Spirala ryzyka

Spirala ryzyka

Rozmowa z TOMMIM MAKINENEM, czterokrotnym mistrzem świata w rajdach samochodowych
Marcin Klimkowski: - Co sprawia, że już czterokrotnie okazał się pan lepszy od swoich najwyższej klasy rywali?
Tommi Makinen: - To kombinacja wielu czynników. Dobrze mi się pracowało i pracuje z pilotami, obecnie z Risto Mannisenmakim, poza tym mam bardzo dobry samochód - mitsubishi lancer evo VI. Trudno pominąć zespół współpracowników z Marlboro Mitsubishi Ralliart, który współdecyduje o sukcesie. Zwycięstwo w sportach motorowych jest zawsze zwycięstwem całej, często bardzo dużej ekipy.
- Ale chyba najważniejszy pozostaje kierowca?
- Rajdy pod żadnym pozorem nie są sportem indywidualnym. Ja i mój pilot to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Mamy bardzo oddany zespół, także ludzi w Anglii i Japonii; to dzięki ich ciężkiej pracy możemy święcić triumfy. Oczywiście, ważne jest też doświadczenie - to kluczowe, by wiedzieć, czego można się spodziewać po własnym samochodzie, po innych kierowcach, z którymi się ścigamy. Przed rozpoczęciem rajdu mamy możliwość zapoznania się z odcinkami specjalnymi zaledwie dwukrotnie podczas rekonesansu. Ale mając dobry opis trasy i dobrze pamiętając ją z poprzednich lat, zyskuje się przewagę. Dzięki temu można doskonale poznać odcinki specjalne i agresywniej pojechać, zaatakować, zwyciężyć.
- Finowie zawsze znajdują się w czołówce rajdowej klasyfikacji. Czy jesteście bardziej utalentowani niż przedstawiciele innych krajów, czy to może kwestia jakichś specyficznych cech narodowych?
- To chyba najczęściej zadawane mi pytanie przez dziennikarzy. Nad sensowną odpowiedzią myślę już od kilku sezonów. I nie znajduję jednej, prostej. Być może my, Finowie, po prostu lubimy jeździć. Mamy doskonałe drogi, zarówno szutrowe, jak i asfaltowe.
- Jak radzi pan sobie z ogromnym stresem podczas wyścigów?
- Dużo biegam, zwykle podczas rekonesansu przed rajdem. Gram w hokeja. Lubię jazdę na rowerze i motocyklu enduro w lesie. W zimie dużo jeżdżę na nartach i skuterze śnieżnym. W ogóle uwielbiam szybkość i życie na najwyższych obrotach. Bardzo pomaga mi jednak przy tym rodzinna atmosfera. Mam synka, Henry'ego, i wielu przyjaciół w moim kraju. Spotykam się z nimi zawsze, kiedy jestem w domu. Ale kiedy sezon składa się z jedenastu miesięcy pracy - rajdów, testów i promocji - nie jest łatwo. Czasami czuję, że to zbyt wiele dla mojej rodziny, że za dużo płaci za moje sukcesy. Poza tym mam wrażenie, że nie zmieniłem się ani trochę. Wciąż to, co bardzo lubię, to wracać na moją farmę, spotykać się z przyjaciółmi i rodziną.
- Gdzie w dyscyplinie sportowej, którą pan uprawia, znajduje się granica śmiertelnego ryzyka?
- Wraz z doświadczeniem zdobyłem pewność siebie. To pozwala mi podejmować kalkulowane ryzyko i atakować. Muszę podejmować ryzyko. Jeśli tego nie robię, wtedy robią to inni kierowcy, moi konkurenci. I oni są wówczas szybsi. Nie ma jednego przepisu na zwycięstwo, trzeba jeździć w granicach możliwości własnych i samochodu, którym się dysponuje. Ale czasami, kiedy inni atakują i jadą szybciej - ty musisz atakować i podejmować skrajne ryzyko. Tak więc chyba nie ma tej granicy, o którą pan pyta.
Okładka tygodnika WPROST: 32/2000
Więcej możesz przeczytać w 32/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0