Profesjonały

Profesjonały

Potrząsnęli Polską 1998
Stanisław Bortkiewicz - uzdrawiacz. Lekarz Zygmunta Wrzodaka, szefa ursuskiej Solidarności, zajmującego się po godzinach wykrywaniem Żydów. Mianowany prezesem Ursusa z zadaniem jego uzdrowienia, postawił diagnozę, że zadłużony na grube biliony socjalistyczny kombinat jest wielkim sukcesem polskiej myśli technicznej, któremu do zachowania świetnej kondycji nie trzeba żadnego inwestora z Zachodu, a wystarczą rodzime zastrzyki finansowe. Zaordynowana przezeń terapia iniekcyjna miała objąć emisję obligacji gwarantowanych przez skarb państwa, które kupiłby obligatoryjnie (stąd zresztą nazwa tych papierów) cały Naród Polski (kwestę przeprowadziłoby Radio Maryja), a dodatkowo Elektrownia Bełchatów, od której Ursus bierze prąd, i fabryka cukierków, dostarczająca mu paczki świąteczne. Krytycznie recenzujących tę terapię obiecał pozywać do sądu siłami najwybitniejszych adwokatów RP.

Marian Dziurowicz - bramkarz. Strzegąc powierzonego jego pieczy - przez dawnych towarzyszy - biznesu piłkarskiego, nie wpuścił doń kontrolerów Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki, zamknął przed nimi kasę z papierami i wytoczył im proces sądowy o naruszanie miru swojego folwarku pod nazwą PZPN. W odróżnieniu od innych bramkarzy - futbolowych i knajpianych - nieprzekupny i nie do pokonania. Strzeżonych przezeń związkowych magazynów nie sforsowały nawet transporty sprzętu milionowej wartości, który to sprzęt - według kwitów celnych - powinien tam być. Skierowany przez prezesa UKFiT Jacka Dębskiego wniosek do prokuratury skwitował szerokim uśmiechem zastępującym wizytówkę z nazwiskiem.

Piotr Gadzinowski - pornoseł. Syn piekarza ze świętej Częstochowy, dziś członek parlamentu RP z ramienia tygodnika "Nie" (w przypomnianych za sprawą wystawy w Zachęcie realiach PRL niżej od "członka z ramienia" plasował się już tylko "zastępca członka"). Zaprosił gwiazdkę filmów klasy X Dalilę do odwiedzenia Sejmu w charakterze eksperta komisji ds. rodziny. Wyrzucony wraz z nią z obrad tejże komisji, zamyśla poskarżyć się do Strasburga jako ofiara polskiej nietolerancji. Kłopot w tym, że skargi do Trybunału Praw Człowieka wnosić można w każdym języku europejskim, byle cenzuralnym, od którego on - jako długoletni funkcjonariusz organu Urbana - skutecznie był odwykł.

Kazimierz Grabek - żelmen. Występując w trzech osobach - jako właściciel dwóch polskich fabryk produkujących żelatynę, ojciec młodocianej właścicielki trzeciej z nich i prezes związku producentów żelatyny zrzeszającego wszystkie trzy - uzyskał od rządu zakaz importu żelatyny na wniosek nieznanego ministra. Dysponując właściwościami nadprzyrodzonymi, wyzwolił transcendentną energię u doktora Maciołka z resortu rolnictwa, który odpowiedział pewnej stewardesie na nie napisany przez nią list w sprawie choroby świętych krów, wywoływanej przez żelatynę z importu, odebrał słuch rzecznikowi rządu Tomaszowi Tywonkowi, który nie był w stanie odsłuchać taśmy z posiedzenia gabinetu, i odjął mowę posłom, którzy - z wyjątkiem jednego Jana Lityńskiego - podczas specjalnej sejmowej debaty w tej sprawie nie mieli żadnych pytań. W sumie autor najnowszej z nie wyjaśnionych zagadek współczesnej historii Polski, opatrzonych gryfem tajności na 30 lat.

Piotr Ikonowicz - protestator. Niezawodny uczestnik - bez względu na pogodę - wszelkich manifestacji, wieców, masówek i pochodów protestacyjnych w każdej sprawie: od obrony peryferyjnego województwa po zakaz importu owoców kiwi, godzącego w interes polskiego chłopa. Wzbudza masowy entuzjazm leniwych i niewydajnych obietnicą powrotu do krainy marzeń: "Tak jak odzyskaliśmy słowo ťtowarzyszŤ, tak odzyskamy słowo ťsocjalizmŤ. Nie chcemy kapitalizmu z ludzką twarzą ani z żadną inną twarzą, bo nas nie interesuje żaden kapitalizm". Co wyrzekłszy, wsiada do zaparkowanego za rogiem samochodu kapitalistycznej produkcji, wartego kilka razy więcej niż statystyczne gospodarstwo rolne w RP, po czym jedzie coś zjeść i wypić z importu w którejś z najdroższych restauracji warszawskich, należących do jego rodziny. Budzi podziw odpornością organizmu, zwłaszcza wątroby i nerek.

Marian Jurczyk - trzeciodrogowiec. Zagorzały antykomunista, lider radykalnego skrzydła pierwszej "Solidarności"; zapowiedzią wieszania czerwonych przypieczętował decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego. AWS i ROP są dla niego zbyt lewicowe, dlatego wystartował w wyborach do Senatu pod własną firmą - został prezydentem Szczecina głosami radnych SLD, którzy dają mu porządzić. Jego program to wyrzucenie z miasta inwestycji zagranicznych, wstrzymanie prywatyzacji, walka z supermarketami i sprzeciw wobec umieszczenia w Szczecinie sztabu międzynarodowego korpusu polsko-duńsko-niemieckiego, grożącego Polsce tym, że - jak ubolewa - przyjedzie "300 zagranicznych żołnierzy i 150 ich rodzin". Autor koncepcji "trzeciej drogi": politycznego sojuszu partii Leszka Millera z Radiem Maryja, które na jego cześć ułożyło już nabożną pieśń.

Aleksander Kwaśniewski - meblany. Idąc za przykładem Michaiła Gorbaczowa, który promował pizzę, wystąpił w reklamie jednej z polskich fabryk mebli. Nie poszedł jednak w ślady swego radzieckiego mistrza i nie stał się eksprezydentem, natomiast Antoniego Styrczulę, swojego rzecznika, który w jego imieniu podpisywał kwity reklamowe, zrobił eksrzecznikiem. Przy okazji przemeblował kancelarię, zabierając krzesło z gabinetu rzecznika prasowego prezydenta, i odtąd na stanowisku tym jest wakat. Funkcję tę wykonuje zastępczo prawnik kancelarii Ryszard Kalisz, w porównaniu z którym prezydent jawi się jako człek dotknięty anoreksją.

Wiesław Niewiadomski - notesariusz. Brat Dziada, szefa grupy wołomińskiej, znany jako Wariat. Śmiertelnie zatruty pastylką z ołowiu, miał przy sobie zapiśnik z nazwiskami i adresami powiązanych z gangiem polityków, prokuratorów, policjantów i biznesmenów oraz notatkami świadczącymi, że miał z nimi rozliczenia finansowe. Jeden z zapisanych, biznesmen Krzysztof H., najpierw wyparł się tej znajomości, potem przypomniał sobie, że doradzał Wariatowi w sprawach finansowych, wreszcie przyznał, że zna go od ćwierćwiecza, a nawet kiedyś uratował mu życie. Zanim doszło do podobnych wynurzeń kolejnych osób z listy, notes zniknął i nikt go nawet nie próbuje szukać.

Bogusław Paleczny - peronowy. Duszpasterz bezdomnych z warszawskiego Dworca Centralnego, kładł się krzyżem, pragnąc nie dopuścić, by ich przeniesiono z zimnej hali dworcowej do ciepłej noclegowni, gdzie mieliby dach nad głową, miękkie łóżka, prysznice i trzy posiłki dziennie, ale musieliby czasami posprzątać po sobie i nie wolno byłoby im pić wódki. Skarcony przez zakonnych przełożonych, zorganizował komitety w swej obronie, czerpiące z bogatych zasobów ludzkich Rodziny Radia Maryja ojca Rydzyka i Konfraterni Żwiru Świętego brata Świtonia. Autor pieśni peronowej "Precz hołoto", poświęconej - jak sam tytuł wskazuje - Unii Europejskiej.

Ewa Spychalska - krytyczka. Będąc młodą ambasadorką RP na Białorusi, mianowaną przez prezydenta Kwaśniewskiego, miała dwa krytyczne wystąpienia. Jedno wobec Aleksandra Grigoriewicza Łukaszenki - że w jej rezydencji jest zimno - i drugie wobec białoruskiego tygodnika - że jej nowy szef Bronisław Geremek usuwa z ministerstwa wypróbowanych towarzyszy. Łukaszenka, ludzki człowiek, zaraz sprawił, że w rezydencji zrobiło się ciepło. Geremek, okrutnik, odwołał ją z Mińska. Aby wynagrodzić jej to okrucieństwo, Aleksander Kwaśniewski dał jej ciepłą posadę w swojej kancelarii.

Franciszka Szklarska - wstrzymywaczka. Emerytka, która jednoosobowo wstrzymała budowę warszawskiej Trasy Siekierkowskiej, bez której stolicę czeka całkowita zapaść komunikacyjna. Podpisane jej nazwiskiem skargi przeciwko budowie trasy sparaliżowały pracę sądów i urzędów, które nigdy nie zdołały doręczyć jej wezwania na rozprawę, a pod jej nieobecność nie mogły wydać orzeczenia. Nikt jej nie widział; nie wiadomo, czy w ogóle istnieje.

Kazimierz Świtoń - ustawiacz. Zamieniwszy oświęcimskie żwirowisko w pole namiotowe, zasłynął z najszybszego w czasach nowożytnych tempa ustawiania konstrukcji drewnianych. Jego rekord to 12 konstrukcji czterometrowych i 40 dwumetrowych w ciągu doby (lepsze wyniki miało tylko paru rzymskich cesarzy). Upomniany przez katolickiego biskupa, że przedmiot jego hobby jest symbolem wiary, do którego nie przystoi przymierzać miary Stachanowa, stracił zaufanie do hierarchii kościelnej i odtąd wierzy tylko emerytowanemu agentowi SB, bohaterowi głośnej przed laty afery "Żelazo", który gustuje dziś w materiałach bardziej naturalnych: drewnie i żwirze.

Dariusz W. - pałacjant. Biorąc najwidoczniej za wzór wykreowanego przez dowcip stanu wojennego zomowca, który dał taki wycisk elementowi antysocjalistycznemu, że aż mu się kredki z tornistra wysypały, podczas akcji prewencyjnej przeciw słupskim "szalikowcom" obrał sobie za przeciwnika drobnego trzynastolatka. Śmierć chłopca była przyczyną tygodniowych rozruchów ulicznych w Słupsku. Pobito wówczas kilkudziesięciu policjantów. Przy okazji śledztwa w sprawie "pobicia nieletniego ze skutkiem śmiertelnym" wyszło na jaw, że Dariusz W. zawsze lubił komuś przyłożyć, bo ma taką naturę, zaś jego pech polega tylko na tym, iż wstąpił do zaszczytnej służby mundurowej za późno: gdyby pełnił ją pod rządami generała Kiszczaka, czekałyby go nagrody i awanse, a nie proces, w którym odpowiada jednak z wolnej stopy; sąd miłosiernie otacza jego nazwisko dyskrecją.

Sławomir Walacki - wywózkowy. 22-letni szef Frakcji Młodych SdRP w Bydgoszczy, z zawodu ochroniarz. Jako prymus wyszkolenia partyjnego został szefem organizacji wojewódzkiej już trzy miesiące po wstąpieniu do ugrupowania Leszka Millera. Sięgnął do dorobku klasyków w dziedzinie masowych deportacji, twórczo adaptując ich wskazania do potrzeb polskich warunków roku 1998. "Cały katolicki kler powinno się zapakować w bydlęce wagony i wywieźć tam, gdzie jest jego miejsce" - oznajmił. W rewanżu pewne radio ochrzciło jego frakcję mianem "Miller-Jugend", na skutek czego zrobiło się sympatycznie w dwójnasób.

Jan Zaborowski - lewotorowiec. Prezes związku zawodowego maszynistów kolejowych, który dopiero z chwilą powyborczej "zmiany wajchy" doszedł do przekonania, że ludziom jego profesji źle się dzieje w państwie polskim i - na dzień dobry dla nowego rządu - proklamował strajk powszechny, pokazując w ten sposób, że tor kolejowy (wbrew potocznym wyobrażeniom) ma obie szyny lewe. Zastopował próbę reform PKP, zmuszając ich autora, ministra transportu , do złożenia dymisji. Dając do myślenia, kto naprawdę rządzi w kraju węgla i stali, na wszelki wypadek już teraz każe się tytułować prezydentem.

Okładka tygodnika WPROST: 1/1999
Więcej możesz przeczytać w 1/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0