Gladiator i rozszalałe... kamery

Gladiator i rozszalałe... kamery

Dodano:   /  Zmieniono: 
Sukces "Gladiatora" polega na tym, że Ridley Scott przesączył temat antyczny przez mentalność kina roku 2000
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, "Gladiator" to widowiskowy film historyczny, stworzony po to, by być przebojem kasowym. Zdaje się, że tym razem udało się ten zamiar zrealizować: ten film to sukces.
Zygmunt Kałużyński: - Ale było ryzyko z powodu tematu antycznego. Jestem wiekowym człowiekiem i pamiętam, jakie znaczenie kultura antyczna miała przez znaczną część mojego życia. Skończyło się to jednak w latach 80. Jeszcze w moim pokoleniu ktoś, kto interesował się kulturą i miał jakie takie wykształcenie, nie mógł się nie zetknąć z cezarami, łaciną i mitologią. To się przewijało w literaturze. A od piętnastu lat nie spotykam na ten temat nawet aluzji.
TR: - Wie pan, że mojemu pokoleniu ta tematyka również nie jest obca. Ja sam znam łacinę i mogę panu wyrecytować z pamięci bardziej znane kawałki. Wydaje mi się, że narzeka pan dokładnie w taki sam sposób, jak robili to na przełomie XIX i XX wieku krytycy twórczości Stanisława Wyspiańskiego, wypominając mu, że jego sztuki ciągle odwołują się do wiedzy na temat antyku (np. "Protesilas i Laodamia" albo "Akropolis"), a publiczność ich nie rozumie, bo dawno już utraciła ten rodzaj erudycji. Tymczasem wiele lat później wielkimi sukcesami okazały się takie filmy, jak "Ben Hur" czy "Spartakus". Może więc nie chodzi o tematykę, lecz o sposób jej prezentowania?
ZK: - Te filmy, które pan cytuje, to znaczy "Spartakus", "Ben Hur", czy jeszcze "Kleopatra", która była wówczas najdroższym spektaklem filmowym, to są lata 60. Od tego czasu minęło czterdzieści lat, a Hollywood nie ruszyło nawet małym paluszkiem.
TR: - Właśnie teraz ruszyło i to od razu wielkim palcem u nogi: powstał "Gladiator", a mini-Hollywood polski produkuje "Quo vadis".
ZK: - Nasz mini-Hollywood, czyli prowincjonalny, nadwiślański, małpiarski kinematograf, robi "Quo vadis" nie dlatego, że temat starożytny ma jeszcze znaczenie, lecz dlatego, że polski autor napisał "Quo vadis" w czasach, kiedy antyk był interesującym tematem. To nie jest dalszy ciąg zainteresowania kulturą antyczną! To jest ogon w postaci filmowania klasyków polskich, jacykolwiek by byli. Gdyby na przykład Sienkiewicz napisał powieść dziejącą się w Asyrii, to Kawalerowicz dzisiaj kręciłby rzecz asyryjską, ale nie dlatego, że to jest antyk.
TR: - Czego ogonem jest w takim razie "Gladiator"?
ZK: - Jest niespodzianką! Tak!!! Jest ryzykiem. I sukcesem.
TR: - Nie da się przecież powiedzieć, że to tylko wyrachowana komercja nie mająca żadnej wartości artystycznej, ponieważ jest tu wiele zaskakujących przyjemności dla wielbicieli dobrego kina. To jest po prostu widowisko filmowe najwyższej próby. Skąd wziął się sukces?
ZK: - Temat antyczny był zupełnie okazjonalny i przypadkowy. Nie ma tu apelu do świadomości widzów, że oni mniej więcej mają w sercu, o co chodzi, i to się w nich odezwie, kiedy film zobaczą. Sukces polega na tym, że to jest zrobione w mentalności kina roku 2000, w przeciwieństwie do poprzednich kawałków - z "Kleopatrą" na czele.
TR: - To fakt, że "Gladiator" nie kojarzy mi się z "Kleopatrą", lecz raczej z filmem "Między niebem a piekłem", który niedawno oglądałem. Jest to baśniowa fantazja łącząca wzruszającą opowieść z wizjami życia pozagrobowego.
ZK: - Bo jest to film zrobiony przez Anglików. To trzeba podkreślić - co prawda siłami amerykańskimi, ale głowa była angielska.
TR: - Może dlatego nie ma we mnie tym razem tego wściekłego oporu, który rodzi się zwykle w wypadku podobnych produkcji.
ZK: - Reżyser Ridley Scott i aktorzy są z Londynu.
TR: - Russel Crowe, odtwórca tytułowej roli, jest Australijczykiem.
ZK: - To ciągle jest imperium brytyjskie! Ja odczuwam bardzo silnie różnice w mentalności hollywoodzkiej i mentalności londyńskiej czy - powiedzmy - imperialnej brytyjskiej w kinie współczesnym. Paradoks jest pogłębiony przez to, że Scott jest specjalistą od science fiction artystycznego. Jego "Obcy - ósmy pasażer Nostromo" uchodzi za jeden z trzech czy czterech naprawdę ambitnych sajensfikszonów. Scott zaangażował plastyka, który ze standardowych wnętrz sajensfikszonowych zrobił kompozycję ekspresjonistyczną, będącą po prostu wizją plastyczną. Te wszystkie rurki, kable tak skomponował, że wszystko pozostało na pozór realne, a jednocześnie przekształciło się w halucynację estetyczną. Uważam, że sukces "Gladiatora" polega na tym, że Ridley Scott przesączył temat antyczny przez mentalność kina roku 2000. Ten cały Rzym jest kostiumowy, rekonstrukcyjny, szczegóły może nawet są archeologicznie ścisłe, jednak wszystko jest dziwne, baśniowe, odległe, jakoś inaczej oświetlone. Już nie mówiąc o dwóch sensacyjnych scenach: walce kwadryg z pieszymi gladiatorami, którą powinni przegrać piesi, ale wygrywają, bo Maximus, który nimi dowodzi jako gladiator, jest wielkim dowódcą. Druga taka scena to rozprawa z dzikimi zwierzętami. To jest zrobione z punktu widzenia rozszalałych kamer, umieszczonych wszędzie, gdzie się dało. Podobno niektóre z nich były nawet zagrzebane w piasku, żeby widzieć, jak to wygląda od dołu. Co to ma wspólnego z dotychczasowym rekonstrukcyjno-muzealnym sposobem przedstawiania Rzymu?
TR: - Mówi się, że "Gladiator" jest również przypowieścią na temat sytuacji politycznej i moralnej współczesnego świata, który też jest na krawędzi bezprawia i demoralizacji, też oczekuje na moment ostatecznego rozprawienia się ze złem.
ZK: - Są tam preteksty: uczciwość ideologiczna w kraju, który jest zgniły od strony politycznej. Ale to tylko elementy fabularne - mogą być, a może ich nie być. Tam jest także pojedynek między dwoma mężczyznami: między łajdakiem a szlachetnym. Dla mnie "Gladiator" to jednak przede wszystkim spektakl oparty na zasadach baśni - posługujący się fantastyczną fabułą z odwołaniem do zaplecza starożytnego Rzymu. Całą tę historię widzimy oczami jednej postaci, Maximusa, wspaniałego generała, który miał być dziedzicem po cezarze, Marku Aureliuszu, ale z powodu łajdactwa Komodusa (który zamordował swego ojca, cezara) utracił pozycję i musi walczyć o życie. To też jest bardzo nowoczesne ujęcie. Na dodatek ten bohater został zagrany wyjątkowo. Rola Russela Crowe’a to kreacja światowa.
Więcej możesz przeczytać w 31/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0