Nowy globus

Nowy globus

Dodano:   /  Zmieniono: 
Nienaruszalność granic pozostaje ważną zasadą polityki międzynarodowej, ale nie jest już dogmatem
 


Kartografowie mają pełne ręce roboty, a wydawcy atlasów i map nie nadążają za rzeczywistością. Nic dziwnego. Od tego, co dzieje się z globusem w drugiej połowie XX w., może się zakręcić w głowie - jeszcze pięćdziesiąt lat temu na politycznej mapie świata istniało zaledwie co czwarte z obecnych państw, nie wspominając o przesunięciach granic. Terytorialne zmiany już dawno by pewnie spowszedniały, gdyby nie lata 90., kiedy znów zaczęły się pojawiać nowe flagi. Co roku przybywały średnio trzy państwa. Czy świat zaleje fala secesjonizmu? Niekoniecznie. Niemcy i Jemen się połączyły. Podobnie będzie chyba z Koreą. Podczas gdy USA bez fanfar przekazały w ręce Panamy kontrolę nad kanałem, po drugiej stronie Pacyfiku feta towarzyszyła przekazaniu Chinom przez Portugalię jej zamorskiej postkolonialnej prowincji Makao. Wcześniej chiński smok połknął Hongkong. Następnym celem ekspansji Państwa Środka ma być Tajwan. Wschodni Goliat żywi się zastrzykami świeżej krwi z małych, lecz świetnie rozwiniętych obszarów, zdając się przeczyć ogólnej tendencji rozwoju międzynarodowego. To klasyczny ekspansjonizm, choć dotyczy tradycyjnie chińskich obszarów. Tak wyglądało budowanie potęgi w minionej epoce - poprzez kontrolę nad jak największym terytorium, zamieszkującą je ludnością i bogactwami naturalnymi. Ostatnią taką próbą był atak Iraku na Kuwejt. Nastały inne czasy: kto przy zdrowych zmysłach, mając do wyboru obywatelstwo wielkiej Rosji (z całą tablicą Mendelejewa pod stopami) lub kieszonkowego, pozbawionego bogactw naturalnych Luksemburga, wybrałby to pierwsze? Giganci są na cenzurowanym. Poza USA (i Kanadą czy Australią, jeśli brać pod uwagę tylko obszar, a nie liczbę ludności) żaden z wielkich krajów (Rosja, Chiny, Indie, Brazylia, Indonezja) nie może mówić o sukcesie. Będą się raczej dzielić (jak Indonezja), choć na razie przykład Chin jest mylący. Małe państwa należą do najszybciej rozwijających się (Luksemburg czy Singapur). Biją na głowę konkurencyjnością nawet gospodarkę USA. Za kilka lat mimo nieporównywalnych potencjałów gospodarczych Polska może się zrównać z Rosją poziomem PKB.
O wiele ważniejsze od kontrolowania wielkich obszarów stało się pomnażanie nowocześnie rozumianego narodowego bogactwa, którego najważniejszym elementem staje się tzw. kapitał ludzki. Coraz mniej jest chętnych do pozostawania w granicach rozległych, za to słabo rozwiniętych i podatnych na konflikty państw. Pierwsi do opuszczenia tej czy innej dryfującej na mieliznę historii nawy państwowej są ci, którzy czują się najmocniejsi - wcale nie militarnie. Czesi nie stawiali przeszkód dążeniom emancypacyjnym Słowaków, licząc na przyspieszenie integracji z Zachodem. Maleńka, ale rozwinięta Słowenia pierwsza odłączyła się od Jugosławii. Byłe republiki bałtyckie ZSRR najszybciej podchwyciły szansę na niepodległość. Dziś Estonia (jak Słowenia) jest w pierwszej grupie krajów z dawnego Wschodu, które mają szansę wejścia do unii. Nieźle radzą sobie Litwa i Łotwa. Tymczasem Rosja pozostała w okowach myślenia imperialnego. Rozdziera szaty nad swoim upadkiem, obraża się na cały świat i nie może wejść na ścieżkę rozwoju. Nie jest nawet w stanie skutecznie ściągać podatków z olbrzymiego obszaru, jaki nadal - przynajmniej formalnie - kontroluje. Zamiast tego wdała się w Czeczenii w wojenną awanturę w starym stylu. Ta taktyka (umacniająca jedynie dążenia separatystyczne w Federacji Rosyjskiej - nie tylko na Kaukazie) może się okazać samobójcza. Wielkim paradoksem jest to, że największe zmiany granic w naszej dekadzie nie nastąpiły w Afryce (poza uzyskaniem niezależności przez Namibię i oddzieleniem się Erytrei od Etiopii), którą uważa się za zlepek krajów o sztucznych granicach, lecz właśnie w "cywilizowanej" Europie, gdzie zasada ich nienaruszalności (wcielona w życie po traumatycznych doświadczeniach dwóch wojen światowych) wydawała się nieomal świętością. Tabu zostało naruszone przez zjednoczenie Niemiec. Mimo wielu oporów (także w Polsce, która obawiała się zakwestionowania swej granicy zachodniej) dokonało się ono na podstawie porozumienia. W 1993 r. nastąpił równie aksamitny rozwód Czechów i Słowaków. Lawinę aktów secesyjnych wywołał upadek ZSRR. Po 1991 r. szansę wybicia się na niepodległość wykorzystały republiki związkowe. Wskutek tego Polska graniczy dziś na wschodzie z wianuszkiem niezależnych krajów. Po przymusowej przynależności do sojuzu próbują dziś one wchodzić w dobrowolne związki o charakterze ponadnarodowym, dobijając się do NATO i Unii Europejskiej. W odwrotnym kierunku (wbrew logice politycznego i gospodarczego rozwoju na kontynencie) zmierza tylko autokratyczny prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka. Postradzieckie kraje Kaukazu i środkowej Azji na ogół starają się umacniać stosunki z Zachodem, upatrując w nim gwaranta emancypacji i szansy na skok cywilizacyjny. To warunek konieczny przetrwania krajów, które zbudowały podwaliny państwowości, ale nie są w stanie zapewnić choćby minimalnego poziomu świadczeń publicznych i bezpieczeństwa socjalnego. Co najmniej od czasu Hobbesa wiadomo, że obywatele podporządkowują się polityce państwa w zamian za ochronę i bezpieczeństwo. Upadek komunizmu wywołał lawinę dążeń secesjonistycznych, ale nie da się ich wytłumaczyć jedynie tym. Co począć z próbami odłączenia się Padanii, Korsyki, Kraju Basków, Katalonii czy Quebecu? Taka tendencja pojawiła się na początku mijającej dekady nawet na Alasce. Niewątpliwie zanik wspólnego wroga (bloku komunistycznego) podsycił dążenia odśrodkowe na Zachodzie. Głównym motorem jest jednak gospodarka. Skoro demokratyczne państwo ma być głównie stróżem wolnego rynku (prywatyzować, ograniczać inflację, deficyt budżetu), czemu nie zrobić tego sprawniej - w ramach mniejszego państwa, które da sobie radę lepiej, nie odprowadzając lwiej części bogactw do odległego budżetu centralnego? Trudno zaprzeczyć, że Palestyńczycy chcą mieć państwo niezależne od bogatego Izraela z powodów innych niż ekonomiczne, albo że Baskom, Korsykanom i Irlandczykom nie chodzi o kwestie narodowościowe, religijne czy kulturowe. Lecz coraz bardziej do secesji pobudza globalizacja gospodarcza. Dzięki niej mały kraj wcale nie musi się udusić we własnym sosie. "Naszym celem nie była secesja (od Jugosławii), ale integracja (z UE i NATO)" - powiedział mi kiedyś prezydent Słowenii Milan KucŠan. Małe kraje i regiony, obawiając się dominacji większych sąsiadów, upatrują szansy w otwartych granicach. Chcą żyć na własne konto, ale nie w izolacji. Węgrzy z pewnością studiowali przypadek Luksemburga, o czym świadczy ich rosnąca aktywność nawet na bardzo odległych rynkach. Szkoci z podziwem patrzą na drogę, jaką dzięki związkowi z Unią Europejską przeszli Irlandczycy, wychodząc z cienia Wielkiej Brytanii. Wielu mieszkańców francuskojęzycznego Quebecu może chcieć rozwodu z anglo- języczną większością w Kanadzie, ale bardzo sobie chwali zacieśnianie więzów gospodarczych z USA w ramach obszaru wolnego handlu NAFTA. Rynek hiszpański ani francuski nie jest niezbędny do przetrwania Kraju Basków.
Tradycyjne państwa nie są jednak śmiertelnie zagrożone. Być może pewnego dnia Polska będzie mieć trochę mniej do powiedzenia na Śląsku (jak Hiszpania w Katalonii), ale za to więcej na forum ogólnoeuropejskim (jak Hiszpania wobec Francji i Niemiec). Ci, którzy wciąż tkwią w skansenie przebrzmiałych teorii i wyobrażeń, są najgorszymi obrońcami suwerenności - szkodzą nowocześnie rozumianym interesom własnego państwa. Z drugiej strony, globalizacja z pewnością podminowuje Hobbesowskiego Lewiatana - nawet w ewolucyjnej formie, jaką jest w Europie Zachodniej model państwa dobrobytu. Obnażyła słabość kolosa na glinianych nogach, jakim był ZSRR. Doprowadzając po krachu ekonomicznym do upadku zmurszałego systemu sprawowania władzy w Indonezji, umożliwiła secesję Timoru Wschodniego. Następna w kolejce jest prowincja Aceh. Czy Chinom próbującym uniknąć scenariusza radzieckiego (tylko pierestrojka gospodarcza, bez głasnosti i politycznej demokratyzacji) z powodu braku zrównoważonego rozwoju gospodarczego nie grozi właśnie scenariusz indonezyjski? Polityka Chin wydaje się raczej pozornym przykładem powrotu do epoki budowania mocarstwowych "potencjałów". Władzę nad nowymi terytoriami Pekin obejmuje zupełnie inaczej niż niegdyś nad Tybetem. Symboliczną wymowę miał triumfalny wjazd do Hongkongu żołnierzy na ciężarówkach, ale realnie istotniejsza była wymowa dynamicznego rozwoju pobliskiej specjalnej strefy gospodarczej w Szenzen.
Z grona tradycyjnych mocarstw to nie Chiny, które dobijają się o członkostwo w Światowej Organizacji Handlu i próbują przekształcić Szenzen w azjatycką Krzemową Dolinę, lecz Rosja zdaje się nie rozumieć logiki dziejów najnowszych, choć to Moskwa postawiła w latach 80. na demokratyzację systemu, podczas gdy Pekin miażdżył gąsienicami czołgów wolnościowe aspiracje studentów na placu Tiananmen i zaprowadzał stan wyjątkowy w Tybecie. Dziś jednak, kiedy przejmowaniu przez Chiny Makao towarzyszą dekoracyjne fajerwerki, Rosja wkracza do Czeczenii przy zgoła odmiennym akompaniamencie - artylerii i nowych typów bomb napalmowych.
Brutalna ekspedycja karna w kolonialnym stylu rozgrywa się na oczach obojętnego świata, choć wspólnota międzynarodowa dopiero co pomogła się wydobyć spod indonezyjskiej opresji Timorowi Wschodniemu, a wcześniej podjęła wielką operację, by zmusić reżim w Belgradzie do przerwania prześladowań kosowskich Albańczyków. Kosowo na papierze nadal pozostaje w granicach Serbii, ale faktycznie jest międzynarodowym protektoratem, a albańska większość prowincji nie pozostawia nikomu złudzeń - jej celem jest niepodległość. Ponadgraniczne procesy ekonomiczne, polityczne i kulturowe pomagają tworzyć wspólną tożsamość międzynarodową, a także lepiej rozwiązywać konflikty, gdyż oferują mechanizmy kompromisowego podziału dóbr i korzyści. Irlandia dzięki członkostwu w UE uwolniła się od zależności ekonomicznej od Wielkiej Brytanii i dziś eksportuje dwa razy więcej na rynki unii niż na brytyjski. W rezultacie otworzyła się droga do rozwiązania problemu Ulsteru.
Strażnicy suwerenności tradycyjnych państw muszą dziś walczyć na dwóch frontach - z wiatrakami światowych procesów gospodarczych i naciskami w sprawie przestrzegania praw człowieka. Mimo tych nowych, tak znaczących czynników trudno mówić nie tylko o międzynarodowym poparciu, ale nawet o oficjalnym przyzwoleniu dla separatystów. Nie mogą na nie liczyć ani Kurdowie, ani Czeczeni. Kwestia nienaruszalności granic nadal pozostaje jedną z najważniejszych zasad polityki międzynarodowej, choć już nie jej dogmatem.
Więcej możesz przeczytać w 1/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0