Cyrk stracenców

Cyrk stracenców

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wygrywa ten, kto przejedzie najwięcej skrzyżowań na czerwonym świetle bez zatrzymywania się, albo ten, kto zahamuje rozpędzone auto najbliżej brzegu skarpy. Można się jeszcze zakładać o to, kto nie  wpadnie do rowu, wjeżdżając w ostry zakręt, na którym – dla wzmocnienia wrażeń - rozlano olej.
Wygrywa ten, kto przejedzie najwięcej skrzyżowań na czerwonym świetle bez zatrzymywania się, albo ten, kto zahamuje rozpędzone auto najbliżej brzegu skarpy. Można się jeszcze zakładać o to, kto nie wpadnie do rowu, wjeżdżając w ostry zakręt, na którym – dla wzmocnienia wrażeń - rozlano olej.
Często ryzykuje się życiem (jak swego czasu James Dean), równie często zakłada o kilka lub kilkanaście tysięcy złotych, a czasem tylko o dolara bądź złotówkę. Ściga się młodzież z dobrze sytuowanych rodzin, najmłodsi menedżerowie, pracownicy firm ochroniarskich i "żołnierze" mafii. Czasem opłaceni policjanci blokują dla nich ulice.
Moda na sporty ekstremalne przywędrowała do Polski z Zachodu na początku lat 90. Miłośnicy mocnych wrażeń początkowo wspinali się w Tatrach bez asekuracji, skakali ze szczytów na paralotni albo zjeżdżali na nartach po drogach wspinaczkowych. Szybko się jednak okazało, że są to sporty elitarne. Podstawową barierą była konieczność długotrwałej podróży w góry. Ponadto uprawianie tych sportów wymagało sporych umiejętności. Dopiero łatwy dostęp do szybkich samochodów - już w III RP - sprawił, że ulubioną rozrywką młodych ludzi stały się dzikie rajdy samochodowe urządzane nocami na ulicach polskich miast. Prekursorami tego typu rozrywek byli złodzieje samochodowi. Brawurowa jazda była bowiem dla nich wymaganą sprawnością przy przyjmowaniu do gangów. - Złodziej musi się zawsze liczyć z tym, że ruszy za nim pościg. Ten, kto nie potrafi odpowiednio ostro jeździć, nie nadaje się do tego fachu. Dla nich rajdy w miastach są wręcz sprawdzianem zawodowych umiejętności – mówi policjant z tzw. grupy samochodowej w Komendzie Wojewódzkiej Policji we rocławiu.
Wrocławska grupa samochodowa została powołana do zwalczania plagi kradzieży samochodów. Jedną z metod jej pracy było nękanie znanych policji złodziei, których zatrzymywano do kontroli. Po pewnym czasie podjęli oni jednak wyzwanie: na widok policyjnego lizaka wciskali gaz do dechy, nawet jeśli nie jechali skradzionym autem. Zabawa polegała na tym, by zgubić policyjny pościg, nie wyjeżdżając z miasta i wrócić jak najszybciej do jednego z "awaryjnych" garaży. W krótkim czasie zaczęto tworzyć wręcz rankingi mistrzów ucieczek. Policjanci byli bezradni. Jeśli nie ujęli kierowcy w pościgu, nie mogli mu niczego udowodnić. Właściciele aut tłumaczyli bowiem, że zostawili samochód otwarty i najwyraźniej ktoś bez ich wiedzy sobie nim pojeździł. - W tej chwili nie ma już takich pościgów. W naszej grupie samochodowej jeżdżą najlepsi kierowcy, dysponujący dobrymi samochodami. Nie są to polonezy, lecz szybkie auta najlepszych marek z silnikami o dużej mocy. Żaden "rajdowiec" nie ma w rywalizacji z nimi szans - zapewnia komisarz Sławomir Cisowski, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. Najwyraźniej takich umiejętności nie ma policja w Łebie. Podczas tegorocznych wakacji kurort ten został opanowany przez gangsterów średniego szczebla i "żołnierzy" z ajwiększych polskich grup przestępczych. O ile ci wyżej stojący w hierarchii wypoczywali na plażach i w luksusowych hotelach, o tyle młodzi "żołnierze" relaksowali się po trudach "pracy", urządzając wyścigi samochodowe na uliczkach Łeby.
Nocne rajdy nie dostarczają jednak wystarczającego zastrzyku adrenaliny żyjącym w ciągłym stresie gangsterom, będącym zresztą często pod wpływem narkotyków. Dodatkowych emocji szukają w rodzimej odmianie amerykańskiej chicken game. W Stanach Zjednoczonych tą nazwą określano początkowo "zabawę" polegającą na tym, że dwóch pilotów leciało naprzeciw siebie, w ostatniej chwili unikając czołowego zderzenia. Przegrywał ten, który stchórzył i pierwszy podrywał maszynę do góry. Później chicken game zaadaptowali do swoich potrzeb kierowcy samochodów. Wśród polskich gangsterów gra ta przybrała formę przejeżdżania na pełnym gazie i na czerwonym świetle jak największej liczby skrzyżowań. Zabawa przywędrowała do Polski z Czech, gdzie pojawiła się przed
paru laty. Być może dlatego najpopularniejsza jest wśród przestępców ze Śląska. Czasami takie zabawy kończą się tragicznie. Jeden z "żołnierzy" Krakowiaka, bossa górnośląskiego podziemia, do niedawna kontrolującego Katowickie, podczas takiego rajdu rozbił się na ścianie budynku. Modę na 
rajdy samochodowe bardzo szybko przejęły grupy młodzieżowe. Zaczęli od odtwarzania scen z amerykańskich filmów sensacyjnych, na przykład zawracania na środku skrzyżowania przy zaciągniętym ręcznym hamulcu. Mniej doświadczeni próbują swoich sił w ustronnych miejscach. W Środzie Śląskiej ulubionym miejscem ćwiczeń rajdowych umiejętności jest na przykład teren przygotowany pod nowy cmentarz komunalny. Wybrukowane kostką alejki i duży plac parkingowy świetnie się do tego celu nadają. W większych miastach - Łodzi, Krakowie, Katowicach, Wrocławiu czy Poznaniu - ćwiczy się na drogach osiedlowych lub na skrzyżowaniach szerokich ulic i alei.
W Warszawie treningi i zawody organizowane są najczęściej na Woli. Ulicą Ordona każdej nocy z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę mkną amatorzy mocnych wrażeń. Część z nich stanowią "dresiarze", ale zdecydowana większość nie ma nic wspólnego ze środowiskiem przestępczym. W każdym wyścigu część "zawodników" stanowią osoby startujące po raz pierwszy. Miejsce w kolejce zwalniają kierowcy rezygnujący po pierwszym rajdzie (zwłaszcza gdy kończy się on rozbiciem samochodu). Jednocześnie ściga się nie więcej niż dziesięć samochodów. Czasami dla uatrakcyjnienia wyścigu rozlewa się na bruku olej. Rajdy te stały się tak popularne, że zaczęły je obserwować kilkusetosobowe grupy widzów.
W stolicy wyścigi odbywały się jeszcze na ulicy Karowej, obok Traktu rólewskiego, jednak ze względu na bliskość Pałacu Namiestnikowskiego policja położyła im kres. Na Woli, gdzie "tor wyścigowy" znajduje się na uboczu, reakcja stróżów prawa ogranicza się do sporadycznego wypisywania mandatów "za przekraczanie prędkości". Do niedawna podobne rajdy organizowano także na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, głównej arterii komunikacyjnej miasta. Ich czestnikami byli nastoletni bywalcy dużej dyskoteki. Dopiero jej likwidacja ukróciła ten proceder. W Krakowie dzikie rajdy odbywają się m.in. w Woli Justowskiej, wzdłuż rzeczki Rudawy. Teren jest pagórkowaty, droga kręta – wręcz idealne warunki do rajdów. Szczególnie zimą, gdy spadnie śnieg. Wówczas ontrolowane poślizgi "lepiej wychodzą". Najczęściej jednak wyścigi organizowane są na dużych osiedlach mieszkaniowych. - Wielokrotnie obserwowałem, jak o 1.00 - 2.00 w nocy kilka samochodów ustawiało się w jednej linii, po czym ruszały z piskiem opon, robiąc po kilka okrążeń wokół osiedla. Dla spotęgowania wrażeń demontowali tłumiki - opowiada grafik komputerowy, mieszkaniec wrocławskiego osiedla Kosmonautów. Świadkami rajdów byli też m.in. mieszkańcy piętnastotysięcznego osiedla Mydlice w Dąbrowie Górniczej. Wyrafinowaną rozrywką jest organizowanie zawodów polegających na wpadaniu w poślizg tuż przed skarpą. Błąd kierowcy może się skończyć rozbiciem auta. To ednak tylko wzmacnia atrakcyjność tej konkurencji. Przynajmniej kilka razy takie rajdy organizowano na Wzgórzu Andersa we Wrocławiu. U jego podnóża znajduje się duży plac, na którym można rozgrzać silnik i poćwiczyć przed główną konkurencją. Polega ona na tym, by wjechać nie utwardzonymi dróżkami pod górę i zawrócić w miejscu tuż przed skarpą. Każdy uczestnik zawodów musi rzy tym tylnym kołem strącić plastikowy pachołek. Wygrywa ten, kto strąci ich najwięcej. Uczestnikami tych rajdów byli m.in. studenci Akademii Ekonomicznej.
Czasem takie zabawy kończą się wypadkiem, o czym przekonały się dwie młode oznanianki. - Dla obu dziewczyn rajd zakończył się uderzeniem w mur. Na szczęście przeżyły – mówi młodszy aspirant Dariusz Fleischer z Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Miejskiej Policji w Poznaniu. - Rosnąca popularność takich "rozrywek" może być przejawem generalnej tendencji do uprawiania sportów ekstremalnych, które pozwalają na odejście - choć na chwilę - od codziennych, powtarzalnych czynności. To także forma rywalizacji w grupie młodzieżowej czy przestępczej, gdzie ryzykanctwo kreuje wizerunek twardziela, a to z kolei decyduje o pozycji w hierarchii. Samochód stał się zaś dobrem łatwo dostępnym, zwłaszcza w zamożniejszych środowiskach. Łatwiej poszaleć zaółkiem niż na przykład skakać z mostu przywiązanym do liny – mówi dr Beata Pachnowska, psycholog społeczny z Uniwersytetu Wrocławskiego. Osobną grupę rajdowców stanowią majsterkowicze, najczęściej uczniowie techników echanicznych i samochodowych. Za niewielkie pieniądze kupują oni stare auta, remontują je i potem wykorzystują w wyścigach. W połowie grudnia katowicka policja zatrzymała osiemnastolatka, który rozbił się maluchem kupionym właśnie w takim celu na złomowisku (za 100 zł). W czasie testowania samochodu wszedł za szybko w zakręt i w efekcie wylądował na drzewie. Mniej liczną grupę dzikich rajdowców stanowią motocykliści. To ich wyścigi uprzykrzają życie mieszkańcom osiedla traconka w Bielsku-Białej. - Nasze patrole kilka razy jechały tam po telefonach przestraszonych mieszkańców, ale gdy docierały na miejsce, nikogo już nie było - mówi aspirant sztabowy Jan Lewandowski z Komendy Miejskiej Policji w Bielsku-Białej. Także łódzcy policjanci przyznają, że mają z otocyklistami problem. - Niekiedy sami sobie wymierzają sprawiedliwość. Podczas próby zatrzymania jeden z nich pokazał policjantom obraźliwy gest, a 300 m dalej rozbił się na ścianie budynku – mówi aspirant Paweł Kolasa z Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Miejskiej Policji w Łodzi.

Więcej możesz przeczytać w 1/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0