. Doszło do tego, że zależność państwa od oligarchów miała już nie tyle subiektywno-koniunkturalny, lecz wręcz instytucjonalny charakter. Co więcej, pojawiały się wszelkie znamiona sytuacji, w której władza poddana jest kolektywnej woli oligarchów albo też prowadzi politykę zgodną ze schematami opracowanymi przez jednego lub kilku członków uprzywilejowanej kasty i akceptowanymi przez pozostałych.
Pod koniec istnienia ZSRR większość z nich była członkami partyjnej nomenklatury albo młodymi, prężnymi działaczami Komsomołu. Trudno określić, który z nich zgromadził największy majątek. Niektórzy sami mają problemy z policzeniem własnych pieniędzy. Łatwiej ich sklasyfikować według wpływów niż posiadanych kapitałów. Na czele listy najbogatszych Rosjan znajdują się właściciele majątków przewyższających pół miliarda dolarów. Prezes naftowego koncernu Łukoil, Wagit Aliekpierow, zaczynał zawodową karierę w 1972 r. jako robotnik na kaspijskich szelfach naftowych. Osiem lat później był już najmłodszym w historii radzieckiego państwa wiceministrem w resorcie przemysłu naftowego i gazowego. Teraz jest właścicielem ok. 10 proc. akcji naftowego koncernu. Ma też udziały w kilku bankach. Jego aktywa szacowane są na półtora miliarda dolarów.
Borys Bieriezowski, słynny "Rasputin" przy kremlowskim "dworze" Borysa Jelcyna, jeden z największych intrygantów postsowieckiej Rosji, jeszcze trzy lata temu wyceniany był przez amerykańskiego "Forbesa" na trzy miliardy dolarów. Pierwsze duże pieniądze Bieriezowski zarobił na rzekomym reeksporcie ład. Kupował samochody rzekomo na wywóz po 4000 USD, po czym sprzedawał w kraju po rynkowej cenie równej 7000 USD. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że "eksportowane" przez biznesmena samochody nigdy nie opuszczały granic Rosji. Dzisiaj Bieriezowski kontroluje największy kanał telewizyjny ORT i mniejszą, lecz również popularną telewizję TV-6. Ma kilka wpływowych gazet, udziały w Aerofłocie, kilku bankach i kompaniach naftowych. W ubiegłym roku prokuratura wydała na niego nakaz aresztowania, wycofany po kilku dniach. Bieriezowskiemu zarzucano defraudację zysków Aerofłotu, które były przelewane na konta należących do niego szwajcarskich firm. Magnat miał zarobić na tych machinacjach od 200 do 600 mln USD. Śledztwo w tej sprawie do dzisiaj prowadzą prokuratury Rosji i Szwajcarii.
To właśnie Bieriezowski zaproponował prezydentowi Putinowi ogłoszenie czegoś w rodzaju amnestii dla rosyjskiego biznesu. "Wśród przedsiębiorców, którzy zgromadzili swoje majątki w ciągu ostatniego dziesięciolecia, nie ma takich, którzy nie naruszaliby prawa. Nie mogli go nie naruszać, bo samo prawo było niedoskonałe i zmieniało się tak często, że nikt nie mógłby prowadzić interesów w zgodzie z jego literą" - przyznaje otwarcie magnat skandalista. Bieriezowski pozwala sobie na ostrą nieraz krytykę posunięć prezydenta Putina. Ostatnio ogłosił, że rezygnuje z mandatu i związanego z nim immunitetu deputowanego Dumy. "Chcę się znaleźć w takiej samej sytuacji jak pozostali uczestnicy wielkiego biznesu narażeni na represje ze strony władzy i razem z nimi prowadzić walkę" - powiedział po tym zaskakującym posunięciu. Bieriezowski chce założyć opozycyjną wobec Kremla partię. Na razie jednak nie udało mu się nawet stworzyć prokapitałowego lobby w niższej izbie rosyjskiego parlamentu. Nie jest wykluczone, że w zamian za odstąpienie od prokuratorskiego postępowania Kreml pozbawi go najbardziej łakomych kąsków jego prasowo-telewizyjnego imperium. W Moskwie coraz głośniej o możliwym rychłym odkupieniu przez państwo za ok. 80 mln USD udziałów Bieriezowskiego w telewizji ORT.
Państwo przy pomocy prokuratury sięga również do kieszeni innych bogaczy, bo - jak uprzedzał w wywiadzie udzielonym "Izwiestiom" Władimir Putin - "skończyło się słodkie życie". Premier Kasjanow powiedział to samo w nieco inny sposób: "Oligarchowie stracili immunitet". Władimir Potanin ma teraz dopłacić państwu 140 mln USD za sprywatyzowany wcześniej Norylski Nikiel. Według "Forbesa", ten 39-letni biznesmen był najbogatszym człowiekiem w Rosji w 1998 r.; jego majątek wycenia się na ponad półtora miliarda dolarów. Norylski Nikiel należał w 1998 r. do pięciu największych rosyjskich kompanii (obok Gazpromu, Zjednoczonych Sieci Energetycznych, Łukoilu i AwtoWazu), a przychody kombinatu wynosiły ok. 2 mld USD rocznie. Potanin przejmował giganta w niejasnych okolicznościach, głównie dzięki powiązaniom politycznym. Na dodatek otrzymał od państwa superprezent. Przedsiębiorstwo nie musi już ponosić kosztów funkcjonowania trzystutysięcznego miasta, które zbudowano w czasach ZSRR za kręgiem polarnym wyłącznie po to, by można było tutaj wydobywać nikiel, pallad i inne cenne surowce.
Dyrekcja AwtoWazu, fabryki produkującej łady, została oskarżona przez prokuraturę o wyprodukowanie 200 tys. nie zaksięgowanych samochodów z "wygospodarowanych" części. "To absurd" - mówi Władimir Kadannikow, wieloletni szef przedsiębiorstwa i były wicepremier w rządzie Czernomyrdina. Mimo to wykrycie innych, choć może mniej nieprawdopodobnych, nadużyć w wielkich zakładach samochodowych nie będzie trudne.
O swoje majątki i bezpieczeństwo drżą także inni wielcy rosyjskiego biznesu. "Są listy, na podstawie których będą sadzać" - uprzedzał jeszcze kilka miesięcy temu Władimir Żyrinowski i po raz kolejny okazał się politykiem dobrze poinformowanym. Po kilku tygodniach starcia Kremla z oligarchami wydaje się już oczywiste, że przetrwają tylko ci, którzy z kierowanym przez Putina państwem zechcą się podzielić. Kluczem do odpowiedzi na pytanie o przyszły ustrój Rosji i charakter stosunków władzy z biznesem oraz społeczeństwem w ogóle może się stać odgadnięcie istoty tego konfliktu i celów, jakie stawia przed sobą nowa władza. "To jest próba zaprowadzenia w kraju policyjnych porządków" - wołają represjonowani magnaci Gusinski i Bieriezowski. Inni mówią o naturalnym końcu rewolucji i zrodzonego przez nią oligarchicznego systemu. Rosyjska władza przestała być bezpośrednio zależna od wielkiego biznesu. Ważne tylko - jak mówią sami Rosjanie - żeby proces "rozkułaczania" oligarchów nie nosił cech bezprawia. W przeciwnym razie obawy przed wprowadzeniem autorytarnych porządków mogłyby się okazać bardziej niż zasadne.
Więcej możesz przeczytać w 31/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0