Przyczółki koalicji

Przyczółki koalicji

Pentor dla "Wprost": ranking polityków



Im gorzej, tym lepiej. W 2000 r. koalicja ma dużą szansę na zdobycie większego poparcia wyborców, gdyż wielu Polaków patrzy na początek trzeciego tysiąclecia ze sporymi obawami. Większość obywateli uważa, że składane przez nich życzenia: "Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku" - należą do pobożnych. Wobec takiego ogólnego ponuractwa rządzącym wystarczy kilka spektakularnych sukcesów, aby do wyborców dotarł sygnał: "Może nie jest tak źle". A wszystko wskazuje na to, że od połowy 2000 r. sytuacja gospodarcza zacznie się poprawiać. Liderzy koalicji powinni więc być większymi optymistami niż wyborcy,
ale za optymizmem powinna pójść umiejętność rozumnego wykorzystania okazji, jaką może podsunąć gospodarka. Czyli - jak mawiał Stanisław Jerzy Lec - "Sursum corda - byle nie wyżej rozumu". Lepsze wskaźniki ekonomiczne nie poprawią jednak sytuacji we wszystkich dziedzinach życia. Jeżeli respondenci spodziewają się, że bezrobocie nie będzie maleć, to raczej się nie mylą. Aby gospodarka prawidłowo się rozwijała, konieczne jest przejściowe zwiększenie bezrobocia, gdyż zbankrutuje część nieefektywnych przedsiębiorstw, przestaną obowiązywać kilka lat temu zawarte między nowymi właścicielami a załogami "pakty socjalne", wreszcie zaczną upadać małe gospodarstwa chłopskie. W związku z tym rzeczywiście mało prawdopodobne jest, aby zmniejszyła się liczba manifestacji czy strajków.
Gdyby jednak prognozy ekonomistów się sprawdziły i gospodarka dostarczyła ięcej powodów do zadowolenia niż w roku 1999, to ożywienie w interesach złagodziłoby bolesne skutki transformacji i przyniosłoby znacznej części obywateli poprawę bytu. O tym, że produkcja będzie się szybciej rozwijać, przekonanych jest 28 proc. respondentów, a zatem w porównaniu z pozostałymi dziedzinami optymistów jest i tak stosunkowo wielu. To jest przyczółek, który powinien koalicji umożliwić dokonanie dużego desantu w przyszłym parlamencie. Drugim przyczółkiem może się stać sprawa integracji z Unią Europejską. Warto zwrócić uwagę, że ajwyżej notowanym ministrem rządu pozostaje prof. Bronisław Geremek, szef resortu spraw zagranicznych. Nie da się też ukryć, że partie czy politycy wrodzy integracji nie mają na razie szans. Na pytanie, czy chcieliby, aby dany polityk odgrywał w przyszłości większą rolę, przy nazwisku Jana Łopuszańskiego, lidera Porozumienia Polskiego, "tak" zaznaczyło 9 proc. badanych, "nie" - 48 proc. Na razie AWS i UW, mimo nieznacznej poprawy notowań w rankingu partii, zdają się nadal być w defensywie. Gdyby mandaty zostały rozdzielone zgodnie z obecną opinią publiczną, SLD mógłby praktycznie
samodzielnie stworzyć rząd. Można podejrzewać, że dla sojuszu korzystniejsze byłoby utworzenie koalicji czy to z UW (zakończenie dyskusji o zaszłościach), czy też z PSL i UP (korzystne tło do prezentowania się jako partia wilizowanej centrolewicy). Poza tym odpowiedzialnością za niepowodzenia w czasie rządzenia zawsze można obarczyć słabszego koalicjanta.
Potencjalne kłopoty SLD z nadmiarem mandatów wynikają ze skuteczności zyjętej strategii "im gorzej, nam lepiej", czyli im więcej kłopotów będą mieli rządzący przy reformowaniu państwa, tym lepiej dla notowań sojuszu. "Królową teorii jest praktyka" - powtarza z lubością Leszek Miller, nie powołując się przy tym (nie wiedzieć czemu) na W. I. Lenina. A nie tak dawno ks. prof. Józef Tischner przypominał, że stosowanie tej zasady nakazywało rządzącym komunistom przez całe dziesięciolecia takie kształtowanie praktyki (gospodarki, państwa, życia codziennego), aby potwierdzała ona teorię marksizmu-leninizmu. Dziś opozycja również wiele czyni, żeby udowodnić, iż praktyka nie przystaje do teorii gospodarki wolnorynkowej i zdecentralizowanego państwa. I na razie raktyka potwierdza słuszność teorii o tym, że im bardziej będzie się przeszkadzać rządzącym w uzdrawianiu gospodarki kraju, tym łatwiej będzie ich zastąpić. Co oznacza, że należy uczynić wszystko, aby szybowanie wskaźników gospodarczych nie rozpoczęło się zbyt szybko, gdyż sojusz mógłby stracić poparcie przed samymi wyborami.
W lepszej sytuacji jest Aleksander Kwaśniewski, który zacznie zabiegać o reelekcję już w tym roku, czyli zanim społeczeństwo będzie miało okazję odczuć skutki dobrej koniunktury. Pan prezydent jeszcze zyskał na popularności, odkąd sypnął piach w tryby reformy podatkowej. Toteż prawdopodobieństwo przegrania przez niego wyborów jest niewielkie, co słusznie zauważyli respondenci. Tak powszechne przekonanie o przyszłym triumfie Kwaśniewskiego powinno zmusić do myślenia jego potencjalnych konkurentów. Jeżeli wyborcy dość zgodnie uważają, że obecny prezydent nie zostanie w 2000 r. byłym prezydentem, to znaczy, iż nie widzą dla niego przeciwnika. Najwyższe - z grona konkurentówKwaśniewskiego - notowania Lecha Wałęsy mogą wynikać z tego, że jasno wyraził chęć powrotu do pałacu przy Krakowskim Przedmieściu.
Warto zauważyć, że 3 proc. głosów zbiera Janusz Korwin-Mikke, który jeszcze wcześniej niż Wałęsa zdeklarował się jako bojownik o fotel prezydenta. Pozostali politycy kluczą, deliberują, sondują, rozmyślają, warunkują, diagnozują, określają i hamletyzują.
A przecież kampania prezydencka, nawet nie zakończona sukcesem, może być znakomitą okazją do umocnienia własnej pozycji i rozreklamowania swojego obozu politycznego. Andrzej Olechowski miałby szansę utrwalić wizerunek osoby publicznej, niekoniecznie przypominającej o swym istnieniu powtarzaniem sloganów za bankowym Bogdanem. Lech Wałęsa może próbować już w tym roku zagwarantować swej partii (Chrześcijańskiej Demokracji III RP), która jest praktycznie nieobecna w świadomości społecznej, utworzenie klubu w przyszłym parlamencie. Także Unia Pracy (jej lider Marek Pol z 13 proc. poparcia znalazł się wraz z Łopuszańskim poza pierwszą dwudziestką), ROP czy PSL mogłyby podreperować nader wątłe notowania. J eśli w Rosji wybory parlamentarne są wstępem do tego, co daje realną władzę, czyli wyborów prezydenckich, to w Polsce sekwencja zdarzeń jest odwrotna. Wybory prezydenckie są szansą na wzmocnienie czy też zbudowanie własnej partii. Już teraz zarówno koalicja, jak i opozycja powinny promować (poza kandydatem) innych polityków, z których część zajmuje ważne stanowiska, ale do tej pory jest słabo znana opinii publicznej. Jeśli ktoś jest niezbyt sprawny, to i odpowiednia koniunktura gospodarcza mu nie pomoże. Wtedy - nawet jeżeli jest lepiej - po jakimś czasie robi się gorzej.










Więcej możesz przeczytać w 1/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0