MENU

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wydarzenia

Polskie muzealnictwo wpisało się w obchody Roku Chopinowskiego, organizując na warszawskim Zamku Królewskim wystawę "Romantyzm - malarstwo w czasach Fryderyka Chopina" (czynna do 27 lutego 2000 r.). Ekspozycja stała się okazją do pokazania sztuki mało w Polsce znanej. Jednocześnie po raz pierwszy na taką skalę skonfrontowano polskie malarstwo tego okresu ze światowym. Czasy Fryderyka Chopina to epoka niesłychanie różnorodna, pełna twórczego fermentu. Poeta Charles Baudelaire określił romantyzm jako "głębię, uduchowienie, kolor, lot ku nieskończoności". Ograniczenie ekspozycji zaledwie do dzieł, które powstały za życia Chopina (w latach 1810-1849), było dla kuratora wystawy Agnieszki Morawińskiej ułatwieniem pozornym. Z tego okresu pochodzą przecież zarówno cukierkowe obrazy religijne Ary’ego Scheffera, jak i mistyczny pejzaż Gaspara Davida Friedricha czy rozwichrzone batalistyczne sceny Piotra Michałowskiego oraz zdyscyplinowane portrety Henryka Rodakowskiego. Wyjątkiem na wystawie, jeśli chodzi o czas powstania (lata 1797-1798), jest wyprzedzający epokę genialny cykl rycin Francisca Goi "Kaprysy". Agnieszka Morawińska sprowadziła także "Grecję na ruinach Missolonghi" EugŻne’a Delacroix (z Muzeum Sztuk Pięknych w Bordeaux) oraz po raz pierwszy eksponowany w Polsce rysunek malarza "Chopin jako Dante" (z Luwru). Wraz z akwarelami Teofila Kwiatkowskiego, kronikarza ostatnich lat Chopina, oraz rzeźbami Maurycego Clesingera, zięcia George Sand, znajduje się on w stanowiącej centrum ekspozycji "sali chopinowskiej". Na wystawie można zobaczyć ponadto obrazy przedstawiające Warszawę z czasów młodości kompozytora oraz niemieckie i polskie dzieła romantycznego pejzażu (Gaspara Davida Friedricha, Carla Gustava Carusa, Jana Nepomucena Głowackiego), portrety, sceny batalistyczne, jak i prace o tematyce mitologicznej czy religijnej. Imprezie towarzyszy wspaniale wydany katalog oraz cykl wykładów wybitnych specjalistów, m.in. profesorów Marii Poprzęckiej, Marcina Króla i Aliny Kowalczykowej.


W krakowskim Muzeum Etnograficznym im. Seweryna Udzieli otwarto wystawę "Oblicza Boga", którą zwiedzać można do 12 maja 2000 r. Andrzej Rataj i Andrzej Sułkowski, kuratorzy wystawy, przedstawiają obiekty sakralnej sztuki ludowej, których wcześniej nie prezentowano szerszej publiczności. Większość z dwustu eksponatów datowanych jest na XVIII i XIX w. Poza kolekcją ze zbiorów własnych muzeum prezentuje również między innymi feretron z XVII w. i obrazy "Trójca Święta" oraz "Matka Boska Turska", wypożyczone z parafii rzymskokatolickiej w Boczkach Chełmońskich koło Łowicza. Wystawa przygotowana w ramach festiwalu "Kraków 2000" jest kolejną prezentacją poświęconą tematyce sakralnej. Składa się ona z trzech części: "Bogowie zapomniani", "Żywot Pana Naszego Jezusa Chrystusa", "Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty".

Tomasz Cichocki

Sąd Ostateczny" to tytuł cyklu wystaw polskich artystów przedstawiających swoją wizję końca wieku, końca świata i apokalipsy. Ekspozycje przygotowano w pięciu warszawskich galeriach. W galerii Studio (do 5 stycznia 2000 r.) Izabella Gustowska prezentuje metaforę wędrówki dusz - na 14 monitorach przemieszcza się w ciągłym, spowolnionym ruchu 14 par stóp. Natomiast Edward Dwurnik wystawił obrazy z serii "Piekło" i "Niebo" oraz prace, które nazywa "wyliczeniami". W Kordegardzie do 16 stycznia 2000 r. Magdalena Abakanowicz będzie prezentować grupę 20 figur ("Kroczący"). W galerii Pokaz do 2 stycznia 2000 r. można było obejrzeć zbiór "grzechów" Eugeniusza Geta-Stankiewicza, z którymi artysta stanie na Sądzie Ostatecznym, a Zuzanna Janin w Teatrze Academia (wystawa trwała tylko do 22 grudnia 1999 r.) pokazała zapis wideo czynności służących jedynie zabijaniu czasu. Z kolei Jacek Sempliński wyrysował na fragmentach papieru i folii przedstawienia grzechów. W galerii Test (do 16 stycznia 2000 r.) sześciu artystów prezentuje po jednym ze swoich dzieł. 



KSIĄŻKA

Agnieszce Osieckiej Sopot kojarzył się z kasynem gry, gdzie ojciec wprowadzał ją w świat hazardu. Inni wspominają coroczne festiwale piosenki w Operze Leśnej, która była oazą radości i koloru pośród socjalistycznej szarości. A dla wielu Sopot to przede wszystkim wakacje - plaża, morze, molo. Ale nie każdy wie, że molo (symbol kurortu) uratował przed rozebraniem Bolesław Bierut. Dla miejscowych władz było ono zabytkiem bur- żuazyjnej przeszłości (o świcie przenosiło się tu towarzystwo z kasyna Grand Hotelu i spędzało poranki przy szampanie). Bierut przekonany przez "człowieka z wizją", że molo będzie służyło miastu i turystom, dał nawet pieniądze na jego odbudowę. "I tak to dobrotliwy jegomość z wąsikiem z jednej strony podpisywał wyroki śmierci wydane na niewinnych ludzi na podstawie sfabrykowanych oskarżeń (zamordowano w ten sposób dwa i pół tysiąca osób!), firmował swoim nazwiskiem cały aparat terroru (ucierpiało ponad dwieście tysięcy rodzin!), z drugiej zaś uratował nasze molo i mocno je do brzegu przykotwiczył" - opowiada Jerzy Limon w swoistym przewodniku po Sopocie, zatytułowanym "Koncert Wielkiej Niedźwiedzicy". Kilkanaście lat później po molo będzie spacerował bohater opowieści Limona, docent Klein, historyk z zawodu, dla którego stan wojenny był "nie tyle kataklizmem, co jeszcze jedną dolegliwością". Docent, pracując nad książką dla renomowanego wydawnictwa angielskiego, nie mógł bowiem kompletować materiałów w bibliotece, gdyż ta z powodu stanu wyjątkowego była "bezterminowo" zamknięta. "W ten sposób polityka, która dotąd płynęła własnym torem obok jego życia, nagle dotknęła go w sposób bezpośredni" - czytamy w "Koncercie". I tak udowodniono, że każdy tworzy subiektywną historię, bo "pamięć jest zwodnicza i u każdego inna, obrasta strzępami snów, marzeń, wspomnień i wyobrażeń, zmieniając nie do poznania to, co się faktycznie wydarzyło" - stwierdza Jerzy Limon. Na ponad trzystu stronicach opowiada on historię pewnej sopockiej ulicy utrzymaną w konwencji baśni, powieści magicznej, politycznego i historycznego pamfletu. "Koncert Wielkiej Niedźwiedzicy" to również refleksja nad tym, "co piszą, a co pomijają źródła".



PŁYTA

Beck Hansen to alternatywny luzak z Ameryki, który właśnie wydał czwarty album "Midnite Vultures". Jest to zbiór jedenastu przyjemnych melodyjnych piosenek z typową dla Becka niepowtarzalną mieszanką stylów: od kraft- werkowatego electro pop przez prince’owski funk po nowy hip-hop, stary soul i odrobinę hard rocka. O dziwo, Beck nauczył się wreszcie śpiewać, choć nawet Amerykanie nie wiedzą, o czym są jego teksty. Jak sęp Beck czerpie z muzyki pop wszystko, co najlepsze. Klasyka dla fajnych ludzi z odrobiną polotu.

Więcej możesz przeczytać w 2/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0