Portfel Europy

Portfel Europy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy wspólna waluta pomoże Unii Europejskiej stać się supermocarstwem XXI wieku?

Na przełomie nowego i starego roku pracownicy banków w londyńskim City i Frankfurcie nad Menem, nowej  finansowej stolicy Europy, gdzie mieści się Europejski Bank Centralny, zamiast strzelać korkami od szampana,  mają pełne ręce roboty - już od dawna przygotowują się na przyjęcie euro. Od nowego roku jedenaście krajów  Unii Europejskiej zaczyna się posługiwać nową, wspólną walutą.
Wprawdzie Wielka Brytania nie wejdzie teraz do unii monetarnej (EMU), ale nie zmienia to faktu, że Londyn jest nadal faktycznym centrum finansowym kontynentu. Ma tu swoje siedziby ponad 550 banków - więcej niż w Nowym Jorku i Tokio. Władze miejskie Londynu obiecały, że podczas weekendu z 2 na 3 stycznia metro na głównych liniach będzie kursować tak jak w dni powszednie, by ułatwić życie bankowcom.
Trudno będzie uniknąć przykrych sytuacji - gdy na przykład płatności w euro dotrą do klientów, którzy nie mają jeszcze rachunków w tej walucie. Kłopoty pojawią się w relacjach z pozaeuropejskimi instytucjami finansowymi. Na pocieszenie europejscy bankowcy mówią, że japońskie banki, zmagające się z kryzysem w Azji i brakiem płynności finansowej, miały dużo poważniejsze problemy niż inauguracja euro.
Gorączka w instytucjach finansowych będzie zaledwie przedsmakiem tego, co czeka wszystkich za trzy lata. W 2002 r. w Europie trzeba będzie zastąpić 13 miliardów banknotów i 80 miliardów monet używanych do tej pory w państwach członkowskich unii monetarnej. Być może nawet więcej, jeśli w tym czasie nastąpi dalsze rozszerzenie EMU. Przyzwyczajeni do banknotów jednej wielkości Finowie będą musieli przywyknąć do siedmiu różnych. We wszystkich krajach trzeba będzie przystosować do nowych monet miliony ulicznych automatów: telefonicznych, parkingowych, z napojami czy papierosami. W samych Niemczech pochłonie to prawie miliard marek.
Mimo początkowych trudności gra jest warta świeczki. Kanclerz Austrii sam przez telefon udzielał obywatelom odpowiedzi na pytania dotyczące nowej waluty. Hiszpańska telewizja w pełnych patosu reklamach przekonuje widzów, że chodzi o wielką stawkę - euro zniesie bariery i otworzy im na całą szerokość drzwi do Europy. Nie ma w tym żadnej przesady. Przeciwnie - skutki pojawienia się wspólnego pieniądza są w tych reklamach wręcz niedoceniane. Trudno będzie to zauważyć od razu, ale euro sprawi, że Europa zmieni się niemal nie do poznania. Wszystko po to, by rzucić wyzwanie światu, zwłaszcza Stanom Zjednoczonym. Nowy pieniądz trafi do portfela przeciętnego zjadacza chleba dopiero w lipcu 2002 r. (choć mając rachunek bankowy w euro, już teraz będzie można płacić tą walutą za pomocą czeków i kart kredytowych). Od początku 1999 r. euro zacznie natomiast służyć do regulowania transakcji handlowych i płatności między podmiotami gospodarczymi, co wywoła głębokie zmiany o długofalowych konsekwencjach.
Integracja europejska zaszła już bardzo daleko, ale całkowicie wolny przepływ ludzi, kapitałów, towarów i usług w skali całej Unii Europejskiej jest raczej zasadą niż rzeczywistością dnia codziennego. Euro ma być kluczem do zmiany tej sytuacji. "Kopernikański przewrót" nastąpi na europejskich rynkach kapitałowych. Wspólna waluta umożliwi powstanie rzeczywiście jednolitego rynku kapitałowego. Obecnie europejskie rynki kapitałowe są pokawałkowane. Z najbardziej otwartego - brytyjskie- go - zaledwie jedna piąta środków trafia za granicę. W wypadku Niemiec, Francji i Włoch jest to zaledwie jedna dwudziesta! Przyczyną tego swoistego "izolacjonizmu" kapitałowego są granice wyznaczane przez narodowe waluty. Dotychczas inwestor, decydując się na wyjście poza obszar, na którym obowiązywał jego narodowy pieniądz, ponosił dodatkowe ryzyko związane z kursem wymiany walut. Teraz tylko zwiększy ryzyko, jeśli zechce zostać ze swoimi pieniędzmi we własnym kraju. Bardziej rozsądne będzie bowiem rozproszenie ich w całej strefie euro. Do tej pory również większość banków kredytowała głównie przedsięwzięcia rodzimych firm. Wyjątek robiono dla wielkich korporacji. Obecnie euro zdeponowane we Frankfurcie będzie można pożyczyć w Sewilli czy Porto bez ponoszenia ryzyka związanego z kursem wymiany.
Turyści na podobne udogodnienia będą musieli poczekać. Napisy "cambio", "wessel" i "exchange" znikną dopiero za trzy lata. Do tego czasu ktoś, kto zdecyduje się wjechać z tysiącem dolarów do Unii Europejskiej i objechać piętnaście krajów, może powrócić z pięcioma setkami, nic nie kupując, a tylko ponosząc koszty wymiany walut. Nawet wolny przepływ kapitałów będzie jeszcze przez jakiś czas hamowany - przez narodowe przepisy dotyczące inwestycji, podatków itd. Zniesienie barier w postaci kursów wymiany musi jednak spowodować rozsadzenie gorsetu pozostałych ograniczeń. To już tylko kwestia czasu.
Łatwiejszy transfer inwestycji zwiększy konkurencję. Posiadacze kapitału będą mogli swobodniej poszukiwać najlepszych sposobów jego pomnożenia w całym Eurolandzie. Z jednej strony, przedsiębiorcy będą musieli tańczyć tak, jak im zagrają inwestorzy, ale będzie też druga strona medalu: najbardziej prężne firmy będą miały o wiele łatwiejszy dostęp do kredytów. Słabszym - lecz niekoniecznie mniejszym - pętla mocniej zaciśnie się na szyi. Dodatkowym bodźcem do zwiększania efektywności będzie nacisk konsumentów, dla których ceny produktów i usług staną się bardziej przejrzyste. Obecnie w wypadku niektórych artykułów (na przykład czekolady czy piwa) różnice cen między poszczególnymi krajami przekraczają 100-150 proc. Jadąc na wakacje do Hiszpanii, Niemcy piją coca-colę z dużo większą przyjemnością niż u siebie: jest tam dwa razy tańsza. "Wraz z nastaniem euro rynki walutowe świata staną się stabilniejsze" - stwierdził komisarz Unii Europejskiej Yves-Thibault de Silguy, odpowiedzialny za sprawy ekonomiczne i finansowe. Euro narodzi się w systemie ekonomicznym dorównującym wielkością gospodarce Stanów Zjednoczonych. Bez wątpienia będzie więc używane na międzynarodowych rynkach finansowych jako waluta rezerwowa i wykorzystywane w transakcjach handlowych. Pytanie tylko: w jakim stopniu przejmie część funkcji dolara jako waluty międzynarodowej? Kres dominacji dolara może oznaczać pewne spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego w USA. Europejscy giganci chcą, by euro było silne i stabilne, wiedzą bowiem, że mocna pozycja banków i korporacji amerykańskich jest w dużej mierze pochodną pozycji dolara na świecie. Euro ma ułatwić i uatrakcyjnić korzystanie z europejskich banków oraz kupowanie europejskich dóbr i usług na świecie.
Wcześniej Unia Europejska musi jednak rozwiązać niemało problemów. To prawda, że perspektywa pojawienia się euro doprowadziła do zdyscyplinowania polityki makroekonomicznej krajów, które chciały przystąpić do unii monetarnej (przede wszystkim ograniczyły one swój deficyt budżetowy), ale euro nie będzie lekarstwem na wszystko. Może wręcz doprowadzić do wyraźniejszego obnażenia niektórych problemów: nie- elastycznych rynków pracy, zbyt szczodrej opieki socjalnej, barier utrudniających powstawanie nowych przedsiębiorstw. Po chudych latach wolnego wzrostu gospodarczego i coraz większych problemów społecznych wszyscy mają nadzieję, że wprowadzenie euro otworzy drogę do wzrostu dobrobytu. Socjaldemokratyczne rządy krajów unijnych mają wyraźną ochotę "majstrować" przy euro - trudno im się oprzeć pokusie stymulowania za pomocą polityki monetarnej wzrostu gospodarczego i programów socjalnych.
Banki centralne stracą prawo ustalania stóp procentowych na rzecz banku we Frankfurcie. Czy te same stopy procentowe - dobre dla Niemiec i Francji - będą odpowiednie dla Hiszpanii lub Portugalii? Gdy silne euro wywinduje ceny eksportu i obniży koszty importu, portugalskie firmy mogą stanąć pod ścianą. A co z hiszpańskim bezrobociem (wynoszącym średnio 19 proc., a wśród ludzi młodych - nawet 40 proc.)? Czy polityka EMU nie wejdzie w kolizję z planami jego zredukowania? Co z tymi, którzy nie przystąpili w pierwszej kolejności do unii monetarnej - czy model Europy różnych prędkości nie doprowadzi do trwałego podziału na członków różnych kategorii? Co z krajami starającymi się dopiero o członkostwo w Unii Europejskiej, takimi jak Polska - czy pociąg integracji nie będzie uciekał przed nimi zbyt szybko? Euro zmieni równowagę sił w świecie. Zamiast G-7 (grupa siedmiu najbogatszych państw świata) faktycznie powstanie G-3, w której biegunami będą Waszyngton, Tokio i Bruksela. Na najbliższym szczycie G-7 minister finansów Niemiec Oskar Lafontaine chce doprowadzić do swoistego podziału "stref wpływów" między dolara, jena i euro oraz ograniczenia wahań kursów między nimi. Wspólna waluta jest zresztą także projektem politycznym - ma służyć trwałemu zakotwiczeniu Niemiec, które z bólem zrezygnowały z marki w Unii Europejskiej (potraktowano to jako cenę zjednoczenia kraju), oraz pogłębieniu integracji. Celem - choć nikt nie mówi tego jeszcze na głos - jest unia polityczna. Jak długo można mieć wspólną walutę bez wspólnego bud- żetu i jednego rządu? Wspólna waluta i wspólny rynek będą w naturalny sposób wymuszać powstanie wspólnego systemu opodatkowania, a w przyszłości zapewne także jakiejś formy "europejskiego rządu". Przełożenie wpływów ekonomicznych Europy w świecie (jeśli oczywiście euro odniesie sukces) na polityczne i kulturowe - mimo całego zróżnicowa- nia - będzie więc prawdopodobnie tylko kwestią czasu. Zjednoczona Europa supermocarstwem?

Eurobank
Frankfurt nad Menem, tradycyjna stolica finansowa Niemiec, staje się nowym centrum finansowym Europy. W srebrzystym wieżowcu ma tu swą siedzibę Europejski Bank Centralny (ECB), który od 1 stycznia 1999 r. będzie sercem europejskiej unii walutowo-gospodarczej i strażnikiem nowego pieniądza: euro. Bank ma szansę stać się co najmniej tak samo ważną instytucją jak Rezerwa Federalna (bank centralny Stanów Zjednoczonych), a słowa jego szefa Wima Duisenberga będą z pewnością słuchane z taką samą uwagą jak oświadczenia Alena Greenspana. Bank ma za zadanie ustalać politykę monetarną dla jedenastu krajów tworzących unię walutową (przede wszystkim określać stopy procentowe) i czuwać nad jej przestrzeganiem. Będzie także strzec stabilności cen na obszarze Eurolandu. Europejski Bank Centralny ma zagwarantowaną niezależność - na jego rzecz znaczną część dotychczasowych uprawnień tracą banki centralne państw członkowskich EMU. Nie pozostawiono im większej swobody nawet w zakresie wprowadzania we własnych krajach polityki monetarnej ustalonej we Frankfurcie. ECB będzie też zarządzał sporą częścią rezerw walutowych poszczególnych państw. Rezerwy pod jego kontrolą wyniosą w najbliższym czasie 50 mld euro (ok. 60 mld dolarów).


Więcej możesz przeczytać w 1/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0