Dziś w kinie: zastępstwo

Dziś w kinie: zastępstwo

Twórcy przestali mieć ambicję, by tworzyć arcydzieła, a widzowie przestali odczuwać potrzebę oglądania arcydzieł
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, skończył się kolejny rok w historii kina. Mieliśmy bardzo dużo filmów na ekranach, ale mam wrażenie, że przestały się wśród nich pojawiać obrazy wybitne. Co więcej, wygląda na to, że twórcy przestali mieć ambicję, by tworzyć arcydzieła, a widzowie przestali odczuwać potrzebę oglądania arcydzieł. Moja dusza kinomana łka.
Zygmunt Kałużyński: - Wyraża pan pogląd, który jest dziedzicem odwiecznej cywilizacji. I to pan, który w naszych rozmowach reprezentuje współczesność. Rzeczywiście, nasz wiek elektroniczny doprowadził do zniknięcia tego, co pan nazywa arcydziełem.
TR: - Z czego to się bierze? Czy chce pan powiedzieć, że tzw. kultura wysoka, czyli wszystko, co jest wybitnością, co odwołuje się do erudycji odbiorcy, co ma zaspokajać jego potrzeby wyższe, przestało być konieczne inteligentowi? Ktoś nam gumką wytarł w mózgach taką potrzebę?
ZK: - Na pewno nie, tylko nastąpiło przesunięcie. Istotnie nie ma eksplozywnego, twórczego, wzorowego arcydzieła - tu się zgadzam z panem - ale nie zaprzeczy pan, że zdarzają się filmy ważne. W minionym roku były to "Titanic", "Szeregowiec Ryan" i "Truman show". To nie są arcydzieła, ale filmy ważne, które wśród dwustu innych, jakie się pokazały w repertuarze, wysunęły się na miejsca czołowe. Każdy z nich zaspokaja pewną ważną potrzebę, jaką niegdyś zaspokajały arcydzieła.
TR: - Ma pan rację. Tylko jeśli chodzi o te filmy, to jest tak, jakby człowiekowi, który do tej pory czerpał satysfakcję z tego, że od czasu do czasu może iść do galerii, żeby popatrzeć na wybitny obraz, teraz proponowano wizytę w salonie samochodowym i próbną jazdę nowym modelem auta. Dodatkowa poduszka powietrzna czy ekonomiczniejszy silnik nie zastąpi sztuki rozumianej w sposób wyrafinowany, abstrakcyjny.
ZK: - Nie bez powodu nasunęło się panu skojarzenie z samochodem; artyści naszej epoki, zdający sobie sprawę z zaniku możliwości stworzenia arcydzieła, posunęli się do takich propozycji jak Duchamp, próbujący ze zwykłego zlewu zrobić dzieło sztuki. Zdarza się też, że entuzjaści motoryzacji mówią o jakimś nowym modelu: to jest arcydzieło. Więc i te trzy wymienione filmy znalazły swoich entuzjastów.
TR: - Owszem, z tym zastrzeżeniem, że "Titanic" to produkcja 1997 r., "Truman show" to z punktu widzenia dzieła filmowego nic nadzwyczajne- go - całą jego atrakcyjność stanowi interesująco postawiony problem publicystyczny, zaś "Szeregowiec Ryan" to świetnie marketingowo podana powtórka z twórczości na temat II wojny światowej, jak na najsprawniejszego kupca w historii kina, Stevena Spielberga, przystało.
ZK: - Pan jest dzisiaj bardzo wymagający...
TR: - Jeśli my nie będziemy wymagający, to kto ma być wymagający? Zauważyłem wśród swoich znajomych, że już nikomu nie zależy. Pamięta pan dawne nocne Polaków rozmowy, kiedy można się było sprzeczać o wartość nowej inscenizacji teatralnej, o nowy film? A dziś?! O jakim filmie rozmawiał pan w sposób twórczy i zaciekły w ubiegłym roku?
ZK: - Skoro mówimy o wymaganiach, to przecież ich skala jest rozmaita i to właśnie jest sedno naszego problemu. Pan stawia nagle wymagania arcydzieła w sensie najbardziej wygórowanym i tradycyjnym.
TR: - Przecież nawet w modzie bywa zwykła konfekcja i bywa haute couture. Pieklę się, bo czuję, że w kinie zostaje nam sama konfekcja. Nikt nie urządza już pokazów haute couture! Dlaczego? Gdzie się podziali wielcy
mistrzowie?
ZK: - Nie ma haute couture i możemy się odnieść krytycznie do konfekcji, ale pomiędzy nimi jest jeszcze środek i kto wie, czy nasze czasy nie są czasami kultury środka. Jeżeli rozmawiamy o ostatnim roku filmowym, przytoczę panu kilka przykładów, choćby Woody’ego Allena "Przejrzeć Harry’ego".
TR: - Film zabawny, ale nie wnoszący wiele nowego do tego, co już o Allenie wiedzieliśmy z jego wcześniejszej twórczości.
ZK: - Pedro Almodovara "Drżące ciało".
TR: - Lubię tego reżysera, ale tym razem spuścił z tonu, jakby za bardzo chciał być komercyjny.
ZK: - Ja też uważam, że w stosunku do takich autorów indywidualistów, jakimi byli Fellini, Visconti, Chaplin, Eisenstein, Kurosawa, Almodovar jest innego kalibru, ale niech pan weźmie jeszcze ostatni film Quentina Tarantino - "Jackie Brown".
TR: - To nie to, co "Pulp fiction"...
ZK: - Pańska homeryczna definicja arcydzieła jest dzisiaj zdewaluowana i wykruszona. Zdarzają się jednak pozycje nie pasujące do tej definicji, choć ważne. W minionym roku w kinie amerykańskim były dwa trendy, które dały najwięcej filmów: science fiction (mieliśmy ich z tuzin!) i pełnometrażowy film animowany (dawniej, jeśli Disney dawał jeden taki film w sezonie, to było wydarzenie).
TR: - Tak, ale to są towary, a nie dzieła. Może więc to słuszne, że w dziedzinie filmu - inaczej niż w dziedzinie literatury - nie przyznaje się Nagród Nobla?
ZK: - Zgadzam się. Nie będziemy w kinie mieli epopei Homera, nie będziemy mieli haute couture, nie będziemy mieli Nagrody Nobla, ale będziemy mieli gatunki powstałe w naszych czasach, jakich nie było przez całe dwadzieścia wieków kultury: kino animowane, science fiction, czarny kryminał. To jest współczesne, rozdrobnione, gatunkowo przemienione zastępstwo, odgrywające taką samą rolę jak niegdyś arcydzieła.
Okładka tygodnika WPROST: 1/1999
Więcej możesz przeczytać w 1/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0