Imperatorzy parkietu

Imperatorzy parkietu

Ponad 3,6 mld zł warte są akcje 25 największych prywatnych inwestorów na warszawskiej giełdzie; trzy razy więcej niż dwa lata temu, kiedy po raz pierwszy opublikowaliśmy listę giełdowych potentatów. Aby w 1997 r. znaleźć się na liście, wystarczyło posiadać akcje wartości 9,1 mln zł.
Ponad 3,6 mld zł warte są akcje 25 największych prywatnych inwestorów na warszawskiej giełdzie; trzy razy więcej niż dwa lata temu, kiedy po raz pierwszy opublikowaliśmy listę giełdowych potentatów. Aby w 1997 r. znaleźć się na liście, wystarczyło posiadać akcje wartości 9,1 mln zł. Dzisiaj potrzeba przynaj- mniej 34 mln zł. Trudno precyzyjnie oszacować stan posiadania największych inwestorów. Wielu z nich jest właścicielem mniej niż pięciu procent akcji danej spółki. Tym samym nie muszą oni ujawniać stanu posiadania. Kto zyskał, a kto stracił w ciągu ostatnich dwóch lat? Jakie korzyści czerpią z tego, że ich firmy są spółkami publicznymi?

Na naszej liście zdecydowanie dominują akcjonariusze spółek komputerowych. Oprócz Ryszarda Krauzego wśród liderów znajdują się Aleksander Lesz, Tomasz Sielicki, Andrzej Rybkowski, Elżbieta i Janusz Filipiakowie oraz Anna i Roman Kluskowie. O ile sukcesy polskich Gatesów nie są niespodzianką, o tyle zastanawiają niepowodzenia sztandarowych postaci rodzimego kapitalizmu - Sobiesława i Ewy Zasadów oraz Macieja Formanowicza (Forte). Z czołówki listy ypadł też Wiesław Malinowski, który sprzedał większość akcji Oceanu, a wartość jego portfela skurczyła się ze 120 mln do 20 mln zł. Zdaniem Tomasza Sielickiego, prezesa ComputerLandu, giełda zapewnia najbardziej obiektywną wycenę firmy. Jeśli notowania przedsiębiorstwa spadają (lub w dłuższej erspektywie rosną wolniej niż WIG), oznacza to, że założenia strategii bądź decyzje podejmowane przez zarząd spółki okazały się błędne. Dwa lata temu posiadane przez Macieja Formanowicza udziały w Forte rynek wycenił na 110 mln zł; dzisiaj są one warte zaledwie 23 mln zł. Forte cierpi na nadmiar mocy produkcyjnych i dopóki nie nadejdzie ożywienie w budownictwie, dopóty nie można czekiwać poprawy kondycji spółki. W ciągu dwóch lat kurs jej akcji spadł z 20 zł do 4,5 zł. Jeszcze gorszą passę ma Sobiesław Zasada, który po czterech latach obecności a warszawskim parkiecie, oznajmił, że wycofuje swą firmę z giełdy. Decyzja spowodowana jest niską płynnością akcji, nieudanymi próbami pozyskania kapitału oraz nadmiernie wysokimi kosztami funkcjonowania spółki jako firmy publicznej. Małżeństwo Zasadów posiada pakiet gwarantujący 88 proc. głosów na alnym zgromadzeniu akcjonariuszy. W ciągu dwóch i pół roku wartość giełdowego majątku Sobiesława Zasady zmniejszyła się z niemal 240 mln zł do 90 mln zł.
Zdaniem ekspertów, przyczyn pogarszającej się kondycji było kilka (źle rowadzona księgowość, niejasne powiązania kapitałowe w holdingu, chybione inwestycje), ale najistotniejsze znaczenie miała decyzja Mercedesa o utworzeniu w Polsce własnej sieci sprzedaży samochodów. Ocena biegłych rewidentów Arthura Andersena jest jednoznaczna - bez zastrzyku finansowego irmie grozi upadłość.
Wiosną 1995 r. w ofercie publicznej akcje spółki sprzedawano po 10 zł. W dniu giełdowego debiutu kosztowały już połowę mniej. Nigdy zresztą nie osiągnęły ceny emisyjnej. W niedawnym wezwaniu do sprzedaży cenę ustalono na 2,83 zł. Zatem przez cztery lata akcjonariusze stracili niemal 75 proc. ulokowanych pieniędzy.
Pierwsze fortuny zaczęły się rodzić zaraz po powstaniu giełdy. Jeden z wczesnych krezusów - Adam Sorek - w ciągu dwóch lat na transakcjach giełdowych zarobił milion dolarów. Uważa się go za prekursora tzw. lewarowania, czyli kupowania akcji za pieniądze pożyczone w banku. Komisja Papierów Wartościowych zarzucała mu, że bez zezwolenia prowadził rachunki inwestycyjne osób trzecich. U boku Sorka doświadczenia nabierał Mariusz Jańczak, który pierwsze większe ieniądze zarobił w latach 80. na handlu sprzętem elektronicznym i odzieżą sprowadzaną z Dalekiego Wschodu. Ale pierwszym potentatem giełdy był Roman Tur. Pięć lat temu, po dwóch latach gry na giełdzie, zgromadził majątek szacowany na 10 mln zł. Doświadczenie giełdowe zdobywał we Frankfurcie, w czasach kiedy nad Wisłą nikt jeszcze nie myślał o akcjach i giełdzie. Ostatnio najsławniejszym inwestorem krótkoterminowym jest Adam Gierowski. Szara minencja giełdy, inwestor z duszą artysty - można o nim usłyszeć. W przeciwieństwie do większości spekulantów często przekracza pięcioprocentowy "próg anonimowości". Z wykształcenia jest architektem i zarządza spółką Greenhouse, za której pośrednictwem kupuje akcje firm otowanych na parkiecie. Jego majątek szacowany jest na dziesiątki milionów złotych, zaś największe zyski przyniosły mu m.in. akcje Vistuli, Universalu, Banku Śląskiego czy niedawno Boryszewa oraz Animeksu. Zwłaszcza ta ostatnia inwestycja okazała się nadzwyczaj zyskowna. Gierowski wykorzystał fakt, że o przejęcie kontroli nad spółką rywalizowało kilka firm. Ostatecznie, po kilkudziesięcioprocentowym wzroście kursu akcji, sprzedał je amerykańskiej półce Smithfield Foods. Za uzyskane pieniądze nabył 51 proc. akcji Zakładów Piwowarskich w Lublinie. Trwają już negocjacje w sprawie ich sprzedaży notowanemu na giełdzie browarowi Strzelec. Mówi się o kwocie 37 mln zł.
- Największe kapitały gromadzą główni akcjonariusze spółek giełdowych. Mają oni nną mentalność niż inwestorzy krótkoterminowi. Z parkietem związani są na obre i na złe. Nie czują głodu pieniądza, wybiegając myślą daleko w przyszłość - wylicza Ryszard Czerwiński. Nie śledzą nerwowo wahań kursów akcji. - Gdybym analizował każdego dnia wartość moich akcji, zwariowałbym - mówi Tomasz Sielicki. - Kwota ponad 300 mln zł, taką wartość mają moje akcje, jest dla mnie a tyle abstrakcyjna, że nie wzbudza żadnych emocji - dodaje Aleksander Lesz, szef Softbanku. Wejście na parkiet bywa, choć nie zawsze, najtańszym sposobem pozyskiwania kapitału. Właściciel musi jedynie przekonać potencjalnych inwestorów, że warto zainwestować w jego firmę. Ostatnio udało się to Januszowi i Elżbiecie Filipiakom. W lutym 1999 r. cała emisja akcji Comarchu (wartości 14 mln zł) znalazła bardzo szybko nabywców. Akcje kosztowały wówczas 47 zł, a dzisiaj są warte 115 zł. Jeżeli ktoś kupił znaczną ich liczbę, to zrobił bardzo dobry interes. Ich faktyczna wartość wynosi bowiem 230 zł (Comarch przeprowadził podział akcji w stosunku jeden do dwóch). Rynkowa wycena firmy dziesięciokrotnie przewyższa jej wartość księgową. - Rozważaliśmy dwie drogi ekspansji - emisję akcji albo współpracę z funduszem venture capital. Ostateczna decyzja zapadła w listopadzie 1998 r., kiedy giełda odczuwała negatywne skutki kryzysu rosyjskiego. Ryzyko fiaska emisji było zatem ogromne. Szczególnie atrakcyjna wydawała się wtedy oferta funduszu, który gwarantował potrzebne nam pieniądze. Związek z nim ograniczał jednak naszą samodzielność. Chcieliśmy tego uniknąć, dlatego wybór padł na giełdę
- spomina Janusz Filipiak, prezes Comarchu.
Ryzyko się opłaciło. Pieniądze z emisji zainwestowane zostały m.in. w nowy zakład produkcji komputerowych systemów integracyjnych. Dzisiaj Comarch jest głównym producentem tych systemów i dostarcza je wszystkim największym krajowym operatorom telefonii. Obecność na parkiecie niesie za sobą wiele obowiązków. Regulacje wprowadzone na warszawski parkiet uchodzą za najbardziej rygorystyczne w Europie. Firmy muszą informować o każdym wydarzeniu mogącym mieć wpływ na kurs akcji. W przeciwnym razie płacą dotkliwe kary. - Mimo znacznych kosztów obecności na giełdzie, jest ona najlepszym miejscem do pozyskiwania kapitałów. Zwłaszcza dla firm z sektora IT, w którym warunki prowadzenia biznesu zmieniają się bardzo szybko. Płynność akcji na giełdzie umożliwia współpracę z kilkoma partnerami - przekonuje Roman Kluska, prezes Optimusa. Z pierwszej emisji akcji jego spółka uzyskała 45 mln zł, wtedy równowartość 23 mln USD. Pieniądze przeznaczono na rozwój produkcji komputerów i kas fiskalnych. Fundusze uzyskane w kolejnej emisji obligacji zamiennych na akcje (30 mln dolarów) zainwestowano w działalność internetową i multimedialną, produkcję systemów integracyjnych i nieruchomości. Powstała półka Optimus Pascal, właściciel najpopularniejszego portala internetowego w Polsce (www.onet.pl), który w listopadzie zanotował ponad 33 mln odwiedzin. Mimo wielomilionowych inwestycji, notowania akcji Optimusa nie mogą się jednak zbliżyć do swojego dawnego rekordowego poziomu. - Nie jest dla mnie ajważniejszy
kurs akcji spółki w krótkim okresie, jestem długodystansowcem - mówi prezes luska.
8 mln zł z pierwszej emisji akcji ComputerLand przeznaczył przede wszystkim a zakup firm produkujących oprogramowanie. - Uważałem, że powinniśmy być częścią polskiej gospodarki, a jej puls najmocniej czuć właśnie na giełdzie - mówi prezes spółki Tomasz Sielicki. - Publiczny status jest nieoceniony z punktu widzenia działań marketingowych, gdyż pozwala konsekwentnie budować zaufanie klientów. Umożliwia też stworzenie systemów motywacyjnych w firmie - dodaje. ielicki jest autorem pionierskiej w polskich realiach operacji motywowania menedżerów przez przyznawanie im opcji na akcje własnego przedsiębiorstwa.
Na rynku usług internetowych ComputerLand chce się skoncentrować na obsłudze lientów biznesowych. W przeciwieństwie do konkurencji "odpuścił sobie" indywidualnego klienta. Portale konkurencji: Onet oraz Wirtualna Polska (za 25 proc. jej akcji Prokom zapłacił 4 mln USD) zdobyły już taką popularność, że raczej nie ma już w polskiej sieci miejsca na równie silnych rywali. - Zależy i na tym, by ludzie widzieli we mnie sprawnego menedżera, a nie majętnego akcjonariusza. Czuję dużo większą odpowiedzialność za 70 proc. akcji współwłaścicieli Softbanku niż za własny pakiet - deklaruje prezes spółki Aleksander Lesz. Na razie akcjonariusze nie mają powodów do zmartwień. Firma osiągnęła w 1999 r. prawie 52 mln zysku, a jej kurs systematycznie rośnie. becność na giełdzie zmusza firmy do opracowania strategii rozwoju na co najmniej trzy lata, realizacji planów, wypłaty dywidendy i jasnej polityki informacyjnej. - Inwestorzy są w stanie bardzo wiele wybaczyć pod jednym warunkiem - muszą być rzetelnie informowani. Zaufanie i sympatię można stracić jeden dzień, a to oznacza dla firmy stagnację - tłumaczy szef Softbanku.
Trudno przecenić rolę giełdy w tworzeniu Polskiej Grupy Farmaceutycznej. ieniądze inwestorów (75 mln zł) pomogły Jackowi Szwajcowskiemu stać się jedną z najważniejszych postaci branży farmaceutycznej. Do 1998 r. był głównym akcjonariuszem spółki Medicines, pierwszej hurtowni farmaceutycznej notowanej na warszawskim parkiecie. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie status firmy publicznej umożliwił pozyskanie środków na fuzję z katowicką firmą Carbo największą w branży) i Cefarmem B. Szwajcowski, a nie szefowie większego Carbo, objął największy pakiet akcji i został prezesem nowej spółki. Analitycy twierdzą, że stało się tak dzięki temu, iż to on zarządzał wcześniej spółką notowaną na giełdzie. Środki pozyskane z kolejnych emisji pozwoliły PGF rzyłączyć kolejne przedsiębiorstwa. W rezultacie opanowała ona 20 proc. dystrybucji leków.



Więcej możesz przeczytać w 1/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0