Horror w miasteczku

Horror w miasteczku

Rozmowa z DAVIDEM LYNCHEM


Kinga Dębska, Henryk List: - Po premierze "Prostej historii" pisano, że nie jest pan tym samym Lynchem co kiedyś, że pan złagodniał i "znormalniał".
David Lynch: - To nawet interesujące, zwłaszcza że koniec tysiąclecia powinien przynosić raczej obrazy apokaliptyczne. Moje filmy z czasów, kiedy nikt jeszcze nie interpretował kina jako zapowiedzi końca wieku, były bardziej drastyczne. Teraz, kiedy przemocy "w stylu Lyncha" jest na ekranie więcej, jestem nią znudzony. Słyszałem zresztą, że film Pedro Almodóvara "Wszystko o mojej matce" jest łagodniejszy niż jego wcześniejsze obrazy. Również David Mammet robi ostatnio spokojniejsze kino. Nie umawialiśmy się, więc może to jest symptom końca czasów w filmie?
- Dotychczas zgłębiał pan ciemną stronę ludzkiej osobowości. Czuje się pan w tej dziedzinie specjalistą?
- Nie zawsze analizuję wyłącznie ponurą stronę natury ludzkiej - towarzyszy jej jasna, a między nimi powinna istnieć równowaga. Moi bohaterowie miotają się, żeby ją odnaleźć. Często więc wyruszają w podróż, by zobaczyć, co dzieje się gdzie indziej.
- I grzęzną w trakcie tej ucieczki w miasteczkach na dalekiej prowincji. Wydaje się pan szczególnie zafascynowany takimi miejscowościami.
- Ciekawą historię mógłbym znaleźć również w Nowym Jorku. To wręcz śmieszne, jak dziwne rzeczy się nam zdarzają. Wychowywałem się jednak w miasteczkach na północnym zachodzie Stanów i mam do nich słabość, doskonale je czuję. Chętniej robię film o swoich sąsiadach niż o CIA czy FBI. Zresztą wolę skromniejsze fabuły bogate w detale.
- W pańskim najnowszym filmie "Prosta historia" prowincja została przedstawiona w sposób dużo bardziej pogodny niż w "Blue Velvet" czy "Miasteczku Twin Peaks".
- Nosimy w sobie bardzo różne doświadczenia. Właśnie z nich czerpiemy, kręcąc filmy. Każda decyzja, którą podejmuje reżyser, musi najpierw przejść przez jego wewnętrzny mechanizm. Tak więc wszystko w obrazach reżysera Davida Lyncha jest przefiltrowane i przetłumaczone na język filmu przez Davida Lyncha, mieszkańca amerykańskiej prowincji. W każdym moim obrazie jest bardzo dużo z dalekiej przeszłości, dorastania i zrozumienia świata, który nas otacza. Poza tym uwidacznia się cała moja przeszłość. Przekonany jestem (i pozostaję temu wierny), że wszystko, co zdarzyło się w naszym życiu, ma znaczenie.
- Jednym z motywów "Prostej historii" jest scena zbioru plonów.
- Ma ona ogromne znaczenie. Bohater filmu zaczyna podróż na obszarze płaskim, równinnym, a kiedy przemierza połacie drogi, krajobraz staje się coraz bardziej górzysty. Zmieniają się również pory roku. W dodatku widz ustawiony jest w środku pola kukurydzy. Okazuje się, że na tle cyklu przyrody nasze wewnętrzne przemiany nie są takie ważne.
- Ważni są natomiast ludzie, których Alvin, bohater filmu, spotyka po drodze. To jakby skrócony obraz społeczeństwa.
- Alvin nie spotkał nikogo, kto chciałby go napaść. Historia rozgrywa się w rejonach, gdzie ludzie polegają na sobie i pomagają nawzajem. To dziwne miejsce - wszyscy farmerzy są mniej więcej tak samo bogaci, a ceny są niskie. Osoby, które Alvin spotyka, to naprawdę dobrzy ludzie.
- Można więc powiedzieć, że "Prosta historia" to patriotyczny film Davida Lyncha?
- Myślę, że wszyscy ludzie mogą się osobiście odnieść do postaci Alvina Straighta. Tu chodzi o jego człowieczeństwo, które nie ma nic wspólnego z Ameryką czy innym krajem. Tak, film dzieje się w Ameryce, ale błędem byłoby mówienie, że to opowieść patriotyczna.
- Dlaczego w tej historii nie ma żadnych trików, które widzom kojarzą się z Lynchem?
- To film tradycyjny. Dla mnie ważne jest tu tempo akcji, emocje wywoływane są poprzez połączenie wizualnych wrażeń z muzyką. Historię tę można byłoby pewnie pokazać szybciej, dynamiczniej, ale ten film celowo ma tempo życia starszego człowieka, jazdy osiem kilometrów na godzinę, powoli zmieniającej się natury.
- Obsada filmu jest doskonała. Gra Sissy Spacek, ogromne wrażenie robi też kreacja Richarda Farnswortha.
- Sądzę, że ten film najwięcej zawdzięcza Richardowi, jego umiejętności ożywiania zjawisk i rzeczy. Nie rozumiem, dlaczego nie jest on supergwiazdą i od dwudziestu lat nie gra głównych ról. To jeden z największych współczesnych aktorów.
- Jest pan jednym z niewielu amerykańskich reżyserów, którzy od lat skutecznie mediują pomiędzy wielkimi produkcjami a niezależnym kinem autorskim. Czy zrobiłby pan film w studiu hollywoodzkim?
- Nigdy nie kręciłem w wielkim studiu, nigdy nie byłem poddany tradycyjnej studyjnej obróbce. W wielkich wytwórniach, jeżeli nie kręcisz wielkiego hitu, trudno osiągnąć całkowitą kontrolę nad ostateczną wersją obrazu, co wydaje mi się absurdalne. W takich warunkach nigdy nie robisz swojego filmu, nie realizujesz swojej wizji. Już lepiej przestać w ogóle kręcić. Bo po co? Jedyną drogą prawdziwego reżysera jest artystyczna wolność i praca z ludźmi, którzy wierzą w to, co on robi. Takie są warunki mojego układu zawartego z Hollywood.
- Dziewięć lat temu dostał pan Złotą Palmę za "Dzikość serca". Czy ma pan jakieś nadzieje na następną nagrodę?
- Nie, żadnych. Bardzo lubię festiwal w Cannes. Jestem przekonany, że w takiej właśnie formie można świętować kino. Ale tak naprawdę chodzi mi o zaprezentowanie filmu, a nie o nagrodę.
- Pana wcześniejsze obrazy wciąż żyją, ale nigdy nie były wielkimi sukcesami.
- Tak, wciąż o nich słychać. Były wielkimi sukcesami, ale tylko dla mnie. Kocham je wszystkie. Kiedy kończysz film i oddajesz go światu, trudno jest mieć do niego chłodny stosunek. "Zagubiona autostrada" traktuje o chorobie psychicznej. Wielu ludzi nie rozumie natury tego schorzenia, ja też nie rozumiem go do końca, ale to nie jest abstrakcja. To stan faktyczny - ciężko jest się do niego ustosunkować, ale lubię się zagłębiać w to szaleństwo. Dla mnie ta idea była niezwykle pociągająca, ale rozumiem, dlaczego ludzie nie walili do kin drzwiami i oknami. Moim ulubionym obrazem jest "Twin Peaks: Ogniu krocz za mną". Uwielbiam świat Twin Peaks, znowu chciałbym się tam znaleźć. Nie mogę kontrolować losu ani reszty świata. Próbuję wywierać wpływ na to, co jest w moim zasięgu.

Okładka tygodnika WPROST: 1/2000
Więcej możesz przeczytać w 1/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0