Klucz do Jerozolimy

Klucz do Jerozolimy

Jak pogodzić przywiązanie Żydów i Palestyńczyków do Świętego Miasta?
Na średniowiecznych mapach świata najważniejszym pun-ktem odniesienia była Jerozolima. To do niej biegły wszystkie drogi, to ona znajdowała się w centrum zainteresowania ówczesnych kartografów. Dziś świat znowu zdaje się kręcić wokół Jerozolimy. Szczyt w Camp David udowodnił, że bez wyjaśnienia jej statusu nie może być mowy o pokoju na Bliskim Wschodzie. Na nic zdały się zabiegi Billa Clintona, by znaleźć kompromis i doprowadzić do zawarcia pokoju między Palestyńczykami a Izraelczykami. Bez echa pozostały także wezwania papieża do nadania wschodniej Jerozolimie statusu międzynarodowego. Za postęp można uznać jednak, że jerozolimski temat tabu stał się po raz pierwszy przedmiotem pertraktacji.
Występując w roli pośrednika, Stany Zjednoczone zobowiązały się w 1991 r. do poważnego potraktowania żądań Palestyńczyków, domagających się zwrotu wschodniej Jerozolimy. Po historycznym przełomie w Oslo w 1993 r. strony postanowiły się zająć kwestią spornego miasta w ciągu trzech lat. Udało się to dopiero po upływie siedmiu lat. Wielu Palestyńczyków nie kryje niezadowololenia z postawy własnych władz, oskarża je o bierność i zbytnie uleganie Izraelowi, a proces pokojowy nazywa "dyktatem pokoju". - Wielu Palestyńczyków czuje się "ofiarami pokoju"; nasiliły się konfiskaty, rugowanie ich z domów i ziemi. Ich sytuacja ekonomiczna się pogorszyła, a w zamian nie uzyskali więcej wolności. Czujemy ogromną presję z ich strony - tłumaczyła w rozmowie z "Wprost" pod koniec ubiegłego roku Hanan Ashrawi, członek Palestyńskiej Rady Ustawodawczej.
Kilka dni po szczycie w Camp David Izraelczycy i Palestyńczycy zaczęli zgodnie twierdzić, że piętnastodniowe rokowania nie przyniosły wprawdzie historycznego przełomu, ale stanowią duży krok ku zawarciu ostatecznego układu pokojowego. Wyraźnym tego sprawdzianem okazała się współpraca obu stron, mająca na celu zapobieżenie kolejnej fali przemocy ze strony "ulicy palestyńskiej" i zbrojnej reakcji izraelskiej. "Od czasu podpisania pierwszego izraelsko-palestyńskiego układu pokojowego we wrześniu 1993 r. nigdy nie posunęliśmy się tak daleko w rokowaniach jak w Camp David" - oświadczył Saib Arikat, jeden z głównych negocjatorów Autonomii. Opinia ta, początkowo odosobniona i zaskakująca, została podchwycona przez polityków z otoczenia premiera Izraela Ehuda Baraka. Według nich, jednym z głównych osiągnięć szczytu w Camp David jest fakt, że USA i Palestyńczycy po raz pierwszy uznali, iż na Zachodnim Brzegu od lat istnieją skupiska osadników żydowskich (200 tys. osób). Z kolei współpracownicy Jasera Arafata powtarzają, że "Izraelczycy pierwszy raz zgodzili się, aby negocjacje nad ostatecznym układem pokojowym objęły też kwestię statusu wschodniej Jerozolimy".
Zagadnienia te nie zostały wprawdzie oficjalnie podsumowane i zaprotokołowane podczas szczytu w Camp David, ale z pewnością posłużą za punkt wyjścia w dalszych rokowaniach pokojowych. Potwierdziła to pośrednio sekretarz stanu USA Madeleine Al-bright, stwierdzając, że wszyscy uczestnicy rokowań w Camp David będą teraz mieli "trochę czasu" na dokładne przemyślenie tego, o czym rozmawiali. Wiadomo już, że w najbliższych tygodniach na Bliski Wschód przybędzie z misją sondażową Sandy Berger, doradca ds. bezpieczeństwa Białego Domu. Celem jego podróży będzie przygotowanie kolejnego szczytu pokojowego, który - zdaniem Jasera Arafata - odbędzie się prawdopodobnie w sierpniu, choć niekoniecznie w Camp David. W przedostatni dzień lipca w Jerychu spotkali się już izraelscy i palestyńscy negocjatorzy.
Wygląda na to, że Palestyńczykom udało się zrealizować to, co zawczasu postanowili, czyli "przewlekły szczyt", podczas którego Arafat będzie próbował storpedować taktykę Baraka, zakładającą jednorazowe i całościowe załatwienie wszystkich problemów. Arafat ma nadzieję uzyskać więcej małymi krokami, na co Izrael i USA miałyby mu pozwolić w obawie przed jednostronnym proklamowaniem państwa palestyńskiego już 13 września. Władze Autonomii dają zresztą do zrozumienia, że termin ten nie jest "wyryty w kamieniu", a proklamowanie państwa może nastąpić później. Jednocześnie powtarzają, że wolą to uczynić w porozumieniu z Izraelem, USA i Unią Europejską.
- Najpierw trzeba wyjaśnić sprawę granic, ziemi i zasobów (głównie wody), a także ludzi. Samo proklamowanie państwa palestyńskiego nie ma większego znaczenia, gdyż ważne są realia. Posiadanie państwa bez Jerozolimy nie ma sensu - tłumaczyła Ashrawi. - Posiadanie państwa, które nie jest demokratyczne, też jest nie do przyjęcia. Powstanie państwa w innych granicach niż te z 1967 r. również jest niemożliwe. Wiadomo, że państwo palestyńskie powstanie, ale zanim to nastąpi, musimy mieć wszystkie jego składniki.
W Camp David ich ustalenie okazało się niemożliwe. Jaser Arafat wrócił ze szczytu wmocniony po tym, jak odrzucił izraelskie propozycje przyznania Palestyńczykom ograniczonej suwerenności we wschodniej Jerozolimie. Witany w Gazie jako "współczesny Saladyn" ma teraz za sobą także poparcie krajów arabskich. Wszystko to może mu zapewnić większą swobodę manewru, dzięki czemu będzie mógł się porozumieć z Izraelem w sprawie Jerozolimy na jednym z kolejnych szczytów pokojowych. Nie może jednak przekroczyć pewnej granicy - za takie ostrzeżenie można uznać sugestię Billa Clintona, że ambasada USA w Izraelu mogłaby zostać przeniesiona z Tel Awiwu do Jerozolimy.
Także Ehud Barak odniósł niewątpliwe korzyści z Camp David, prezentując się opinii światowej jako polityk gotów do daleko idących kompromisów terytorialnych. W Izraelu premier przygotował grunt pod przyszłe układy pokojowe, które mogą się okazać niezwykle bolesne dla wielu ludzi w tym kraju. Możliwe, że Barak zdoła zgromadzić wokół siebie zwolenników procesu pokojowego, dzieki czemu mógłby utworzyć nową, choćby nawet chwiejną, koalicję rzadową. Jeśli zaś Izrael i Palestyńczycy wynegocjują pokój w najbliższych miesiącach, Barak będzie mógł rozpisać przedterminowe wybory, a jego atutem będzie historyczny układ z Palestyńczykami. Na razie sytuacja premiera jest dosyć dziwna - z Camp David wrócił wzmocniony politycznie, ale nie ma koalicji rządowej.
Mimo pogłębiających się podziałów w społeczeństwie izraelskim, jedna kwestia wydaje się poza dyskusją - prawo do całej Jerozolimy. Czy w takiej sytuacji jest szansa na uniknięcie kolejnego konfliktu?


Okładka tygodnika WPROST: 32/2000
Więcej możesz przeczytać w 32/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0